Po prostu – róbmy swoje!

P

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Moi Drodzy, chociaż w naszym Ośrodku prace remontowe potrwają jeszcze dwa dni, to jednak już dzisiaj, o godzinie 20:00, odprawimy pierwszą Mszę Świętą w Kaplicy, po jej odnowieniu. We wtorek wieczorem, albo w środę przed południem zakończymy cały remont. Zostanie jeszcze kilka drobnych prac na zewnątrz, przy oporządzeniu nowych okien, ale z tym musimy poczekać do wiosny.

W tym momencie więc dziękuję Księdzu Biskupowi Kazimierzowi Gurdzie, Pasterzowi naszej Diecezji, za zgodę na remont i obietnicę jego dofinansowania.

Z całego serca dziękuję wspaniałej Ekipie remontowej, którą tworzyli Panowie: Łukasz Kisiel – Szef Ekipy; a także: Robert Nóżka, Grzegorz Strzyżewski i Krzysztof Ziemkowski. To naprawdę świetny i zgrany Zespół, bardzo pracowici i dobrze zorganizowani ludzie, a do tego – niezwykle życzliwi i z dużym poczuciem humoru.

Ich huraganowe salwy śmiechu, rozlegające się co i raz, pozwalały mi na bieżąco orientować się, w której części budynku pracują. Tak się bowiem składało, że kiedy trzeba było poczekać z dokończeniem niektórych prac w Kaplicy, brali się za inne pomieszczenia. Pokazali naprawdę wielką pracowitość, a do tego – ogromną kulturę osobistą i życzliwość.

Dziękuję Im za całe wspaniałe dzieło, którego dokonali. Dużo obiecuję sobie po dalszej współpracy – teraz z każdą naprawą lub pracą w Ośrodku będę się zwracał tylko do Nich. I innym będę Ich polecał.

Dziękuję Firmie Państwa Beaty i Ryszarda Szczybelskich z Żelechowa – za zamontowanie nowych okien, na bardzo korzystnych warunkach.

Dziękuję Firmie Państwa Marianny i Wiesława Prządków z Żelechowa – za nową wykładzinę do prezbiterium, także sprzedaną po bardzo korzystnej cenie.

Jednocześnie dziękuję anonimowemu Ofiarodawcy, który tę wykładzinę nam zafundował.

Bardzo, ale to bardzo serdecznie dziękuję mojemu Przyjacielowi, Księdzu Leszkowi Mućce, za zorganizowanie Ekipy remontowej, nowych okien i wykładziny – na wspomnianych już, bardzo korzystnych warunkach. Zapobiegliwość i zaradność Księdza Leszka pozwoliła naprawdę sporo zaoszczędzić! Dziękuję także za wiele mądrych rad z Jego strony.

Za wiele cennych sugestii i porad dziękuję Księdzu Krzysztofowi Skwierczyńskiemu, byłemu Duszpasterzowi Akademickiemu; Księdzu Januszowi Wolskiemu, Proboszczowi Parafii Ducha Świętego w Siedlcach, na terenie której jest nasz Ośrodek; Księdzu Mariuszowi Szyszko, mojemu Przyjacielowi; Księdzu Tomaszowi Małkińskiemu, dotychczasowemu mojemu Współpracownikowi w Duszpasterstwie; Panu Rafałowi Suchodolskiemu, często uczestniczącemu w liturgiach w naszej Kaplicy.

Dziękuję także Dekoratorce naszej Kaplicy, Pani Urszuli Polak, za cenne sugestie, ale także za ciężką pracę nad doprowadzeniem Kaplicy do stanu „używalności” po remoncie.

Dziękuję Wszystkim za zainteresowanie sprawą i za jej wspieranie: modlitwą, dobrym słowem i ofiarą na tacę. Niech z całego tego dzieła wypłynie wielka chwała Boża! O to będziemy się wspólnie modlić w odnowionej Kaplicy, a ja będę polecał wymienione Osoby we Mszach Świętych, sprawowanych kolejno w ich intencjach, w najbliższym czasie.

Moi Drodzy, dzisiaj mamy pierwszą niedzielę miesiąca. Uwielbiajmy naszego Pana za to, że jest z nami w Kościele, w Eucharystii i w swoim Słowie.

A teraz już zapraszam do pochylenia się nad Bożym słowem dzisiejszej liturgii, aby odnaleźć to jedno, jedyne i konkretne przesłanie, z jakim Pan dziś do mnie się zwraca. Niech Duch Święty nas oświeci i natchnie!

Niech Was błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec + i Syn, i Duch Święty. Amen

Gaudium et spes! Ks. Jacek

5 Niedziela zwykła, B,

7 lutego 2021.,

do czytań: Hi 7,1–4.6–7; 1 Kor 9,16–19.22–23; Mk 1,29–39

CZYTANIE Z KSIĘGI HIOBA:

Hiob przemówił w następujący sposób: „Czyż nie do bojowania podobny byt człowieka? Czy nie pędzi on dni jak najemnik? Jak niewolnik, co wzdycha do cienia, jak robotnik, co czeka zapłaty. Zyskałem miesiące męczarni, przeznaczono mi noce udręki.

Położę się, mówiąc do siebie: «Kiedyż zaświta i wstanę?» Lecz noc wiecznością się staje i boleść mną targa do zmroku.

Czas leci jak tkackie czółenko i przemija bez nadziei. Wspomnij, że dni me jak powiew. Ponownie oko me szczęścia nie zazna”.

CZYTANIE Z PIERWSZEGO LISTU ŚWIĘTEGO PAWŁA APOSTOŁA DO KORYNTIAN:

Bracia: Nie jest dla mnie powodem do chluby to, że głoszę Ewangelię. Świadom jestem ciążącego na mnie obowiązku. Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii.

Gdybym to czynił z własnej woli, miałbym zapłatę, lecz jeśli działam nie z własnej woli, to tylko spełniam obowiązki szafarza. Jakąż przeto mam zapłatę? Otóż tę właśnie, że głosząc Ewangelię bez żadnej zapłaty, nie korzystam z praw, jakie mi daje Ewangelia.

Tak więc nie zależąc od nikogo, stałem się niewolnikiem wszystkich, aby tym liczniejsi byli ci, których pozyskam. Dla słabych stałem się jak słaby, aby pozyskać słabych. Stałem się wszystkim dla wszystkich, żeby w ogóle ocalić przynajmniej niektórych. Wszystko zaś czynię dla Ewangelii, by mieć w niej swój udział.

SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO MARKA:

Jezus po wyjściu z synagogi przyszedł z Jakubem i Janem do domu Szymona i Andrzeja. Teściowa zaś Szymona leżała w gorączce. Zaraz powiedział Mu o niej. On zbliżył się do niej i ująwszy ją za rękę podniósł. Gorączka ją opuściła i usługiwała im.

Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto było zebrane u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ wiedziały, kim On jest.

Nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił. Pośpieszył za nim Szymon z towarzyszami, a gdy Go znaleźli, powiedzieli Mu: „Wszyscy Cię szukają”. Lecz On rzekł do nich: „Pójdźmy gdzie indziej, do sąsiednich miejscowości, abym i tam mógł nauczać, bo na to wyszedłem”. I chodził po całej Galilei, nauczając w ich synagogach i wyrzucając złe duchy.

Zapewne znamy – przynajmniej w ogólnym zarysie – historię Hioba. Ten prawy i pobożny człowiek, dobrze wychowujący swoje dzieci i uczciwie prowadzący swój niemały majątek, wszystkim, co mówił i czynił – nieustannie chwalił Boga i służył Mu ze szczerego serca. Jednak, za sugestią szatana, Bóg poddał go ciężkiej próbie, odbierając mu praktycznie wszystko, co miał, a nawet wszystkich, których miał wokół siebie. Na niego samego zaś zesłał ciężką chorobę.

Hiob zasadniczo godził się z wolą Bożą, ale długie godziny samotnych rozmyślań, siłą rzeczy powodowały pojawianie się różnych dylematów, pytań do Boga, a nawet niejakich pretensji… Oczywiście, trzeba jasno i jednoznacznie stwierdzić, że ani na moment Hiob nie odwrócił się od Boga, nie zbuntował się przeciw Niemu, nie stracił wiary w Niego. Ale też nie ukrywał swego bólu, swego niezrozumienia dla całej sytuacji, w jakiej się znalazł…

Właśnie ta sytuacja spowodowała, że wśród wielu refleksji, jakie wówczas zrodziły się w jego sercu, pojawiły się i te, wypowiedziane dzisiaj: Czyż nie do bojowania podobny byt człowieka? Czy nie pędzi on dni jak najemnik? Jak niewolnik, co wzdycha do cienia, jak robotnik, co czeka zapłaty. Zyskałem miesiące męczarni, przeznaczono mi noce udręki.

Dobrze wiemy, jak ciężki był wówczas los niewolnika: musiał pracować, a właściwie harować dla swego pana, nie otrzymując za to żadnej zapłaty. W ogóle – nie mając żadnych praw! Niewolnik, w spisie inwentarza swego pana, był pierwszą spośród jego rzeczy! Najemnik miał swoje prawa, był w nieco lepszej sytuacji, bo za swą pracę otrzymywał zapłatę. Zapewne, nie taką, jakiej by oczekiwał, ale jednak. Natomiast i on także musiał wykonywać uciążliwe prace.

Dlatego zarówno jeden, jak i drugi, zwykle wyczekiwali końca swojej mordęgi: niewolnik wzdychał do cienia i do odpoczynku, najemnik dodatkowo wyglądał zapłaty. Ani jeden więc, ani drugi, nie byli uszczęśliwieni swoim losem – podobnie, jak Hiob był swoim losem nawet nie tyle, że nie uszczęśliwiony, co wręcz przytłoczony!

Z bólem mówi dziś: Zyskałem miesiące męczarni, przeznaczono mi noce udręki. Położę się, mówiąc do siebie: «Kiedyż zaświta i wstanę?» Lecz noc wiecznością się staje i boleść mną targa do zmroku. Tak, nawet noc nie przynosiła ulgi w cierpieniu, ale i wyczekiwanie poranka nic nie dawało, bo kolejny dzień nie przynosił odmiany bolesnego losu.

Możemy zatem powiedzieć, że przesłanie pierwszego czytania jest niezwykle pesymistyczne, bardzo smutne…

Dlaczego więc odczytujemy dziś taki tekst? Co nam on niesie? Czy Kościół nie mógł wybrać innego fragmentu, bardziej optymistycznego? Czyż życie wystarczająco nas nie dobija, byśmy musieli jeszcze dołować się słowami Pisma Świętego?

Faktycznie, gdyby pozostać na samej tylko treści tegoż czytania i nie odnieść jej do żadnego kontekstu, to tak by należało pomyśleć: jest źle, a będzie tylko gorzej. Bóg zapomniał o człowieku, dopuszczając na niego same tylko nieszczęścia, o czym zbolały Hiob tak mówi: Czas leci jak tkackie czółenko i przemija bez nadziei. Wspomnij, że dni me jak powiew. Ponownie oko me szczęścia nie zazna. Bez żadnego kontekstu – tak by należało rozumieć.

Wczytując się jednak w kontekst, którym w dniu dzisiejszym są pozostałe czytania biblijne, odnajdujemy w Ewangelii przesłanie zupełnie inne od tego, o którym mówiliśmy. Oto bowiem Ewangelista mówi nam o licznych uzdrowieniach, dokonanych przez Jezusa. A z tymi uzdrowieniami – wracała do serc ludzkich nadzieja i szczęście, których tak bardzo brakowało Hiobowi. Wszyscy uzdrowieni doświadczyli na sobie w sposób bezpośredni i wyraźny wielkiej mocy i łaskawości Bożej!

Najpierw spotkało to teściową Piotra, która została uwolniona od wysokiej gorączki. A z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto było zebrane u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił.

Czy możliwe, żeby przyniesiono do Niego wszystkich chorych i opętanych – nawet z samej najbliższej okolicy? Czy możliwe, żeby całe miasto było zebrane u drzwi? Zapewne, nie powinniśmy pojmować tego dosłownie, natomiast z całą pewnością tych, których Jezus uzdrowił, było bardzo wielu. Jeżeli Ewangelista mówi o przyniesieniu do Jezusa wszystkich chorych, to możemy to rozumieć w ten sposób, że nie było takiej choroby i takiej słabości, z której nie byłby On w stanie człowieka podnieść.

I faktycznie, podnosił – tych, którzy dotarli do Niego, którzy chcieli się z Nim spotkać. Także więc w tym sensie możemy mówić o wszystkich chorych – o tych wszystkich, którzy tamtego dnia znaleźli się przy Jezusie, zaufali Mu, odważyli się skorzystać z Jego łaskawości. Ci wszyscy zostali uzdrowieni.

A wzmianka «całym mieście, zgromadzonym u drzwi», ma nam uzmysłowić, że Jezus swoim działaniem, swoją potęgą i mocą, swoją miłością i pomocą – ogarniał naprawdę cały świat. W tym momencie, było to miasto, w którym się znalazł. Całe to miasto poruszyło się na wieść o obecności Syna Bożego i Jego działaniu.

Niektórzy może nie tak entuzjastycznie zareagowali, jak większość, i nie poszli na spotkanie, a wręcz złowrogo zgrzytali zębami. Ale nie pozostali obojętni. Bo wobec Jezusa i Jego dzieła, i Jego słowa, nie można pozostać obojętnym! Ono tak, czy owak, serce człowieka poruszy! W jakiś sposób – jego życia dotknie!

Właśnie dlatego Święty Paweł mówi w dzisiejszym drugim czytaniu: Nie jest dla mnie powodem do chluby to, że głoszę Ewangelię. Świadom jestem ciążącego na mnie obowiązku. Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii. Gdybym to czynił z własnej woli, miałbym zapłatę, lecz jeśli działam nie z własnej woli, to tylko spełniam obowiązki szafarza. Jakąż przeto mam zapłatę? Otóż tę właśnie, że głosząc Ewangelię bez żadnej zapłaty, nie korzystam z praw, jakie mi daje Ewangelia.

To znaczy, że głoszenie Ewangelii jest dla niego czymś naturalnym. Nie czyni niczego nadzwyczajnego! Nie robi tego dla jakiejś szczególnej nagrody, ani nawet dla zwykłej zapłaty. Z głoszeniem Ewangelii nie wiąże żadnych korzyści materialnych, które uzależniłyby go od tych, od których by je otrzymywał, przez co nie mógłby głosić – w sposób wolny i swobodny – całej prawdy.

Może się nam to trochę kłóci z tym, co swego czasu mówił Jezus, że «robotnik godzien jest swojej strawy» i głosiciel Ewangelii ma prawo do utrzymania ze strony tych, którym ją głosi. Ba, nawet i sam Paweł nieraz to zaznaczał, chociaż sam niekiedy z tego prawa nie korzystał, zarabiając na swoje utrzymanie wyrobem namiotów. Wyraźnie jednak podkreślał, że apostoł Chrystusa ma prawo do utrzymania ze strony tych, dla których poświęca swoje życie. Czemu więc dzisiaj tak właśnie stawia sprawę?

Bo chce zwrócić naszą uwagę na hierarchię ważności spraw. Apostoł ma przede wszystkim głosić Ewangelię, bo do tego został posłany i w związku z tym – by tak rzec – nie robi nikomu żadnej łaski, że ją głosi. Winien to uznać za coś oczywistego i pierwszorzędnego w swoim działaniu. Może przy tej okazji korzystać z darów, jakie otrzyma od ludzi, ale od ich otrzymania lub nie – nie może uzależniać swojej posługi! Co oznaczałoby w praktyce, że głosi po to, aby się na tym materialnie wzbogacić, a jeżeli się nie wzbogaci, to przestanie głosić. Tak nie może być!

On ma to czynić w sposób absolutnie wolny, niezależny od kogokolwiek lub czegokolwiek! Dlatego mówi: Tak więc nie zależąc od nikogo, stałem się niewolnikiem wszystkich, aby tym liczniejsi byli ci, których pozyskam. Dla słabych stałem się jak słaby, aby pozyskać słabych. Stałem się wszystkim dla wszystkich, żeby w ogóle ocalić przynajmniej niektórych. Wszystko zaś czynię dla Ewangelii, by mieć w niej swój udział.

Zatem, oddaje całego siebie, żeby chociaż niektórych ocalić – jak się wyraził. On dobrze wiedział, że nie wszyscy go posłuchają. Zresztą, niejednokrotnie przekonał się o tym boleśnie, doznając nawet fizycznych cierpień ze strony swoich przeciwników, nie mówiąc już o cierpieniach duchowych. Ale starał się czynić tyle, ile mógł, aby Ewangelię głosić i do ludzkich serc docierać.

Bez względu na korzyści materialne, czy straty; bez względu na ludzkie uznanie, czy odrzucenie. On miał po prostu głosić słowo Boże – i tyle! A reszta już należała do Boga i była w Jego ręku!

Zresztą, Jezus także dzisiaj rzekł do swoich Apostołów: Pójdźmy gdzie indziej, do sąsiednich miejscowości, abym i tam mógł nauczać, bo na to wyszedłem. W ten sposób odpowiedział na informację z ich strony, że wszyscy Go szukają. Czyż nie mógł zostać tam, gdzie był – czyli w Kafarnaum – skorzystać z tej dobrej passy, która towarzyszyła Jego działaniu; z tej sławy, jakiej przysporzyły Mu dokonane uzdrowienia? Czyż nie mógł zaznać trochę satysfakcji, że oto wszyscy Go szukają, wszyscy Go podziwiają, wszyscy Go słuchają, pewnie wszyscy Go kochają – a przynajmniej tak mówią – więc czemu nie ucieszyć się z takich dobrych okoliczności?

A jednak, Jezus postanowił ruszyć dalej w drogę – bo trzeba innym głosić słowo Boże, i innych uzdrawiać, i innym w serca wlewać nadzieję! Nie można zwlekać, nie ma na co czekać – jest jeszcze tyle do zrobienia!

I to jest, moi Drodzy, antidotum na wszelkie smutki i rozgoryczenia, jakie nieraz nas oblecą z różnej strony. Kiedy nas napadnie – by tak go określić – hiobowy nastrój. I wcale nie mówimy, że ten nastrój, te smutne odczucia, to wyraz jakiegoś naszego kaprysu, rozczulania się nad sobą, czy emocjonalnej niedojrzałości. Nie!

Hiob też nie udawał, że cierpi. Nie użalał się nad sobą bez powodu. On naprawdę przeżywał życiowy dramat – jemu się cały świat zawalił! Dosłownie! Stracił wszystkich i wszystko – niemalże w ciągu kilku dni! A co najgorsze – ciężkiej próbie zostało poddane Jego zaufanie do Boga, bo przecież dobrze wiedział, jak szlachetnie i uczciwie postępował, jaki był pobożny i wierny Bożym Prawom! A oto Bóg tak się z nim obszedł…

Dlatego to wszystko, co dzisiaj powiedział, i co jeszcze więcej powiedział, a co zostało zapisane na kartach Księgi, opatrzonej jego imieniem – to wszystko było jak najbardziej autentyczne. Ale jeżeli przeczytamy w całości wspomnianą Księgę, to przekonamy się, że nie zatrzymał się on na tych dylematach i wątpliwościach, o jakich dzisiaj mowa. On cały czas szukał zrozumienia, szukał sensu, a tak w ogóle – to szukał Boga, bezpośredniego z Nim kontaktu. I Jego pomocy.

I nie zawiódł się. Zakończenie Księgi Hioba jest bardzo radosne i szczęśliwe! Hiob okazał się zwycięzcą – mężnie wyszedł z próby! Bo zaufał Bogu, oddał się Mu bezgranicznie, pozwolił Mu doprowadzić całą sprawę do końca.

I to jest, moi Drodzy, jakaś bardzo konkretna wskazówka dla nas. W żaden sposób nie lekceważąc swoich problemów, zmartwień i dylematów – chyba, że są rzeczywiście sztucznie podkręcane, nagłaśniane i bez potrzeby nadmiernie przeżywane, ale to już inna sprawa – to wszystko, co nas naprawdę boli i martwi, oddawajmy na bieżąco Jezusowi na modlitwie, prosząc, aby On się tym wszystkim zajął! I wyprowadził z tego wszystkiego jak największe dobro, abyśmy i my, z naszych prób i doświadczeń, zawsze wychodzili zwycięsko!

A sami – róbmy, co do nas należy! Zajmijmy się tym, co jest naszą powinnością, naszym obowiązkiem, naszym codziennym zadaniem do spełnienia – i wykonujmy to, myśląc o Bogu! Jemu to dedykując, na bieżąco oddając! Bez względu na humor, nastrój i inne, zewnętrzne okoliczności! I na to, że nieraz naprawdę się nie chce…Bo się naprawdę nieraz nie chce!

Pomimo jednak tego, zajmijmy się swoją pracą, ale też zaangażujmy się w modlitwę, w czytanie Pisma Świętego, w jakąś inną, dobrą lekturę; albo w obejrzenie dobrego filmu lub programu; albo czegoś ciekawego w internecie – oczywiście, ciekawego w sposób moralny…

Chodzi o to, aby stale coś dobrego robić, w coś pozytywnego się angażować, a nie siedzieć bezczynnie i nie rozmyślać nad swoimi biedami. Sensowny, konkretny odpoczynek, czy spotkanie z kimś drugim, żeby z nim pobyć i „na luzie” pogadać, to też sensowne zajęcia.

A jeżeli pomimo tego nasze biedy dopadną nas, to od razu powierzajmy je Jezusowi! Ale też zdobądźmy się na ten wysiłek, żeby znaleźć pozytywne strony swego życia, których – powiedzmy to sobie szczerze – także nie brakuje! Tylko trzeba trochę uważniej i dokładniej poszukać w pamięci, trzeba trochę bardziej wyostrzyć wzrok swego serca i umysłu! Na pewno, szybko je znajdziemy! Podziękujmy za nie Panu! Ucieszmy się nimi szczerze!

I róbmy swoje! Najlepiej, jak potrafimy! Po prostu – róbmy swoje! Bogu na chwałę! A nam samym – na pożytek! I dla szczerej radości!

2 komentarze

  • Witam KS Jacku dziękuję za słowo Boże i słowo otuchy tak Bóg nas nieraz doświadcza i często my mamy do niego pretensje jak coś idzie dobrze po naszej myśli to wtedy nie myśli.y o Bogu bo wszystko jest ok więc po co Ale jak dostajemy jakieś doświadczenie od życia to wtedy pretensje dlaczego ja właśnie dlaczego akurat ja… A Hiob mam pokazuje jak w tym czytaniu że miko ciężkiej próby nie opuszcza Boga i Bóg to nie opuszcza bo Hiob ufa mu z całej swojej siły i Bogu zaufał i wychodzi z tego na koniec szczęśliwy i pełen laski Bożej miłość i my też powinniśmy tak Bogu udać a on nas z tego wyprowadzi swa ogromna miłością Ale często my zamiast mu udać mamy pretensje niestety wręcz dorzucamy Boga Ale mimo tego on zawsze przy nas jest i nie pozwoli nas skrzywdzić choć myślimy że już lepiej nie będzie i czarne myśli nas odpadają niech Bóg będzie zawsze z nami i laska jego nas ogarnia ze wszystkich stron szczęść Boże wszystkim na te piękny dzień pański

Ks. Jacek Autor: Ks. Jacek

Archiwum wpisów

Ks. Jacek Jaśkowski

Witam serdecznie! Kłania się Ks. Jacek Jaśkowski. Nie jestem ani kimś ważnym, ani kimś znanym. Jestem księdzem, który po prostu chce rozmawiać. Codzienna kapłańska posługa pokazuje mi, że tematów do rozmów z księdzem jest coraz więcej i dzisiaj żaden ksiądz nie może od nich uciekać, ale – wprost przeciwnie – podejmować nowe wyzwania. To przekonanie skłoniło mnie do próby otwarcia tegoż bloga, chociaż okazji do rozmów na co dzień – w konfesjonale i poza nim – na szczęście nie brakuje. Myślę jednak, że ten blog będzie jeszcze jednym sposobem i przestrzenią nawiązania kontaktu z ludźmi dobrej woli, otwartymi na dialog.