Szczęść Boże! Moi Drodzy, w dniu dzisiejszym urodziny przeżywa moja Siostrzenica, Weronika Niedźwiedzka. Życzę Jej, aby tak, jak Jan Chrzciciel, we wspomnienie którego się urodziła, była odważnym Świadkiem Jezusa i przebojem szła przez życie, rozwijając swoje rozliczne talenty, którymi obdarzył Ją Pan! Niech będzie – jak dotąd – wielką dumą i radością całej naszej Rodziny! O to dzisiaj będę się modlił – i nie tylko dzisiaj.
A oto wczoraj byliśmy rano na Mszy Świętej dla Polaków, przy grobie Jana Pawła II. Dotarliśmy na Plac Świętego Piotra już o 6:15, aby ustawić w kolejce do bramek kontrolnych, bo takowa kolejka już była. Potem, już za nami, wydłużyła się ona jeszcze bardziej. Niestety, bramka – i to tylko jedna! – została otwarta o 6:45, przez co zwyczajnie spóźniliśmy się na Mszę Świętą. To znaczy, Lektorzy ubrali się w alby już przy grobie i stanęli w pobliżu, całość Grupy też już została, a Marek i ja poszliśmy szybko do zakrystii – po drugiej stronie Bazyliki – aby się ubrać w alby i dojść. Msza Święta już się jednak rozpoczęła.
Bardzo to nas wszystko wzburzyło. I później już, w rozmowie z Markiem i z mniejszym gronem, a potem – na podsumowaniu dnia – z całą Grupą mówiliśmy sobie, że trzeba z udziału w tej Mszy Świętej na ewentualną przyszłość po prostu zrezygnować. Bo przy grobie Jana Pawła II zawsze można się pomodlić, a Mszę Świętą można odprawić spokojnie i godnie, bez nerwów i pośpiechu – i bez przestawiania po kątach, co niestety wyprawia niejaki Krajewski, oficjalnie kardynał, chociaż my widzieliśmy go wczoraj koncelebrującego nawet bez stuły na albie. I spełniającego funkcję bardziej kościelnego, niż kardynała.
Przepraszam za ten ostry ton, ale zachowanie tego człowieka już od dawna mocno mnie irytuje. Zwłaszcza, że od roku prosiłem go w korespondencji, żeby skoro wiemy od roku, że wybieramy się do Rzymu, to by pozwolił nam przewodniczyć tej Mszy Świętej i wygłosić homilię. Chciałem o to poprosić Księdza Marka, co byłoby też swego rodzaju promocją Jego posługi i w ogóle: Kościoła na Syberii.
Niestety, po wymianie kilku wiadomości, ostatecznie dostałem odpowiedź, że przewodniczenie tej Mszy Świętej „zostawmy Księżom pracującym lub mieszkającym w Rzymie”. Bo ci spoza Rzymu często nie docierają, mimo zapowiedzi, że będą.
Pewnie, że nie docierają, skoro nie są przepuszczani przez bramki! Osobiście, nie zamierzam tego tak zostawić i tak, jak rok temu, napisałem ostry list protestacyjny do Pani Dyrektor Muzeów Watykańskich – z powodu hałasu i bałaganu, jaki rok temu widzieliśmy w Kaplicy Sykstyńskiej – tak w tym roku, w najbliższych dniach, pójdzie mail do Krajewskiego, ale też zamierzam się dowiedzieć, kto decyduje o takim traktowaniu nas, Polaków, na tych nieszczęsnych bramkach. Bo ten proceder – jak się dowiaduję – trwa właściwie od dawna.
Ale też takie ogólne traktowanie ludzi w samej Bazylice Świętego Piotra – jak rozmawiałem wczoraj z Natalią, naszą Pilotką – jest coraz bardziej uciążliwe. Tych ludzi ciągle się gdzieś przegania, przestawia jak pionki z miejsca na miejsce, ustawia się jakieś bezsensowne barierki, każe się obchodzić kilometrami, żeby wyjść z Bazyliki… Jakbyśmy tam byli jakimiś intruzami i komuś przeszkadzali w traktowaniu tego miejsca jako swojego prywatnego folwarku.
Wybaczcie, Drodzy moi, ostry ton, ale jestem w tym miejscu już po raz kolejny i mam wrażenie, że z roku na rok jest coraz gorzej. To miejsce staje się zimne, schematyczne i zniechęcające. To moje zdanie podziela wspomniana już Natalia, ale i Ksiądz Marek, który wczoraj także doświadczył skutków takich dziwacznych ustaleń i ustawień, kiedy nie mógł wyjść przez zupełnie puste drzwi, tylko musiał obejść całą Bazylikę, zastawioną w środku barierkami i krzesłami, bo akurat tamtymi drzwiami można było wychodzić, a nie tymi. Taki wręcz komunistyczny bezsens! Niestety, jeden z wielu.
Ale na razie tyle o tym. Po Mszy Świętej uroczyście przeszliśmy – za krzyżem, niesionym przez Szymona Salę, naszego Szefa – przez Drzwi Święte Bazyliki Świętego Piotra, a potem Ksiądz Paweł Rytel Andrianik, Dyrektor Sekcji Polskiej Radia Watykańskiego oprowadził nas po Bazylice. Po czym – pod Jego kierunkiem – zwiedziliśmy siedzibę Radia, po czym mieliśmy czas do swojej dyspozycji, aby o 15:00 rozpocząć zwiedzanie Muzeów Watykańskich.
Wspólna kolacja w „stylu rzymskim” – jak każdego dnia – dopełniła radości tego czasu. Potem wspólne Nieszpory i podsumowanie dnia. Tak kończymy każdy dzień.
Dzisiaj, o 10:00 ruszamy do Bazyliki Matki Bożej Większej, aby tam przejść przez Święte Drzwi i przeżyć Mszę Świętą, zwiedzić Bazylikę, pomodlić się. Potem Coloseum, Forum Romanum i jeszcze coś, a potem – kolacja i podsumowanie dnia.
Atmosfera tych codziennych kolacyjek, spożywanych przy wspólnym stole, przy stolikach, ustawionych na chodniku, przed restauracją, jest naprawdę fantastyczna. Prowadzimy długie rozmowy, salwy śmiechu grzmią na cały Rzym, a my coraz bardziej czujemy się jednością. Zresztą, będę jeszcze o tym pisał.
Dodam tylko, że dzisiejszą moją Mszę Świętą będę sprawował w intencji tych wszystkich, którzy mi dobrze życzyli z okazji imienin.
Tymczasem, zapraszam już do zgłębienia Bożego słowa na dziś. Oto słówko Księdza Marka:
https://www.youtube.com/c/CatholicSurgut
Zwróćcie uwagę, w jakiej scenerii Ksiądz Marek nagrał to słówko!
Zatem, co dziś mówi do mnie Pan? Z jakimi konkretnym przesłaniem zwraca się właśnie do mnie – w tym kontekście, w jakim żyję? Duchu Święty, bądź natchnieniem i mądrością!
Niech Was błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec + i Syn, i Duch Święty. Amen
Gaudium et spes! Ks. Jacek
Wspomnienie Męczeństwa Św. Jana Chrzciciela,
29 sierpnia 2025.,
do czytań z t. VI Lekcjonarza: Jr 1,17–19; Mk 6,17–29
CZYTANIE Z KSIĘGI PROROKA JEREMIASZA:
Pan skierował do mnie następujące słowa: „Przepasz swoje biodra, wstań i mów wszystko, co ci rozkażę. Nie lękaj się ich, bym cię czasem nie napełnił lękiem przed nimi. A oto Ja czynię cię dzisiaj twierdzą warowną, kolumną ze stali i murem spiżowym przeciw całej ziemi, przeciw królom judzkim i ich przywódcom, ich kapłanom i ludowi tej ziemi. Będą walczyć przeciw tobie, ale nie zdołają cię zwyciężyć, gdyż Ja jestem z tobą – mówi Pan – by cię ochraniać.”
SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO MARKA:
Herod kazał pochwycić Jana i związanego trzymał w więzieniu, z powodu Herodiady, żony brata swego Filipa, którą wziął za żonę.
Jan bowiem wypominał Herodowi: „Nie wolno ci mieć żony twego brata”. A Herodiada zawzięła się na niego i rada byłaby go zgładzić, lecz nie mogła. Herod bowiem czuł lęk przed Janem, znając go jako męża prawego i świętego, i brał go w obronę. Ilekroć go posłyszał, odczuwał duży niepokój, a przecież chętnie go słuchał.
Otóż chwila sposobna nadeszła, kiedy Herod w dzień swoich urodzin wyprawił ucztę swym dostojnikom, dowódcom wojskowym i osobom znakomitym w Galilei.
Gdy córka Herodiady weszła i tańczyła, spodobała się Herodowi i współbiesiadnikom. Król rzekł do dziewczęcia: „Proś mię, o co chcesz, a dam ci”. Nawet jej przysiągł: „Dam ci, o co tylko poprosisz, nawet połowę mojego królestwa”.
Ona wyszła i zapytała swą matkę: „O co mam prosić?”
Ta odpowiedziała: „O głowę Jana Chrzciciela”.
Natychmiast weszła z pośpiechem do króla i prosiła: „Chcę, żebyś mi zaraz dał na misie głowę Jana Chrzciciela”.
A król bardzo się zasmucił, ale przez wzgląd na przysięgę i na biesiadników nie chciał jej odmówić. Zaraz też król posłał kata i polecił przynieść głowę jego. Ten poszedł, ściął go w więzieniu i przyniósł głowę jego na misie; dał ją dziewczęciu, a dziewczę dało swej matce.
Uczniowie Jana, dowiedziawszy się o tym, przyszli, zabrali jego ciało i złożyli je w grobie.
Kiedy z uwagą wysłuchamy obu czytań dzisiejszej liturgii Słowa, to z pewnością zauważymy, jak bardzo „pasują” one do siebie. Oczywiście, to takie mało precyzyjne stwierdzenie, ale trudno nie zauważyć, że pierwsze czytanie mogłoby być częścią czytania ewangelicznego, bo słowa, jakie Pan skierował do Proroka Jeremiasza, można by umieścić w tymże czytaniu ewangelicznym jako skierowane do Jana, skoro wypadki, opisane dalej, są potwierdzeniem takiej właśnie postawy Patrona dnia dzisiejszego.
Kiedy bowiem słyszymy takie słowa, skierowane przez Boga do Proroka: Przepasz swoje biodra, wstań i mów wszystko, co ci rozkażę. Nie lękaj się ich, bym cię czasem nie napełnił lękiem przed nimi. A oto Ja czynię cię dzisiaj twierdzą warowną, kolumną ze stali i murem spiżowym przeciw całej ziemi, przeciw królom judzkim i ich przywódcom, ich kapłanom i ludowi tej ziemi. Będą walczyć przeciw tobie, ale nie zdołają cię zwyciężyć, gdyż Ja jestem z tobą, a potem wspomnimy na wydarzenie, które dziś w liturgii przeżywamy, słuchając ewangelicznego opisu, to od razu stwierdzimy, że Jan naprawdę «wstał i mówił wszystko, co mu Pan rozkazał».
A tak naprawdę, to nie musiał wstawać – mówiąc tak obrazowo – bo on nigdy „nie siadał”, to znaczy: nie ustawał w tym swoim głoszeniu, nie przestawał nastawać nawet na wielkich tego świata, aby się opamiętali; nie szedł na żadnej kompromisy. W ten sposób wypełnił to oto wezwanie, skierowane do siebie: Nie lękaj się ich, bym cię czasem nie napełnił lękiem przed nimi.
Jan naprawdę się nie lękał. Można chyba nawet powiedzieć, że był odważny i bezkompromisowy w sposób zdecydowanie przekraczający takie nasze zwyczajne pojmowanie odwagi. Pan naprawdę uczynił go w ten sposób twierdzą warowną, kolumną ze stali i murem spiżowym przeciw całej ziemi, przeciw królom – a konkretnie: jednemu królowi.
Nie zawahał się, nie powstrzymał przed dopominaniem się o prawdę, dlatego nie było obawy, że Pan «napełni jego serce lękiem przed nimi». Oczywiście, należy właściwie rozumieć to pojęcie, bo Pan na pewno nikogo nie chce napełniać lękiem i w sposób celowy tego nie spowoduje, natomiast może pozwolić człowiekowi doświadczyć mocy jego własnych lęków, skoro człowiek tak łatwo się im poddaje.
Nie było o tym mowy w przypadku Jana. W jego sercu, w jego myśleniu, w jego nastawieniu, w jego słowach i czynach – nie było najmniejszej przestrzeni na lęk, nie było miejsca na lęk. Jan był bezkompromisowo pewny tego, co mówi i czyni. Nawet za cenę życia – jak się miało wkrótce okazać, a czego Jan z pewnością się spodziewał. A nawet mógł być przekonany, że tak się to skończy. Nie zawahał się – pomimo tego – ani na moment.
Nawet pomimo tego, że – jak czytamy dzisiaj w brewiarzowej Godzinie czytań, we fragmencie homilii Bedy Czcigodnego – prześladowca nie nakazywał się wyprzeć Chrystusa, lecz tylko zamilczeć prawdę. Czyli nawet nie musiał jakoś specjalnie wychodzić na szańce, ruszać do boju – wystarczyło, że nie będzie nic mówił, że się „nie będzie wychylał”, że „nie zauważy” nieprawego postępowania monarchy, a jeśli nawet zauważy, to „nie zrobi problemu” z tego, co zauważy… Tyle by wystarczyło.
Ale Jan nawet i na to się nie zgodził. Nie! On był przekonany, że albo jest świadkiem Chrystusa na sto procent, albo nie jest nim wcale. Dlatego poniósł śmierć – i to w sposób, który chyba moglibyśmy określić jako totalnie bezsensowny! Bo stało się to dla kaprysu zdeprawowanej kobiety i jej równie zdeprawowanej córki.
I rzeczywiście, patrząc od strony obu tych kobiet i samego Heroda – to było niepotrzebne okrucieństwo, bezeceństwo najwyższych lotów. Ale od strony Jana patrząc – trzeba mówić o najpiękniejszej postawie męstwa, o świadectwie niezwykłym, o miłości heroicznej! Bo sposób, w jaki Jan oddał życie – z powodu owego bezsensownego okrucieństwa – w niczym nie umniejsza jego poświęcenia i odwagi, a może nawet bardziej je wzmacnia i podkreśla.
I nas przekonuje, że warto – naprawdę, warto – być chrześcijaninem na sto procent! Czyli – być sobą! Oby każdy z nas tak właśnie myślał i tak właśnie rozumiał całą sprawę, że być chrześcijaninem – to być sobą. I postępować zgodnie z tym, kim się jest – bez względu na okoliczności, ludzkie opinie czy konsekwencje.
I pomimo tego, że świat będzie taką postawę uważał za nienormalność, a może nawet szaleństwo, to jednak Jezus mierzy inną miarą – i my mamy mierzyć miarą Jezusa, a nie świata. Według miary świata – wszystko, co Jezusowe, jest bez sensu, jest jakieś przestarzałe, niemodne, nieatrakcyjne i w ogóle coraz mniej godne uwagi. Według miary Jezusa, miłość i poświęcenie, odwaga i bezkompromisowość w obronie prawdy, trzymanie się ściśle bardzo określonych zasad moralnych – ma sens.
I to jest właściwie jedyna mądra droga, którą powinniśmy iść. Bo te rzekomo łatwiejsze i prostsze drogi, które nam proponuje świat i współczesne mody i trendy – jakoś tak dziwnie nie prowadzą do prawdziwego szczęścia, tylko gdzieś, na jakieś manowce.
Nie bójmy się zatem pójść drogą Jana Chrzciciela – czyli drogą Jezusa! Nie obawiajmy się, że nam zaraz utną głowę! Wprost przeciwnie, ostatnio coraz częściej można odnieść wrażenie, że ludzie jakby czekali na kogoś, kto w ich otoczeniu odważnie da świadectwo prawdzie, aby oni mogli potem do tego dołączyć. Bo to istne szaleństwo, jakie widzimy w świecie polityki, w świecie mediów, w naszym życiu społecznym i zawodowym – chyba już coraz bardziej daje nam się we znaki. I ta wolność rozpasana, czyli faktyczna swawola, chyba już nam się „przejadła”. Coraz bardziej odzywa się w nas tęsknota za jakąś… normalnością.
Ale wielu obawia się o tym wprost powiedzieć, bo może inni zaraz skrytykują, wyśmieją… A może jednak poprą? Tylko trzeba kogoś, kto pierwszy odważnie zabierze głos w obronie prawdy, w obronie wiary, w obronie Chrystusa. Kto nie przemilczy faktu łamania Bożego prawa, ale jasno wyrazi stanowisko ewangeliczne, będące także jego własnym stanowiskiem.
Wydaje się, że dzisiaj już dość milczenia! Trzeba jasności i odwagi. Trzeba prawdy! I trzeba tej iskry, która innych pobudzi do odwagi i do świadectwa.
Przemyślmy raz jeszcze niezwykłość przykładu, jaki daje nam Jan Chrzciciel swoim męczeństwem – i módlmy się dla siebie nawzajem o taką właśnie odwagę! Bo naprawdę – to jest wielką potrzebą obecnego czasu.