Szczęść Boże! Moi Drodzy, w dniu dzisiejszym, w Diecezji siedleckiej, przeżywamy liturgiczne wspomnienie Błogosławionych Męczenników z Pratulina – Unitów Podlaskich.
Są mi oni osobiście bardzo bliscy, bo czynnie uczestniczyłem w przygotowywaniu się całej Diecezji do ich Beatyfikacji, uczestniczyłem w tejże jako Alumn IV roku Seminarium (brałem wtedy udział w asyście liturgicznej na Placu Świętego Piotra, a po Mszy Świętej miałem zaszczyt osobistego spotkania z Janem Pawłem II), a potem – wraz z Kolegami z Seminarium – przygotowaliśmy dużą inscenizację o Unitach, zatytułowaną „Monumentum Martyrum”, którą widziało wielu ludzi z naszej Diecezji i spoza niej.
Ze swej strony, kiedy tylko mogę, zajeżdżam do Pratulina, aby przy Ich relikwiach po prostu się pomodlić. Dzisiaj tam właśnie, w Pratulinie, odbędą się doroczne uroczystości. O godzinie 12:00, sprawowana będzie Msza Święta:
https://podlasie24.pl/kosciol/wspomnienie-blogoslawionych-meczennikow-podlaskich-20260121175641
Zapraszam do duchowej łączności.
Serdecznie dziękuję Szymonowi Sali za wczorajszą wspólną Mszę Świętą u Jana Kantego (widziano nas na transmisji) i kapitalną, niezwykle szczerą, poruszającą, długą rozmowę! Wielkie dzięki!
A ja dzisiaj pozdrawiam z Lublina, gdzie planuję zostać do jutra i popracować nad uporządkowaniem mojej biblioteki. O 18:00 natomiast – ponownie Msza Święta w Parafii Świętego Jana Kantego. Mam dzisiaj przewodniczyć i wygłosić homilię. Zapraszam do łączności duchowej ze mną:
https://www.youtube.com/c/Parafia%C5%9BwJanaKantegowLublinie/streams
A teraz już zapraszam do pochylenia się nad Bożym słowem dzisiejszej liturgii – serdecznie przepraszając za opóźnienie, nie do końca ode mnie zależna. Oto słówko Księdza Marka na dziś:
https://www.youtube.com/c/CatholicSurgut
Zatem, co konkretnie mówi dziś do mnie Pan? Z jakim przesłaniem do mnie się zwraca osobiście – właśnie dzisiaj? Duchu Święty, tchnij!
Niech Was błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec + i Syn, i Duch Święty. Amen
Gaudium et spes! Ks. Jacek
Piątek 2 Tygodnia zwykłego, rok II,
Wspomnienie Bł. Wincentego Lewoniuka i Towarzyszy,
Męczenników z Pratulina,
23 stycznia 2026.,
do czytań: 1 Sm 24,3–21; Mk 3,13–19
CZYTANIE Z PIERWSZEJ KSIĘGI SAMUELA:
Saul zabrał trzy tysiące wyborowych mężczyzn z całego Izraela i wyruszył na poszukiwanie Dawida i jego ludzi po wschodniej stronie Skał Dzikich Kóz. I przybył Saul do pewnych zagród owczych przy drodze.
Była tam jaskinia, do której wszedł Saul. Dawid zaś znajdował się wraz ze swymi ludźmi w głębi jaskini. Ludzie Dawida rzekli do niego: „Właśnie to jest dzień, o którym powiedział ci Pan: «Oto Ja wydaję w twe ręce wroga, abyś z nim uczynił, co ci się podoba»”. Dawid powstał i odciął po kryjomu połę płaszcza Saula. Potem jednak zadrżało serce Dawida z powodu odcięcia poły należącej do Saula. Odezwał się też do swych ludzi: „Niech mnie broni Pan przed dokonaniem takiego czynu przeciw mojemu władcy i pomazańcowi Pana, bym miał podnieść rękę na niego, bo jest pomazańcem Pana”. Tak Dawid skarcił swych ludzi i nie pozwolił im rzucić się na Saula.
Tymczasem Saul wstał, wyszedł z jaskini i udał się w drogę. Powstał też i Dawid i wyszedłszy z jaskini zawołał za Saulem: „Panie mój, królu!” Saul obejrzał się, a Dawid rzucił się twarzą ku ziemi oddając mu pokłon.
Dawid odezwał się do Saula: „Dlaczego dajesz posłuch ludzkim plotkom, głoszącym, że Dawid szuka twej zguby? Dzisiaj na własne oczy mogłeś zobaczyć, że Pan wydał cię w jaskini w moje ręce. Namawiano mnie, abym cię zabił, a jednak oszczędziłem cię, mówiąc: Nie podniosę ręki na mego władcę, bo jest pomazańcem Pana. Zresztą zobacz, mój ojcze, połę twego płaszcza, którą mam w ręku. Przeto że uciąłem połę twego płaszcza, a ciebie nie zabiłem, wiedz i przekonaj się, że we mnie nie ma żadnej złości ani zdrady, ani też nie popełniłem przeciw tobie przestępstwa. A ty czyhasz na życie moje i chcesz mi je odebrać. Niechaj Pan dokona sądu między mną i tobą, niechaj Pan na tobie się pomści za mnie, ale moja ręka nie zwróci się przeciw tobie. Według tego, jak głosi starożytne przysłowie: «Od złych zło pochodzi», ręka moja nie zwróci się przeciw tobie. Za kim to wyruszył król izraelski? Za kim ty gonisz? Za zdechłym psem, za jedną pchłą? Pan więc niech będzie rozjemcą, niech rozsądzi między mną i tobą, niech wejrzy i poprowadzi moją sprawę, niech obroni mnie przed tobą”.
Kiedy Dawid przestał mówić do Saula, Saul zawołał: „Czy to twój głos, synu mój, Dawidzie?” I Saul zaczął głośno płakać. Mówił do Dawida: „Tyś sprawiedliwszy ode mnie, gdyż świadczyłeś mi dobro, podczas gdy ja wyrządzałem ci krzywdę. Dziś dałeś mi dowód, że mi dobro świadczyłeś, kiedy bowiem Pan wydał mnie w twoje ręce, ty mnie nie zabiłeś. Przecież jeżeli kto spotka swego wroga, czy pozwoli na to, by spokojnie dalej szedł drogą? Niech cię Pan nagrodzi szczęściem za to, coś mi dziś uczynił. Teraz już wiem, że na pewno będziesz królem i że w twojej ręce utrwali się królowanie nad Izraelem”.
SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO MARKA:
Jezus wyszedł na górę i przywołał do siebie tych, których sam chciał, a oni przyszli do Niego. I ustanowił Dwunastu, aby Mu towarzyszyli, by mógł wysyłać ich na głoszenie nauki i by mieli władzę wypędzać złe duchy.
Ustanowił więc Dwunastu: Szymona, któremu nadał imię Piotr; dalej Jakuba, syna Zebedeusza, i Jana, brata Jakuba, którym nadał przydomek Boanerges, to znaczy: Synowie gromu; dalej Andrzeja, Filipa, Bartłomieja, Mateusza, Tomasza, Jakuba, syna Alfeusza, Tadeusza, Szymona Gorliwego i Judasza Iskariotę, który właśnie Go wydał.
Zaledwie wczoraj – w pierwszym czytaniu – słyszeliśmy solenne zapewnienie Saula, że nie będzie nastawał na życie Dawida. I cóż słyszymy dzisiaj? Saul zabrał trzy tysiące wyborowych mężczyzn z całego Izraela i wyruszył na poszukiwanie Dawida i jego ludzi po wschodniej stronie Skał Dzikich Kóz. I przybył Saul do pewnych zagród owczych przy drodze.
Usłyszmy to dobrze: zabrał trzy tysiące wyborowych mężczyzn! Po co? Żeby napaść na Dawida i zabić go. W takie niecne dzieło zaangażował tylu ludzi, którzy może wcale nie mieli zamiaru szkodzić młodemu dowódcy, jakim wtedy był Dawid, ale musieli spełnić rozkaz króla. Okazało się jednak , że nie musieli. Bo sytuacja „sama” ułożyła się tak, iż Saul po prostu wpadł w ręce Dawida. Jak?
Mamy z tego relację w pierwszym czytaniu: I przybył Saul do pewnych zagród owczych przy drodze. Była tam jaskinia, do której wszedł Saul. Dawid zaś znajdował się wraz ze swymi ludźmi w głębi jaskini. Ludzie Dawida rzekli do niego: „Właśnie to jest dzień, o którym powiedział ci Pan: «Oto Ja wydaję w twe ręce wroga, abyś z nim uczynił, co ci się podoba»”. Dawid powstał i odciął po kryjomu połę płaszcza Saula.
Chciałoby się powiedzieć, że tak ewidentnej i oczywistej sytuacji, jaka się w tym momencie przydarzyła, nikt nie mógł się spodziewać! I takiej okazji, aby raz na zawsze „zakończyć temat” króla Saula – i jego morderczej zazdrości, pchającej go do popełnienia zbrodni zabójstwa niewinnego człowieka – trudno było nawet oczekiwać. Dawid naprawdę mógł w tym momencie całą sprawę zakończyć – i zapewne wszyscy, począwszy od jego przybocznych i jego wojska, aż po wojsko Saula, odebraliby to jako coś zupełnie oczywistego!
On sam, Dawid, także mógłby się tłumaczyć przed Bogiem, że przecież dostał swego wroga w swoje ręce – i to dostał go w sytuacji dla Saula bardzo upokarzającej… Bo Dawid do tejże jaskini wszedł, aby się ukryć przed pościgiem, natomiast Saul – o niczym nie wiedząc – wszedł do tej samej jaskini za tak zwaną „potrzebą”. Ta informacja nie została umieszczona w pierwszym czytaniu, ale w samej Pierwszej Księdze Samuela się ona pojawia. I to właśnie wtedy Saul mógł praktycznie zginąć! Przy spełnianiu takiej czynności… Jaka byłaby to śmierć króla? Na pewno, mało godna i dostojna… Odpowiedzmy sobie zresztą sami.
Ale ta śmierć nie nastąpiła! Dlaczego? Słyszymy to dokładnie w pierwszym czytaniu: Potem jednak zadrżało serce Dawida z powodu odcięcia poły należącej do Saula. Odezwał się też do swych ludzi: „Niech mnie broni Pan przed dokonaniem takiego czynu przeciw mojemu władcy i pomazańcowi Pana, bym miał podnieść rękę na niego, bo jest pomazańcem Pana”. Tak Dawid skarcił swych ludzi i nie pozwolił im rzucić się na Saula.
Po czym odbyła się niezwykła rozmowa. Najpierw przemówił Dawid – oczywiście, już z bezpiecznej odległości i po tym, jak rzucił się twarzą ku ziemi oddając pokłon królowi: Dlaczego dajesz posłuch ludzkim plotkom, głoszącym, że Dawid szuka twej zguby? Dzisiaj na własne oczy mogłeś zobaczyć, że Pan wydał cię w jaskini w moje ręce. Namawiano mnie, abym cię zabił, a jednak oszczędziłem cię, mówiąc: Nie podniosę ręki na mego władcę, bo jest pomazańcem Pana. Zresztą zobacz, mój ojcze, połę twego płaszcza, którą mam w ręku. Przeto że uciąłem połę twego płaszcza, a ciebie nie zabiłem, wiedz i przekonaj się, że we mnie nie ma żadnej złości ani zdrady, ani też nie popełniłem przeciw tobie przestępstwa. A ty czyhasz na życie moje i chcesz mi je odebrać. Niechaj Pan dokona sądu między mną i tobą, niechaj Pan na tobie się pomści za mnie, ale moja ręka nie zwróci się przeciw tobie.
Zobaczmy, ile prawości było w tym młodym człowieku! Wiedział, że to on ma być królem. Wiedział, że Saul ma nim nie być. Wiedział, że Saul nastaje na jego życie, więc wszystko, co on – Dawid – uczyni, można uznać za działanie w obronie własnej, przeto będzie to w pełni usprawiedliwione. Tymczasem, on nie zabija go, pada przed nim na twarz, nazywa go «panem» oraz «swoim ojcem», ale nade wszystko: uznaje w nim króla – pomazańca, czyli namaszczonego przez samego Boga na króla.
Zobaczmy, nic nie zmieniło się w nastawieniu Dawida! Był i pozostał wewnętrznie prawy – i nawet mając poczucie ewidentnej krzywdy, jaka mu się działa, nie odpowiedział swojemu wrogowi nienawiścią na nienawiść. A nawet chyba – tak wewnętrznie – nie uznawał Saula za wroga! Dlatego mówiąc: «mój panie», «mój królu», «mój ojcze» – naprawdę tak myślał! I z tego powodu nie poważył się dokonywać samosądu, natomiast oddał całą sprawę w ręce Boże, tak mówiąc: Pan więc niech będzie rozjemcą, niech rozsądzi między mną i tobą, niech wejrzy i poprowadzi moją sprawę, niech obroni mnie przed tobą.
Możemy zatem z całym przekonaniem powiedzieć, że Dawid pięknie i godnie rozstrzygnął tę sprawę i takie nastawienie zachował aż do śmierci Saula, a nawet bardzo surowo rozprawił się z żołnierzem, który dobił króla na polu walki, kiedy ten leżał zraniony i o to dobicie sam prosił. Nawet w tej sytuacji Dawid uznał postępek żołnierza za podniesienie ręki na Bożego pomazańca i ukarał go śmiercią. Dlaczego miał tyle szacunku, a wręcz miłości do króla? Bo miał ogromnie dużo miłości do Boga. I zaufania do Boga. Dlatego spokojnie i z całym przekonaniem w Boże ręce oddawał swoje problemy. W tym konkretnym przypadku: oddał w te Boże ręce sąd na Saulem i rozstrzygnięcie owej trudnej dla siebie sprawy.
A co na to Saul? Słyszymy z relacji Autora biblijnego że zaczął głośno płakać. Mówił do Dawida: „Tyś sprawiedliwszy ode mnie, gdyż świadczyłeś mi dobro, podczas gdy ja wyrządzałem ci krzywdę. Dziś dałeś mi dowód, że mi dobro świadczyłeś, kiedy bowiem Pan wydał mnie w twoje ręce, ty mnie nie zabiłeś. Przecież jeżeli kto spotka swego wroga, czy pozwoli na to, by spokojnie dalej szedł drogą? Niech cię Pan nagrodzi szczęściem za to, coś mi dziś uczynił. Teraz już wiem, że na pewno będziesz królem i że w twojej ręce utrwali się królowanie nad Izraelem”. A więc jednak! Dotarło to do niego! Czy jednak zmieniło jego nastawienie do Dawida w sposób trwały?
Nie. Nadal – i do końca swoich dni – nastawał na Dawida. Oto tajemnica nieprawości! I postawa tak skrajnie przeciwna do pięknej i prawej postawy tego młodego, przyszłego króla. Saul nie był w stanie ani kroku uczynić, by wyjść ze swojej strefy komfortu, ze swoich schematów myślenia, ze swoich ciasnych ramek, ze swoich ograniczeń, zakreślonych przez diabelską pychę i morderczą nienawiść, które go wprost zaślepiały.
Ani kroku nie uczynił, by się z tego wyzwolić. Jego kolejne zapewnienia o szacunku dla Dawida – i to w sytuacji, w której przekonywał się, że naprawdę mógł zginąć z jego ręki, a nie zginął – okazywały się kolejnymi pustymi zapewnieniami. Możemy tylko dopowiedzieć, że nadawałby się na współczesnego polityka…
Natomiast Dawid – cały czas wychodził ze swojej strefy komfortu. Z poczucia swojej godności i wartości, ale też: z poczucia swego bezpieczeństwa… On przecież mógł ten problem rozwiązać „od ręki” – i to kilka razy. A przekroczył wszelkie swoje ograniczenia, obawy, może i pojawiające się w głębi serca myśli, żeby jednak postąpić ostrzej – on z tego wszystkiego uczynił ofiarę miłą Bogu, dar z siebie.
Tak, jak tę ofiarę uczyniło dziś dwunastu mężczyzn, o których słyszymy w Ewangelii, iż Jezus wyszedł na górę i przywołał do siebie tych, których sam chciał, a oni przyszli do Niego. I ustanowił Dwunastu, aby Mu towarzyszyli, by mógł wysyłać ich na głoszenie nauki i by mieli władzę wypędzać złe duchy. Ustanowił więc Dwunastu…
W dosłownym, interlinearnym tłumaczeniu Nowego Testamentu, słowa te brzmią tak: I wchodzi na górę i przywołuje do siebie, których chciał sam, i odeszli ku niemu. I uczynił dwunastu, których i wysłannikami nazwał, aby byli z Nim, i aby wysłał ich głosić i mieć władzę wyrzucać demony. I uczynił dwunastu…
Daje mi tu do myślenia określenie: odeszli ku Niemu… Skąd odeszli? A może właśnie od swojego dotychczasowego życia, od ludzi sobie najbliższych, od swoich zajęć, od swojej życiowej – przynajmniej jako takiej – stabilizacji?… Oni od tego odeszli, zaproszeni przez Niego.
Dlaczego to właśnie oni zostali zaproszeni? Nie wiemy. Słyszymy tylko, że przywołał tych, których sam chciał. Czemu chciał tych, a nie wielu innych? To odwieczny dylemat, pojawiający się w sercu chyba każdego powołanego do służby Bożej. A co mieli otrzymać w zamian? Zaszczytne zaproszenie do współpracy z Jezusem, czyli zadanie głoszenia nauki o Królestwie i wyrzucania złych duchów.
Ale wcześniej jeszcze – i na to zwróćmy uwagę – to zaproszenie Jezusa, aby Mu towarzyszyli (jak słyszymy w tym tłumaczeniu, z którego korzysta dzisiejsza liturgia), a dokładniej i precyzyjniej: aby z Nim byli. Po prostu: aby z Nim byli.
Właśnie! Być z Jezusem! Na dobre i na złe. Dniem i nocą. Zawsze. To oznacza więź, a nie przypadkowe mijanie się, jak na ulicy, albo nawet bycie obok siebie, ale w jakiejś bezpiecznej odległości, na dystans… Nie! Aby z Nim byli – w pełnej jedności! I tutaj padły imiona tych konkretnych ludzi, którzy mieli być z Jezusem. To właśnie z nich – jak słyszymy w tłumaczeniu dosłownym – uczynił dwunastu.
Jezus ich uczynił Apostołami. Bóg uczynił Dawida królem. Każdego i każdą z nas Jezus uczynił chrześcijaninem, katolikiem, człowiekiem wierzącym, swoim przyjacielem i przyjaciółką. Uczynił, których sam chciał. A On przecież w jedności ze sobą chce nas wszystkich. Każdego bez wyjątku. Dawid chciał. Apostołowie – na początku wszyscy – też. Potem się okazało, że jeden jednak nie… I Saul też nie.
A ja – chcę?… Chcę być z Jezusem? Staram się o to, by być z Nim w pełnej jedności zawsze: w każdej chwili swego życia? Jak się o to staram? Jak się o to dzisiaj starałem – i jeszcze postaram? Ale tak konkretnie?…
Warto! Naprawdę warto! Bo wtedy w życiu człowieka – tak, jak w życiu Dawida, jak w życiu Apostołów, a dzięki nim: w życiu wielu ludzi – prawdziwe cuda będą się działy!
Tak, jak działy się w życiu prostych ludzi, których Diecezja siedlecka dzisiaj szczególnie wspomina w liturgii. Wincenty Lewoniuk i dwunastu Towarzyszy, Męczennicy z Pratulina. Co możemy o nich powiedzieć?
Byli członkami Kościoła unickiego, powstałego na mocy Unii Brzeskiej z 1596 roku. Ponieśli śmierć męczeńską 24 stycznia 1874 roku z rąk żołnierzy rosyjskich, którzy w imieniu cara chcieli przemocą narzucić im prawosławie. Męczennicy pratulińscy oddali swoje życie w obronie wiary i jedności Kościoła. Ojciec Święty Jan Paweł II dokonał ich Beatyfikacji w Rzymie, w dniu 6 października 1996 roku, w czterechsetną rocznicę zawarcia Unii Brzeskiej.
Warto w tym miejscu dopowiedzieć, że Błogosławiony Wincenty Lewoniuk i jego dwunastu Towarzyszy byli mężczyznami w wieku od dziewiętnastu do pięćdziesięciu lat. Z zeznań świadków i dokumentów historycznych wynika, że byli ludźmi dojrzałej wiary. Masakra przy kościele zapewne trwałaby dłużej, gdyby nie wypadek postrzelenia jednego żołnierza carskiego przez drugiego. Przerwano więc ogień i żołnierze bez przeszkód dotarli do drzwi cerkwi, które otworzyli siekierą. Do świątyni wprowadzono „rządowego” proboszcza.
Rozproszony lud zbierał swoich rannych, których było około stu osiemdziesięciu. Ciała zabitych leżały na cmentarzu kościelnym przez całą dobę, gdyż żołnierze carscy nie pozwolili ich stamtąd zabrać. Potem to oni właśnie pogrzebali je bezładnie, wrzucając do wspólnej mogiły, którą zrównali z ziemią, aby nie pozostawić żadnego śladu po pochówku. Męczennicy zostali więc pogrzebani bez szacunku i bez udziału najbliższej rodziny.
Miejscowi ludzie jednak dobrze zapamiętali to miejsce. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 roku, grób Męczenników został należycie upamiętniony. 18 maja 1990 roku szczątki Męczenników zostały przewiezione z grobu do świątyni parafialnej.
Obrona świątyni otoczonej uzbrojonym wojskiem nie była skutkiem chwilowego przypływu gorliwości, ale konsekwencją głębokiej wiary mieszkańców Pratulina.
Tak zatem, pierwszym, który oddał życie był Wincenty Lewoniuk, a z nim razem: Daniel Karmasz, Łukasz Bojko, Konstanty Bojko, Konstanty Łukaszuk, Bartłomiej Osypiuk, Anicet Hryciuk, Filip Kiryluk, Ignacy Frańczuk, Jan Andrzejuk, Maksym Gawryluk, Onufry Wasyluk, Michał Wawryszuk.
W brewiarzowej Godzinie czytań, przeznaczonej na dzisiejsze wspomnienie, znajdujemy fragment raportu księdza Teodora Telakowskiego do biskupa Stupnickiego, w którym to raporcie tak opisywał wydarzenia z owego pamiętnego dnia w Pratulinie:
„Dnia 24 stycznia 1874 roku wydarzyła się straszna katastrofa w Pratulinie, w powiecie Konstantynów, na Podlasiu. Duszpasterską troskę w tej parafii sprawował ksiądz Józef Kurmanowicz, który od kilku tygodni razem z innymi kapłanami był więziony w Siedlcach. Lud, gdy żegnał swego duszpasterza wywożonego z parafii, przeczuwał, że czeka go ciężka dola. Padał na kolana przed odjeżdżającymi, prosząc o ostatnie błogosławieństwo. Kapłan i lud, zalani łzami, rozeszli się, może na zawsze. Błogosławieństwo było udzielane drżącą ręką, bo słowa uwięzły w zbolałej piersi. Bóg w niebie je przyjął.
Zarząd nad parafią został powierzony młodemu galicjaninowi, księdzu Leontemu Urbanowi, mieszkającemu w swej parafii w sąsiednim Krzyczewie. Chciał on wprowadzić w cerkwi unickiej w Pratulinie liturgię prawosławną. Unici pratulińscy zamknęli swoją cerkiew i klucze trzymali u siebie. Ksiądz Urban dał o tym znać do władz. 24 stycznia przybył naczelnik powiatu konstantynowskiego, mieszkający w Janowie. Przybyło z nim także wojsko pod dowództwem niemieckiego oficera Steina.
Naczelnik Kutanin przywoływał różne argumenty, aby przekonać lud, by przekazał swoją świątynię nowemu proboszczowi, wyznaczonemu przez władze rządowe, i by nie niszczyli pokoju. Cała jego elokwencja na nic się zdała.
Wówczas Stein powiedział, że zebrani powinni przyjąć prawosławie, teraz zaś winni się rozejść i nie zakłócać spokoju. Ci z różnych stron pytali go: «Jak się nazywasz?» Odpowiedział: «Nazywam się Stein». Ci zapytali: «Jaką wyznajesz wiarę?» Odpowiedział: «Jestem luteraninem». Powiedzieli mu: «Dobrze, przyjmij więc prawosławie, abyśmy zobaczyli, jak wygląda zdrajca wiary». Stein nic nie odpowiedział, ale żołnierzom rozkazał szarżę na obrońców. Ci skupili się przy kościele i bronili go, bojowo podnosząc kije znalezione w pobliżu. Wojsko ustąpiło, przewidując straty. Lud stał nieporuszony na placu.
Stein zarządził załadowanie karabinów kulami. Wówczas wierni odrzucili kołki i kamienie, które trzymali w rękach. Padli na kolana jak jeden mąż i zaczęli śpiewać pobożne pieśni polskie: «Święty Boże», a następnie psalm: «Kto się w opiekę»… Stein rozkazał: «Ognia!» Kule posypały się jak grad. Padli zabici wieśniacy. Pochyliły się głowy rannych. Śpiew nie ustawał. Żołnierze byli ustawieni w półkole za parkanem cmentarnym i prowadzili ogień.
Pierwszy padł zabity Wincenty Lewoniuk. Jednocześnie padł martwy młodzieniec Anicet Hryciuk ze wsi Zaczopki. Stojący obok starzec podniósł jego martwe ciało i przerywając na chwilę śpiew, zawołał: «Już narobiliście mięsa, możecie go mieć więcej, bo wszyscy jesteśmy gotowi umrzeć za naszą wiarę». Ogień trwał kilkanaście minut.
Ludzie pozostawali w niewielkiej odległości od wojska i byli skupieni w zwartą grupę. Liczba zabitych byłaby zapewne większa, gdyby niektórzy żołnierze, powodowani współczuciem, nie strzelali w powietrze. Żaden jęk nie wyszedł z piersi umierających. Żadne przekleństwo nie splamiło ust rannych. Wszyscy umierali w Bogu i z Bogiem za wiarę, która jako dar pochodzi od Boga.
Gdy zaprzestano strzelać, na placu pozostało dziewięciu zabitych. Cztery osoby, śmiertelnie ranne, umarły tego samego dnia. Zostały pogrzebane w tej samej mogile.” Tyle z tekstu, zamieszczonego w dzisiejszej Godzinie czytań.
Wpatrzeni w przykład bohaterskiej postawy Męczenników Podlaskich oraz wsłuchani w Boże słowo dzisiejszej liturgii, zapytajmy samych siebie raz jeszcze: Czy – i jak konkretnie – jestem z Jezusem? Czy pozwalam Mu, aby uczynił mnie swoim apostołem?… Na ile mam odwagę – w tym celu – odejść od siebie samego?…
