Możemy prosić Jezusa o cud?…

M

Witam serdecznie! A oto dwie bieżące sprawy:
1.       Dawid w swoim wczorajszym wpisie zachęca do dyskusji na kilka tematów. Popieram tę propozycję! I to zarówno w odniesieniu do tych tematów, jakie przedstawił Dawid, jak i wszystkich innych. Problem jest tylko taki, że na tym blogu generalnie mało jest dyskusji. Nasze rozmowy polegają na tym, że ktoś coś napisze, ja odpowiem – i już… Tylko w sprawie Wielkiej Orkiestry coś się „ruszyło”. Nie ukrywam, że liczę ciągle na szczerą, ożywioną dyskusję! Dziękuję bardzo serdecznie tym, którzy wytrwale zgłaszają swoje opinie. A jednocześnie naprawdę cieszę się z tego – i to mnie mobilizuje do pracy – że codziennie kilkadziesiąt osób zagląda. Zatem – rozmawiajmy!
2.      Jednym z tematów, proponowanych przez Dawida, jest sprawa nagłaśnianych przez media w tonie strasznej sensacji rzekomych rewolucyjnych postanowień Benedykta XVI dotyczących zawierania małżeństw. Kochani! Proszę Was najmocniej, jak mogę – sięgajcie do źródeł! Wspomniane stanowisko Papieża na pewno pojawi się w L’Osservatore Romano i innych gazetach katolickich, ja czytałem o tym w serwisie Radia Watykańskiego, które są mi codziennie przesyłane, można zapewne znaleźć wiarygodne relacje w internecie, na portalach katolickich. Natomiast żadnym punktem odniesienia nie mogą być w tej materii artykuły w prasie kolorowej, czy bulwarowej. Osobiście, z powodu wizyty duszpasterskiej, nie bardzo miałem czas wnikliwie przeanalizować stanowisko Ojca Świętego w tej sprawie, ale nawet na podstawie tego, co udało mi się przeczytać w serwisie watykańskim, to całym sercem popieram działania, które Benedykt XVI podjął. A opieram to na doświadczeniu pracy w Sądzie Biskupim, polegającej głównie na stwierdzaniu ważności i nieważności małżeństw. Na tej podstawie ja też, za Ojcem Świętym, jestem najgłębiej przekonany o konieczności poważniejszego potraktowania małżeństwa i przygotowania do niego. Zamierzam o tym więcej napisać później, zamieszczając na blogu nawet całe przemówienie Ojca Świętego w tej sprawie, na razie jednak tylko chcę Was prosić: nie wierzcie w tej bzdury, że w Kościele nie będzie małżeństw, albo że strasznie trudno będzie je zawrzeć! To kłamstwo!Do małżeństwa trzeba się po prostu solidnie przygotować – tak było zawsze, tylko w ostatnich czasach wszystko zaczęło „stawać na głowie”. Ojciec Święty – dla dobra samych przyszłych małżonków, a zwłaszcza dzieci – domaga się takiego traktowania instytucji małżeństwa, jak ono na to zasługuje! Zapraszam do lektury tego, co naprawdę Ojciec Święty powiedział i do dyskusji na ten temat.
                 Gaudium et spes!  Ks. Jacek 

Sobota 3 tygodnia zwykłego, rok I,
do czytań: Hbr 11,1–2.8–19; Mk 4,35–41
Burze na Jeziorze Galilejskim rzeczywiście były niebezpieczne. Nie dość, że powstawały niespodziewanie, to naprawdę groziły zatopieniem małych łodzi rybackich. Ale tak też jest również dzisiaj. Będąc we wrześniu w Ziemi Świętej i płynąc Jeziorem Galilejskim miałem możliwość oglądania go w całej krasie, jako że pogoda była cudowna. Okazuje się jednak, że kiedy przychodzi burza, albo nawet silny wiatr, to nawet i dzisiaj załoga łodzi, którą płynęliśmy, nie odważy się nazbyt oddalić od brzegu, bo się po prostu boi nieszczęścia. Tak jest to groźne jezioro!
Nie możemy się więc dziwić przerażeniu uczniów Jezusa, iż płynąc małą łódką, kiedy znaleźli się na pełnym jeziorze i tam zastała ich burza, musieli uświadamiać sobie grozę całej sytuacji. Ich nastrój najlepiej zresztą oddają słowa, skierowane do Jezusa: Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy? Rzeczywiście, my też możemy się zapewne nieco dziwić, że Jezus spał sobie spokojnie w łodzi, kiedy była już ona prawie pełna wody, a wokół szalała burza. Ale tak właśnie było.
Apostołowie – jak się możemy domyślać – najpierw podjęli próbę ratowania sytuacji. W końcu – to nie byli jacyś nowicjusze w tym fachu, tylko doświadczeni rybacy! Oni już niejedną taką sytuację przeżyli i wyszli z niej obronną ręką, ale ta akurat przyprawiła ich o spore przerażenie. Dlatego kiedy ich ludzkie wysiłki nie przyniosły rezultatu, odwołali się do Jezusa.
To był już zapewne odruch, taki krzyk rozpaczy – trudno nawet powiedzieć, czego oni tak naprawdę się spodziewali, na co liczyli. Oni nie mieli czasu na żadną chłodną kalkulację, na jakieś przeliczenia, czy zrobić tak, a może tak… Słowa, które wykrzyczeli do Jezusa pokazują, że liczyli się już dosłownie ze wszystkim.
Ale w tym momencie okazało się, że postąpili właściwie. Bo stało się coś, co jednak wprawiło ich w osłupienie, a nawet – jak mówi Ewangelista – w przerażenie. Jezus wstał,rozkazał wichrowi i rzekł do jeziora: „Milcz, ucisz się!”. Wicher się uspokoił i nastała głęboka cisza. Ot, tak, po prostu. Wicher się uspokoił i nastała głęboka cisza. Apostołowie chyba właśnie na to – przynajmniej podświadomie – liczyli, ale kiedy się to naprawdę stało, osłupieli z przerażenia. Co się dzieje? Co „jest grane”?
Przecież zgodnie z przekonaniem ludzi wszystkich czasów tylko Bóg jest Panem takich żywiołów, jak wiatr i morze. A tu tymczasem Jezus wstaje, wybudzony z głębokiego snu i – jak gdyby nigdy nic – mówi do jeziora: Ucisz się! Pamiętajmy, że cały czas rozważamy ten etap działalności Jezusa i Jego Apostołów, kiedy ci ostatni kształtowali w sobie spojrzenie na swego Mistrza i układali w sercu odpowiedź na pytanie, kim On tak naprawdę jest! Oto w tym momencie otrzymali kolejny element do tej układanki – element bardzo tajemniczy i niezwykły.
A przy okazji wyszło na jaw, że ich wiara w Jezusa jest jednak bardzo, bardzo mała… Jezus zaś, pokazując swoją wielką moc, domaga się od nich wiary pełnej, prawdziwej, wiary bezgranicznej. Można by nawet powiedzieć, że domaga się wiary wbrew logice, wiary przekraczającej zwykły sposób postrzegania rzeczywistości i przekraczającej prawa rządzące przyrodą.
Wiary, której przykład dał Abraham, wyruszając na polecenie Boga zupełnie w nieznane, czy też spodziewając się potomka – mimo podeszłego wieku swojego i żony. To przecież wszystko wbrew logice, wbrew normalnemu rytmowi funkcjonowania świata i człowieka! A jednak Bóg takiej wiary oczekiwał od Abrahama – i się jej doczekał. I takiej wiary Jezus oczekiwał od Apostołów. I też się jej doczekał – ale jeszcze nie teraz, nie na tym etapie.
Wiara ta bowiem musiała przejść wiele prób, wiele załamań i zakrętów, wiele momentów trudnych – łącznie z tym najtrudniejszym, jakim niewątpliwie był dramat Wielkiego Piątku. Apostołowie jednak nauczyli się takiej wiary, ukształtowali ją w sobie.
A my? Nas też Jezus do takiej wiary wzywa – wiary wbrew wszystkim i wszystkiemu! Wbrew wszystkim opiniom i ocenom, wbrew wszelkiej politycznej i społecznej „poprawności” i „niepoprawności”, wbrew wszystkiemu, co się dzieje w świecie i w naszym życiu. A dzieje się tak naprawdę bardzo wiele. I bardzo często na naszym życiowym Jeziorze Galilejskim szaleje burza, i łódź się napełnia, i wszystko zmierza do katastrofy. Sytuacje, jakie nam się przydarzają, nieraz wydają się już tak ostatecznie zagmatwane i zapętlone, że nie ma z nich wyjścia! Żadnego! Tak się nam wydaje, takie jest nasze przekonanie.
A oto Jezus dzisiaj przekonuje nas, że to nieprawda! Że dla chrześcijanina nie ma takiej sytuacji – sytuacji beznadziejnej! Nie ma! A dlaczego nie ma? Bo Jezus może uczynić wszystko i każdą sytuację – naprawdę każdą i zawsze – przemienić! Potrzeba tylko z naszej strony prawdziwego, bezgranicznego zaufania! Prawdziwej wiary!Prawdziwej, szczerej, dziecięcej ufności, wręcz przekonania, że Jezus Chrystus – mój Bóg, mój Zbawiciel, mój Przyjaciel – może i chce mi pomóc, dlatego każdą burzę w moim życiu uciszy, dlatego z każdej, nawet najtrudniejszej po ludzku sytuacji wyprowadzi mnie na prostą!
Kochani, niech ta świadomość towarzyszy nam w najtrudniejszych momentach życia, niech obraz ukazany w dzisiejszej Ewangelii zawsze pojawia się przed naszymi oczami i w naszych sercach, kiedy w życiu będzie najciężej i najtrudniej! Wtedy od razu i tylko – do Jezusa!
            W tym kontekście zastanówmy się:
  • Czy nie zbyt łatwo poddaję się pesymizmowi, zniechęceniu, rezygnacji?
  • Czy mam świadomość, że to właśnie trudności, a nie stan błogiej pomyślności – weryfikują prawdziwość i siłę mojej wiary?
  • Czy mam odwagę prosić Jezusa nawet o cud?
Czemu tak bojaźliwi jesteścieJakże wam brak wiary!

3 komentarze

  • Witam ponownie!:)
    Cieszy mnie, że moje sugestie spodobały się Księdzu, mam nadzieję, że uda się włączyć ludzi do dyskusji.
    Moi Drodzy, pozwolę sobie zabrać głos w tej sprawie, jako młody małżonek. Pewnie jak wielu z Was, usłyszałem w TV informacje o pomyśle Benedykta XVI, które mogliśmy odberać jako zamach na sakrament małżeństwa. Mogliśmy, ale nie musimy:)
    Kochani, sam doskonale wiem jak to jest z przygotowaniem do tego sakramentu. Słyszymy często, że nauki są zaliczane jako tako i wszystko O.K. Przyznam szczerze, że nie byłem osobiście zadowolony z wizyty w poradni przy parafii Wniebowzięcia NMP w Bialej Podlaskiej. Prowadzące osoby w ogóle nie były przygotowane i szczerze powiem zmarnowałem jakieś 3 godziny. Później, w dodatku w święto Wielkanocy, miało odbyć się spotkanie w Leśnej Podl. Miało, bo jak przyjechaliśmy, to wyszedł do nas zakonnik, zebrał kartki i podpisał, podbił pieczątkę, uśmiechnął się i pożyczył Wesołych Świąt. Po części go rozumiem, bo też niechętnie odchodziłem od świątecznego stołu, żeby jechać do Leśnej. Ale skoro już tak zaplanowano to spotkanie, to jednak powinno się odbyć!!! Przyznam szczerze, poczułem wielki niesmak, jako chrześcijanin, pomyślałem też jak młodzi ludzie mają poważnie podchodzić do sakramentu skoro sami duchowni "olewają to sobie". Smutne to, ale prawdziwe! Oczywiście, nie mówię, że jest tak wszędzie, ale rozmawiam z wieloma osobami i mamy często podobne doświadczenia, wrażenia.
    Moi Drodzy, ponieważ zarówno dla mnie, jak i mojej Żony, zależało na tym, żeby dobrze się przygotować, wydaliśmy kilkaset złotych na porządny kurs prowadzony przez dwie pary małżeńskie i księdza. I naprawdę nie żałowaliśmy. Przez trzy dni miała miejsce intensywna praca, połączona z modlitwą, czasem na wypoczynek. Naprawdę warto było! Ale zdaje sobie sprawę, że nie każdy może wyłożyć kilkaset złotych na kurs i podróż (w naszym przypadku w okolice Lublina). Dlatego mam nadzieję, że zmiany zaproponowane przez papieża pozwolą naprawdę przygotować się do małżeństwa. Ale pamiętajmy, że zależy to zarówno od przyszłych małżonków jak też księdza prowadzącego kurs, przygotowanie czy jak to jeszcze nazwiemy.
    Kochani, nie chcę tu sypać nazwiskami i parafiami, gdzie mają miejsce przykre sytuacje, bo nie o to chodzi. Jak już wspomniałem, jest napewno wiele pozytywnych przykładów jak np. kursy prowadzone przez o.Piotra Zajączkowskiego w parafii św. Antoniego w Białej Podl. (piszę o B. P., bo tutaj mieszkam i wiem co się dzieje). Osobiście mogę polecić Księdza Jacka, który udzielał nam ślubu i towarzyszy nam do dziś swoją modlitwą, pamięcią, za co serdecze dzięki raz jeszcze!!!
    Dla wszystkich, którzy przygotowują się do tego sakramentu mam dobrą radę: ROZMAWIAJCIE ZE SOBĄ JAK NAJWIĘCEJ!!! Nie spędzajcie większości czasu przed TV, komputerem, na dyskotece. Owszem to też jest potrzebne. Ale przede wszystkim rozmowa. Nie bójcie się, tematy same się znajdą: dzieci, mieszkanie, stosunek do Teściów (wiadomo przecież, że teściowa to trzeci żywioł, obok ognia i wody – nigdy nie wiadomo co zrobi i jak zapobiegać w razie ataku;), nawet sprawy błahe, kto będzie sprzątać, robić zakupy, itp. Co lubimy a czego nie.
    A zatem do roboty moi Drodzy, przyszli małżonkowie!!!
    PS dla zainteresowanych podaję mój e-mail, jakby coś to piszcie, pytajcie, podpowiem:) dawid-blaszczak@wp.pl
    Pozdrawiam!!!

    ~Dawid, 2011-01-29 13:42

  • Jeszcze raz e-mail, bo chyba mało widoczny:)
    dawid-blaszczak@wp.pl

    Pozdrawiam!!!

    ~Dawid, 2011-01-29 13:45

    Serdecznie dziękuję za piękne świadectwo! Nie ma to jak własne, życiowe i małżeńskie doświadczenie. Myślę, że będzie stanowiło ono cenny komentarz do stanowiska, jakie w sprawie przygotowania i zawarcia małżeństwa zajął Benedykt XVI. Ponawiam raz jeszcze propozycję Dawida – porozmawiajmy o tym! A na co dzień – jak proponował Dawid – rozmawiajmy w rodzinach, z przyjaciółmi, bliskimi… Jak najwięcej rozmawiajmy – i módlmy się o szczęśliwe małżeństwa!

    ~Ks. Jacek, 2011-01-29 17:42

    Czy Jezusowi może zależeć na naszym ziemskim szczęściu? Czy to Jego była sprawa gdy zabrakło wina na weselu w Kanie?
    Pierwsi chrześcijanie jak nikt inny ufali Jemu, a jednak zostali rozszarpani przez zwierzęta na arenach lub ukrzyżowani. On jest Bogiem i wie co nam do prawdziwego szczęścia potrzebne. Właśnie jest w tym problem, że tak wielu z nas nie próbuje nawet zrozumieć Woli Bożej i zawierzyć się jej. Chciałoby się mieć posłuszną żonę lub męża albo rewelacyjnie płatną i lekką pracę choć byłoby to kosztem drugiej strony. Kogo to tak naprawdę obchodzi? Pielęgniarki zazdroszczą lekarzom, rolnicy górnikom itd.Każdy ciągnie w swoją stronę by tylko być szczęśliwym.
    Budujemy świątynie w swoich domach, wstawiając co raz to kosztowniejszy przedmiot do niego, zapominając o Bogu, a gdy woda lub niby mąż zabiera to wszystko wtedy rozpaczamy. Kto dziś chciałby uszczęśliwić Boga dużą ilością dzieci bądź życiem zakonnym. Są tacy, lecz co raz ich mniej. Wszystkie grupy społeczne żądają swoich praw. Nawet dla zwierząt je ustanawiają a zapominając o nienarodzonych dzieciach.
    Jezus mógłby nam powiedzieć: skoro tak troszczycie się o swoje ziemskie szczęście, to co wam po moich darach.

    ~Dasiek, 2011-01-29 22:44

    Zgadzam się co do potrzeby ofiarowania Bogu swego życia oraz co do zachowania właściwej hierarchii wartości. Rzeczywiście – histeryczne wręcz dopominanie się poszanowania praw zwierząt z jednoczesnym lekceważeniem życia nienarodzonych dzieci – to jakieś ogólne zamieszanie. Ale nie przekreślałbym życia na ziemi, jako nieważnego, nieistotnego, czy skazanego na nieszczęście. W końcu – jeśli się nawet trzymać tego przykładu, wskazanego we wpisie – Jezus przemienił jednak wodę w wino w Kanie Galilejskiej. Zadbał o zewnętrzną oprawę wesela. A ile razy było tak – i jest to w Ewangelii – że martwił się, iż ludzie słuchający Go długo, gdy nauczał, są głodni i dlatego rozmnożył dla nich chleb i ryby. Po co miałby to robić, gdyby Mu nie zależało także na podtrzymaniu tego ziemskiego życia? I wreszcie – jak rozumieć opis stworzenia świata i człowieka, w którym słyszymy, że wszystko, co Bóg stworzył, było dobre, a człowiek ma sobie czynić ziemię poddaną? Zatem, zgadzam się, że szczęście na ziemi nie może stanowić priorytetu, zdecydowanie bardziej powinniśmy dbać o szczęście wieczne, ale trudno mi się zgodzić z tym, że Jezusowi nie zależy tak zupełnie na ziemskim szczęściu człowieka. Serdecznie pozdrawiam i dziękuję za ten głos – i wszystkie poprzednie!

    ~Ks. Jacek, 2011-01-30 10:19

  • Tak, Jezus przemienił w końcu wodę w wino ale z powodu Matki swojej. Nikt nie odpowiedział mu , że to nierealne. Usługujący narażali się na wyśmianie lub poniżenie i wstyd a może i baty za swoją naiwność. Nikt nie wymuszał i nie oczekiwał tego cudu od niego z wyjątkiem Maryi. Tak samo było z rozmnożeniem chleba. Jezus zdjęty litością uczynił ten cud gdy nikt tego od niego nie wymagał. Tak często wystawiamy Boga na próbę i stawiamy mu wręcz żądania nie ofiarując nic w zamian. Zadam jeszcze raz to pytanie: dlaczego miałby nas wysłuchać?
    Ziemię mamy czynić sobie poddaną, a nie ludzi.
    W kwietniu 2007 r. odrzucony został przez Sejm projekt zmiany w konstytucji w sprawie ochrony życia poczętego mimo, że była taka szansa i prosiliśmy posłów o to przed Sejmem. Pan Jarosław Kaczyński zwątpił, a nawet dał przyzwolenie szkodzeniu temu projektowi. Natomiast Lech przyjmuje z honorami przedstawicieli loży masońskiej B'nai B'rith, a żona Maria przeciwna jest zmianom w konstytucji. Dlaczego miałby Jezus ocalić ich przed katastrofą? Teraz domagamy się prawdy i sprawiedliwości a może i kary dla wszystkich odpowiedzialnych za tą tragedię. Ale czy znowu postępujemy z wolą Boga? Czy właśnie o to chodzi? Czy to nie jest ślepa uliczka?
    Myślę, że jedyna nadzieja dla nas jest w tym co słyszymy od służebnicy bożej Rozalii Celakówny o poświęceniu Najświętrzemu Sercu Jezusa i uroczystej intronizacji Jezusa na króla Polski przez rząd i cały episkopat.
    Zaufajmy jak w Kanie i uczyńmy co mówi by nas ratować. to nic nie kosztuje z wyjątkiem wyzbycia się własnej pychy.

    ~Dasiek, 2011-01-30 17:47

    Do powyższego wpisu odniósłbym się w kilku punktach:
    1. Co do pierwszej jego części – już się pogubiłem i nie wiem naprawdę, w czym jest problem.
    2. Co do Lecha i Marii Kaczyńskich – bardzo bym prosił o zachowanie zasady: "o zmarłych albo dobrze – albo wcale!". Oni są już na Sądzie Bożym, nie do nas należy ich osądzanie, kiedy już odeszli z tego świata. A przyczyn Dramatu Smoleńskiego należy poszukiwać – nie można tego skwitować jednym stwierdzeniem, że to po prostu kara Boża.
    3. Co do rezygnacji z pychy – zgadzam się. Myślę jednak, że pierwszym krokiem w tym kierunku może być uznanie stanowiska Kościoła w sprawie objawień i poddanie wszelkich objawień prywatnych właśnie pod osąd Kościoła, a nie promowanie ich za wszelką cenę jako panaceum na wszystko!
    Pozdrawiam serdecznie!

    ~Ks. Jacek, 2011-01-31 08:47

    1. To nie ja napisałem " Czy możemy prosić Jezusa o cud?". Chciałem tylko uzasadnić czy cudu możemy oczekiwać.
    2. Nie było moim zamiarem oceniać prywatnych uczynków tylko publiczne i mające wpływ na nasze losy. Niech każdy polityk wie jak wielką odpowiedzialność ma przed ludźmi teraz i przed historią później.
    3. Cena odrzucenia może być wysoka i z pokorą gotów jestem ja przyjąć.

    ~Dasiek, 2011-01-31 22:42

    Dziękuję za wyjaśnienia. Chociaż nie bardzo rozumiem, o jakim odrzuceniu mowa w p. 3. Pozdrawiam!

    ~Ks. Jacek, 2011-02-06 18:56

Ks. Jacek Autor: Ks. Jacek

Archiwum wpisów

Ks. Jacek Jaśkowski

Witam serdecznie! Kłania się Ks. Jacek Jaśkowski. Nie jestem ani kimś ważnym, ani kimś znanym. Jestem księdzem, który po prostu chce rozmawiać. Codzienna kapłańska posługa pokazuje mi, że tematów do rozmów z księdzem jest coraz więcej i dzisiaj żaden ksiądz nie może od nich uciekać, ale – wprost przeciwnie – podejmować nowe wyzwania. To przekonanie skłoniło mnie do próby otwarcia tegoż bloga, chociaż okazji do rozmów na co dzień – w konfesjonale i poza nim – na szczęście nie brakuje. Myślę jednak, że ten blog będzie jeszcze jednym sposobem i przestrzenią nawiązania kontaktu z ludźmi dobrej woli, otwartymi na dialog.