Ile muszę – a ile chcę?…

I
Szczęść Boże! Kochani, coraz bardziej zbliża się Uroczystość Bierzmowania w Celestynowie. Ostatnie dni Nowenny przygotowującej Młodzież do tego wydarzenia napełniają mnie wielkim niepokojem. Część bowiem Młodzieży – mówiąc kolokwialnie – „odpuszcza” sobie te spotkania w kościele, bo… coś tam. Zawsze jest coś. Wspominałem o tym we wczorajszym rozważaniu. 
    Przebrnęli przez egzamin – oczywiście, niektórzy z problemami i z pretensjami do mnie, bo czemu się domagam znajomości Różańca czy Koronki do Bożego Miłosierdzia? – teraz więc już czują się pewnie i z byle powodu opuszczają wspólną modlitwę. Martwi mnie to tym bardziej, że widzę w tym wsparcie ich Rodziców… Samo nasuwa się pytanie, czy ci młodzi ludzie i ich Rodzice w ogóle wierzą w moc Bożą? Po co im to Bierzmowanie?…
     Wzywam dzisiaj wstawiennictwa Brata Alberta, prosząc Boga o wielkoduszność: tak dla Młodzieży, jak i dla mnie, żebyśmy się wszyscy w tej sytuacji odnaleźli „po Bożemu”…
             Gaudium et spes!  Ks. Jacek

Wspomnienie
Św. Alberta Chmielowskiego, Zakonnika,
do
czytań:
2
Kor 6,1–10;
Mt
5,38–42
CZYTANIE
Z DRUGIEGO LISTU ŚWIĘTEGO PAWŁA APOSTOŁA DO KORYNTIAN:
Bracia:
Napominamy was, abyście nie przyjmowali na próżno łaski Bożej.
Mówi bowiem Pismo: „W czasie pomyślnym wysłuchałem ciebie, w
dniu zbawienia przyszedłem ci z pomocą”. Oto teraz czas
upragniony, oto teraz dzień zbawienia.
Nie
dając nikomu sposobności do zgorszenia, aby nie wyszydzono naszej
posługi, okazujemy się sługami Boga przez wszystko: przez wielką
cierpliwość wśród utrapień, przeciwności i ucisków, w
chłostach, więzieniach, podczas rozruchów, w trudach, nocnych
czuwaniach i w postach, przez czystość i umiejętność, przez
wielkoduszność i łagodność, przez objawy Ducha Świętego i
miłość nieobłudną, przez głoszenie prawdy i moc Bożą.
Przez
oręż sprawiedliwości zaczepny i obronny wśród czci i
pohańbienia, przez dobrą sławę i zniesławienie. Uchodzący za
oszustów, a przecież prawdomówni, niby nieznani, a przecież
dobrze znani, niby umierający, a oto żyjemy, jakby karceni, lecz
nie uśmiercani, jakby smutni, lecz zawsze radośni, jakby ubodzy, a
jednak wzbogacający wielu, jako ci, którzy nic nie mają, a
posiadają wszystko.
SŁOWA
EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO MATEUSZA:
Jezus
powiedział do swoich uczniów: „Słyszeliście, że powiedziano:
«Oko za oko i ząb za ząb». A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie
oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw
mu i drugi. Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją
szatę, odstąp i płaszcz. Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc
kroków, idź dwa tysiące. Daj temu, kto cię prosi, i nie odwracaj
się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie”.
Patron dnia
dzisiejszego, Adam Chmielowski, urodził się 20 sierpnia
1845 roku
w Igołomii pod Krakowem. Pochodził z zubożałej
rodziny ziemiańskiej. Gdy miał sześć lat, matka w czasie
pielgrzymki do Mogiły poświęciła małego Adama Bogu. Kiedy
miał lat osiem, umarł jego ojciec, sześć lat później zmarła
matka.
Chłopiec kształcił się w szkole kadetów w
Petersburgu, następnie w gimnazjum w Warszawie, a potem studiował w
Instytucie Rolniczo – Leśnym w Puławach. Razem z młodzieżą
tej szkoły wziął udział w Powstaniu Styczniowym.
30 września
1863 roku został ciężko ranny w bitwie pod Mełchowem i
dostał się do niewoli rosyjskiej. W prymitywnych warunkach
polowych, bez środków znieczulających, amputowano mu nogę,
co zniósł niezwykle mężnie. Miał wtedy osiemnaście lat.
Przez
pewien czas przebywał w więzieniu w Ołomuńcu, skąd został
zwolniony dzięki interwencji rodziny. Aby uniknąć represji władz
carskich, wyjechał do Paryża, gdzie podjął studia malarskie,
potem przeniósł się do Belgii i studiował inżynierię, lecz
powrócił wkrótce do malarstwa i ukończył Akademię Sztuk
Pięknych w Monachium.
Wszędzie, gdzie przebywał wyróżniał
się postawą chrześcijańską,
a jego silna osobowość
wywierała duży wpływ na otoczenie.
Po
ogłoszeniu amnestii w 1874 roku powrócił do kraju. Zaczął
poszukiwać nowego ideału życia,
wyrazem czego stało się jego
malarstwo. Oparte dotychczas na motywach świeckich, zaczęło teraz
czerpać natchnienie z tematów religijnych. Jeden z jego
najlepszych
i najbardziej znanych obrazów – „Ecce
Homo”
– jest owocem głębokiego przeżycia tajemnicy
bezgranicznej miłości Boga do człowieka.
W
1880 roku nastąpił duchowy zwrot w jego życiu.
Będąc w pełni
sił twórczych porzucił malarstwo i liczne kontakty towarzyskie, i
mając trzydzieści pięć lat wstąpił do nowicjatu jezuitów
z zamiarem pozostania bratem zakonnym. Po pół roku, w stanie silnej
depresji, opuścił nowicjat. Do stycznia 1882 roku leczył się w
zakładzie dla nerwowo chorych.
Następnie przebywał u swojego
brata na Podolu, gdzie w atmosferze spokoju i miłości powrócił
całkowicie do równowagi psychicznej.
Zafascynowała
go duchowość Świętego Franciszka z Asyżu, zapoznał się z
regułą III zakonu i rozpoczął działalność tercjarską,
którą pragnął upowszechnić wśród podolskich chłopów. Wkrótce
ukaz carski zmusił go do opuszczenia Podola. W 1884 roku przeniósł
się do Krakowa
i zatrzymał się przy klasztorze kapucynów.
Pieniędzmi ze sprzedaży swoich obrazów wspomagał
najbiedniejszych. Jego pracownia malarska stała się
przytuliskiem.
Tutaj zajmował się nędzarzami i bezdomnymi,
widząc w ich twarzach sponiewierane oblicze Chrystusa. Poznał
warunki życia ludzi w tak zwanych ogrzewalniach miejskich Krakowa.
Był to kolejny moment przełomowy w życiu zdolnego i cenionego
malarza.
Z
miłości do Boga i ludzi Adam Chmielowski po raz drugi
zrezygnował z kariery i objął zarząd ogrzewalni dla bezdomnych.

Przeniósł się tam na stałe, aby mieszkając wśród biedoty,
pomagać im w dźwiganiu się z nędzy – nie tylko materialnej, ale
i moralnej. 25 sierpnia 1887 roku Adam Chmielowski przywdział
szary habit tercjarski i przyjął imię brat Albert.
Dokładnie
rok później złożył śluby tercjarza na ręce Kardynała Albina
Dunajewskiego. Ten dzień jest jednocześnie początkiem
działalności Zgromadzenia Braci III Zakonu Świętego Franciszka
Posługujących Ubogim, zwanego popularnie „albertynami”.
Zgromadzenie
to przejęło od zarządu miasta opiekę nad ogrzewalnią dla
mężczyzn
przy ulicy Piekarskiej w Krakowie. W niecały rok
później brat Albert wziął również pod swoją opiekę
ogrzewalnię dla kobiet, a grupa jego pomocnic, którymi
kierowała siostra Bernardyna Jabłońska, stała się zalążkiem
zgromadzenia „albertynek”. Formacja dla
kandydatów i kandydatek do obu zgromadzeń organizowana była w
domach pustelniczych. Najbardziej znanym stała się tak zwana
„Samotnia” na Kalatówkach pod Zakopanem.
Nowicjat był
surowy, aby wcześniej mogły wycofać się jednostki słabsze. Do
trudnej pracy potrzeba bowiem było ludzi wyjątkowo zahartowanych –
zarówno fizycznie jak i moralnie.
Przytuliska
znajdujące się pod opieką albertynów i albertynek były otwarte
dla wszystkich potrzebujących,
bez względu na narodowość czy
wyznanie. Wszystkim zapewniano pomoc materialną i moralną,
stwarzano chętnym możliwości pracy i samodzielnego zdobywania
środków utrzymania.
Sam
zaś Albert był człowiekiem rozmodlonym i pokutnikiem.
Odznaczał się heroiczną miłością bliźniego, dzieląc los z
najuboższymi i pragnąc przywrócić im godność. Pomimo swego
kalectwa – wiele podróżował, zakładał nowe przytuliska,
sierocińce dla dzieci i młodzieży, domy dla starców i
nieuleczalnie chorych oraz tak zwany „kuchnie ludowe”.
Za
jego życia powstało dwadzieścia jeden takich domów. Przykładem
swego życia Brat Albert uczył współbraci i współsiostry, że
trzeba być „dobrym jak chleb”. Zalecał też
przestrzeganie krańcowego ubóstwa, które od lat wielu było
również jego udziałem.
Zmarł
w opinii świętości, wyniszczony ciężką chorobą i trudami życia
w przytułku, który założył dla mężczyzn, 25 grudnia 1916
roku w Krakowie.
Pogrzeb na Cmentarzu Rakowickim 28 grudnia 1916
roku stał się pierwszym wyrazem czci powszechnie mu oddawanej.
Błogosławiony Jan Paweł II beatyfikował go 22 czerwca 1983
roku na Błoniach krakowskich, a kanonizował 12 listopada 1989 roku
w Watykanie.
Warto
przy okazji zauważyć, iż Jan Paweł II – co sam nieraz
podkreślał – był zachwycony postawą Brata Alberta, mając do
jego świętości osobiste nabożeństwo.
Jednym z wyrazów tego
nastawienia jest z pewnością homilia, jaką wygłosił jeszcze jako
krakowski Kardynał, z okazji pięćdziesiątej rocznicy śmierci
dzisiejszego Patrona. A mówił w niej między innymi:
Brat
Albert Chmielowski – była to natura bardzo bogata, wszechstronnie
uzdolniona.
Zapowiadał się jako znakomity malarz, był ceniony
przez wszystkich mistrzów pędzla, którzy na zawsze pozostaną w
pamięci naszego narodu jako przedstawiciele wielkiej sztuki. Wiemy,
że była to jeszcze i dlatego natura bogata, że nie szczędził
siebie.
Dał tego dowód, gdy jako niespełna dwudziestoletni
młodzieniec wziął udział w Powstaniu Styczniowym. Wszystko
postawił na jedną kartę dla miłości Ojczyzny. Miłość
Ojczyzny wypaliła na nim dozgonny stygmat: pozostał kaleką do
śmierci
zamiast własnej nogi nosił protezę.

Ponad
to bogactwo natury uderza w nim przede wszystkim bogactwo łaski.
Łaska Boża, to jest sam Bóg udzielający się człowiekowi,
przelewający się niejako do jego duszy. Im bardziej Bóg udziela
się duszy, im bardziej się do niej przelewa przez dary Ducha
Świętego, tym bardziej rzuca ją na kolana. Tak właśnie na
kolana rzucona została dusza Adama Chmielowskiego przed
niewypowiedzianym majestatem Boga, świętością i miłością Boga.

Ale
Bóg w przedziwny sposób działa w dziejach człowieka. Oto rzucając
go przed sobą na kolana, każe mu równocześnie uklęknąć
przed jego braćmi, bliźnimi.
Tak właśnie stało się w życiu
Brata Alberta: rzucony na kolana przed majestatem Bożym, upadł na
kolana przed majestatem człowieka, i to najbiedniejszego,
najbardziej upośledzonego, przed majestatem ostatniego nędzarza!

Może
to porównanie jest wstrząsające, w naszych czasach nie widzimy
takich drastycznych zestawień, tak krzyczącej nędzy, tak jawnego
upokorzenia człowieka. Jest jednak i dzisiaj wiele zestawień
pozornie mniej rażących, a jednak nie mniej rażących.
Jest
dużo ludzkich potrzeb, wiele wołania o miłosierdzie – czasem w
sposób dyskretny, niedosłyszalny. Iluż jest jeszcze ludzi chorych
i opuszczonych w swoich chorobach, bez żadnej opieki? Iluż jest
jeszcze ludzi starych, przymierających głodem i tęskniących za
sercem?
Ile jest trudnej młodzieży, która w dzisiejszej
atmosferze życia nie znajduje dla siebie moralnego oparcia?
Miłosierdzie
i chrześcijaństwo jest wielką sprawą naszych dni. Jeżeliby
nie było miłosierdzia, nie byłoby chrześcijaństwa: to jest jedno
i to samo.
W służbie miłosierdzia nawet fundusze nie są
najważniejsze, nawet domy, zakłady i szpitale nie są
najważniejsze, chociaż są to środki niezbędne. Najważniejszy
jest człowiek!
Trzeba świadczyć swoim człowieczeństwem,
sobą. Tutaj Brat Albert jest dla nas niezrównanym wzorem.” Tyle
Kardynał Wojtyła.
A
Słowo Boże
– nie dobierane specjalnie do wspomnienia Brata
Alberta, ale to, które przeznaczone jest na poniedziałek
jedenastego Tygodnia zwykłego – znowu doskonale „pasuje” do
rysu świętości tego ubogiego Zakonnika.
Kiedy bowiem słuchamy
w Ewangelii wezwań Jezusa do wielkoduszności, to uświadamiamy
sobie, że Święty Albert zrealizował je w stopniu – wedle
swoich możliwości – najwyższym.
Bo
on nie tylko płaszcz oddał, i nie tylko dwa tysiące kroków szedł,
ale podróżował dokąd mógł, aby nieść pomoc ubogim, aby im
oddać całe swoje życie
i wszystko, co jeszcze ewentualnie
mógłby posiadać. W ten sposób uczynił swoimi słowa Świętego
Pawła, zapisane w dzisiejszym pierwszym czytaniu: Nie
dając nikomu sposobności do zgorszenia, aby nie wyszydzono naszej
posługi, okazujemy się sługami Boga przez wszystko: przez wielką
cierpliwość wśród utrapień, przeciwności i ucisków, w
chłostach, więzieniach, podczas rozruchów, w trudach, nocnych
czuwaniach i w postach, przez czystość i umiejętność, przez
wielkoduszność i łagodność, przez objawy Ducha Świętego i
miłość nieobłudną, przez głoszenie prawdy i moc Bożą
.
To
Święty Paweł. I to Święty Albert. A ja?
Ten,
o którym Kardynał Karol Wojtyła mówił, że uniżał
się przed majestatem ostatniego nędzarza,

dzisiaj
swoim
życiem i swoją postawą pyta mnie: czy
umiem się pochylić nad problemami drugiego człowieka?

I czy mam dla niego czas – zawsze wtedy, kiedy on tego potrzebuje,
a nie tylko wtedy, kiedy ja mógłbym na tym skorzystać? Ile ja w
swoim życiu muszę,
a ile chcę – dać drugiemu?…

5 komentarzy

  • "Martwi mnie to tym bardziej, że widzę w tym wsparcie ich Rodziców… Samo nasuwa się pytanie, czy ci młodzi ludzie i ich Rodzice w ogóle wierzą w moc Bożą? Po co im to Bierzmowanie?…" – dokładnie taka sama sytuacja jest z chrztami i komuniami, to jest prawdziwy obraz kondycji naszej wiary – w wiekszosci przypadków, pozornej i bardziej zogniskowanej na "tradycji" ceremonii, niż rzeczywistej potrzebie duchowej :(.

  • Do tych siedmiu darów, Duchu Święty, dodaj Celestynowskiej młodzieży, również dar pokuty, aby grzechy swoje dzięki Twojej łasce dobrze rozeznali i szczerze wyznali w Sakramencie Pokuty i daj również ducha umartwienia, aby zadośćuczynili Boskiej Miłości oraz łaskę wytrwałości, aby odtąd żyli po chrześcijańsku, widzieli potrzeby innych i byli do siebie wzajemnie "dobrzy jak chleb". Bracie Albercie, patronie dnia dzisiejszego, bądź dla nich inspiracją, że Boga szukać trzeba nieustannie w codzienności życia przez całe swoje życie. Amen.

  • Nieść pomoc innym…

    Wydawałoby się to takie proste…

    Kiedyś z koleżankami zgłosiłyśmy się jako wolontariat do pomocy na pewnym osiedlu. Osiedle to miało opinie: biednego i opuszczonego przez "miasto". Pojechałyśmy w celu zorganizoawnia czasu dzieciakom. Dołączyłyśmy do grupy osób, które jeżdzą tam regularnie. Znałyśmy, to miejsce tylko z opowiadań.

    Jak się potem okazało opinie osób nie będących tam były błędne.
    Słyszałam, że to bardzo biedne osiedle. Ludzie nie mają pracy , bo nie ma komunikacji miejskiej, dziećmi nikt się nie zajmuje, nie mają wody, prądu itp.

    Zorganizowaliśmy wiele zabaw, gotowanie, sport, malowanie – było wiele atrakcji.

    Jak się okazało po pobycie jedniodniowym – mają dobrą komunikację miejską . Autobus pod samym osiedlem ,a do tego zaraz obok pociągi. Dziećmi ma się kto zajmować, tylko dorośli woleli podpierać ściany i śmiać się z nas. Na biednych też nie wyglądali, modne ubrania, fryzury , solarium – większość młodzieży. Mieszkania w środku odnowione.

    Tylko wykorzystują wolontariuszy oraz państwo , które daje im pieniądze.

    Osobiście poczułam się tam niepotrzebna i jednocześnie oszukana.

    Oczywiście pomagać możemy na wiele sposobów. Możemy nieść pomoc fizyczną, finansową , a nawet słowem.
    Sama w życiu otrzymałam taką pomoc i wiem, że warto pomagać.

    Pozdrawiam 🙂
    Z Bogiem
    Gosia

  • Pewnie trochę brutalne będzie to co napiszę ale jeśli przynajmniej niektórym tym młodym ludziom nie zależy na odpowiednim przygotowaniu się do Bierzmowania to może nie ma potrzeby żeby "uszczęśliwiać ich Duchem Swiętym na siłę". Pamiętam takie Bierzmowanie w mojej parafii, przed którym po ostatnim spotkaniu w przeddzień uroczystości zmniejszyła się nam "lekko" liczba kandydatów i stał się "mały cud" bo nagle w przedziwny sposób zaczęło zależeć i rodzicom i samym zainteresowanym… Wiem że zabrzmi to strasznie, ale czasami wydaje mi się, że jednym z problemów w przygotowaniu do I Komunii czy do Bierzmowania jest to, że to my "na uszach stajemy" żeby dopuścić wszystkich, bo… i tu wynajdujemy sobie tysiące argumentów (od najbardziej prostych do kosmicznie skomplikowanych), tymczasem zdarzają się tacy kandydaci, po których "gołym okiem widać", że "na dziś" daru Bożej łaski płynącej z konkretnego sakramentu poprostu nie chcą… Może zatem warto poczekać "aż zrozumieją, co dostają i zechcą" (i to chyba można śmiało odnieść zarówno do dzieci, do młodzieży jak i do ich rodziców) … Wiem z doświadczenia, że na ogół przychodzi ten czas kiedy zaczynają rozumieć i świadomie chcą (przynajmniej niektórzy). Pozdrawiam serdecznie. J.B.

  • Dziękuję J.B. raz jeszcze za tę wypowiedź, do której się zresztą już we wpisach wstępnych. Natomiast świadectwo Gosi jest niesamowite… Bardzo dużo daje do myślenia… Ks. Jacek

Ks. Jacek Autor: Ks. Jacek

Archiwum wpisów

Ks. Jacek Jaśkowski

Witam serdecznie! Kłania się Ks. Jacek Jaśkowski. Nie jestem ani kimś ważnym, ani kimś znanym. Jestem księdzem, który po prostu chce rozmawiać. Codzienna kapłańska posługa pokazuje mi, że tematów do rozmów z księdzem jest coraz więcej i dzisiaj żaden ksiądz nie może od nich uciekać, ale – wprost przeciwnie – podejmować nowe wyzwania. To przekonanie skłoniło mnie do próby otwarcia tegoż bloga, chociaż okazji do rozmów na co dzień – w konfesjonale i poza nim – na szczęście nie brakuje. Myślę jednak, że ten blog będzie jeszcze jednym sposobem i przestrzenią nawiązania kontaktu z ludźmi dobrej woli, otwartymi na dialog.