Szczęść Boże! Moi Drodzy, w dniu dzisiejszym urodziny przeżywa Zuzanna Zagubień, zaangażowana w swoim czasie w działalność młodzieżową w Celestynowie. Życzę Jej, aby zawsze trwała w pełnej współpracy z Jezusem! Więcej o tym w rozważaniu. Zapewniam o modlitwie!
Drodzy moi, serdecznie pozdrawiam Was z Siedlec, skąd niedługo wyjadę do Białej Podlaskiej. Nasz Tato wczoraj jeszcze musiał zostać w szpitalu, ale dzisiaj już mamy nadzieję na Jego powrót do Domu. Z całego serca dziękuję Wszystkim, którzy modlitwą i dobrym słowem wspierają Tatę i całą naszą Rodzinę!
Ja dzisiaj przewiduję powód w Domu, a potem – prawdopodobnie przejazd do Lublina. I – byś może – Mszę Świętą u Jana Kantego. Ale to nie jest pewne. Być może, zostanę do wieczora w Białej Podlaskiej i zakończę gregoriankę w mojej rodzinnej Parafii. Będę reagował stosownie do sytuacji.
Teraz natomiast zapraszam do pochylenia się nad Bożym słowem dzisiejszej liturgii. Oto słówko Księdza Marka na dziś:
https://www.youtube.com/c/CatholicSurgut
Zatem, co dziś mówi do mnie Pan – tak bardzo osobiście i konkretnie? Duchu Święty, podpowiedz…
Niech Was błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec + i Syn, i Duch Święty. Amen
Gaudium et spes! Ks. Jacek
Piątek 3 Tygodnia zwykłego, rok II,
30 stycznia 2026.,
do czytań: 2 Sm 11,1–4a.5–10a.13–17.27c; Mk 4,26–34
CZYTANIE Z DRUGIEJ KSIĘGI SAMUELA:
Na początku roku, gdy królowie zwykli udawać się na wojny, Dawid wyprawił Joaba i swoje sługi wraz z całym Izraelem. Spustoszyli oni ziemię Ammonitów i oblegli Rabba. Dawid natomiast pozostał w Jerozolimie.
Pewnego wieczora Dawid, podniósłszy się z posłania i chodząc po tarasie swego królewskiego pałacu, zobaczył z tarasu kąpiącą się kobietę. Kobieta była bardzo piękna. Dawid zasięgnął wiadomości o tej kobiecie. Powiedziano mu: „To jest Batszeba, córka Eliama, żona Uriasza Chetyty”. Wysłał więc Dawid posłańców, by ją sprowadzili. Kobieta ta poczęła, posłała więc, by dać znać Dawidowi: „Jestem brzemienna”.
Wtedy Dawid wyprawił posłańca do Joaba: „Przyślij do mnie Uriasza Chetytę”. Joab posłał więc Uriasza do Dawida. Kiedy się Uriasz stawił u niego, Dawid wypytywał się o powodzenie Joaba, ludu i walki. Następnie rzekł Dawid Uriaszowi: „Wstąp do swojego domu i umyj sobie nogi”. Uriasz opuścił pałac królewski, a za nim niesiono dar ze stołu króla. Uriasz położył się jednak u bramy pałacu królewskiego wraz ze wszystkimi sługami swojego pana, a nie poszedł do własnego domu. Przekazano wiadomość Dawidowi: „Uriasz nie wstąpił do swego domu”. Dawid zaprosił go, aby jadł i pił w jego obecności, aż go upoił. Wieczorem poszedł Uriasz, położył się na swym posłaniu między sługami swojego pana, a do domu swojego nie wstąpił.
Następnego ranka napisał Dawid list do Joaba i posłał go za pośrednictwem Uriasza. W liście napisał: „Postawcie Uriasza tam, gdzie walka będzie najbardziej zażarta, potem odstąpicie go, aby został ugodzony i zginął”.
Joab obejrzawszy miasto, postawił Uriasza w miejscu, o którym wiedział, że walczyli tam dzielni żołnierze nieprzyjacielscy. Ludzie z miasta wypadli i natarli na Joaba. Byli zabici wśród ludu i sług Dawida; zginął też Uriasz Chetyta. Postępek, jakiego dopuścił się Dawid, nie podobał się Panu.
SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO MARKA:
Jezus mówił do tłumów: „Z królestwem Bożym dzieje się tak, jak gdyby ktoś nasienie wrzucił w ziemię. Czy śpi, czy czuwa, we dnie i w nocy nasienie kiełkuje i rośnie, on sam nie wie jak. Ziemia sama z siebie wydaje plon, najpierw źdźbło, potem kłos, a potem pełne ziarno w kłosie. A gdy stan zboża na to pozwala, zaraz zapuszcza sierp, bo pora już na żniwo”.
Mówił jeszcze: „Z czym porównamy królestwo Boże lub w jakiej przypowieści je przedstawimy? Jest ono jak ziarnko gorczycy; gdy się je wsiewa w ziemię, jest najmniejsze ze wszystkich nasion na ziemi. Lecz wsiane, wyrasta i staje się większe od innych jarzyn; wypuszcza wielkie gałęzie, tak że ptaki powietrzne gnieżdżą się w jego cieniu”.
W wielu takich przypowieściach głosił im naukę, o ile mogli ją zrozumieć. A bez przypowieści nie przemawiał do nich. Osobno zaś objaśniał wszystko swoim uczniom.
Znane polskie porzekadło: „Wszystko, co dobre, szybko się kończy!” – wyjątkowo pasuje jako streszczenie dzisiejszego pierwszego czytania, jako komentarz do niego i jako komentarz do całej postawy Dawida, która po okresie niesamowitego powodzenia, jakim owocowało jego królowanie w życiu narodu izraelskiego – wsparte tak wielkim Bożym błogosławieństwem i opieką – w jednej chwili stała się postawą zwykłego rozpustnika i gorszyciela.
Dzisiejsze pierwsze czytanie to najbardziej sumaryczny, jaki można sobie tylko wyobrazić, skrót o wiele dłuższej historii, którą w całości odczytać możemy w Drugiej Księdze, a która ostatecznie zakończyła się tym, co dzisiaj zostało przez Autora biblijnego podsumowane jednym krótkim, ale bardzo mocnym i bardzo znaczącym zdaniem: Postępek, jakiego dopuścił się Dawid, nie podobał się Panu. To oczywiste, że tak obrzydliwy postępek z żadnej strony nie mógł podobać się Panu! Ale jak w ogóle do niego doszło?
Żeby to ktoś wiedział! To, co się stało, przeczy jakiejkolwiek logice relacji Dawida z Bogiem – bo tylko w tym kontekście możemy całą tę sytuację rozpatrywać. Gdyby bowiem ktokolwiek inny dokonał takiego czynu, to – jakkolwiek nikogo nie da się za coś takiego pochwalić, a wręcz trzeba bardzo surowo skarcić – to można powiedzieć, że jest słabym lub grzesznym człowiekiem, a jeśli jest jeszcze królem, to… już mu właściwie wszystko wolno. Oczywiście – w jego własnym mniemaniu.
Ale też w przekonaniu wielu zwykłych ludzi: „Król to król! Kto rozliczy króla? Tym ze ‘świecznika’ zawsze wolno więcej!” Tak myśli wielu normalnych ludzi – i chyba każdemu z nas takie przekonanie trafia… do przekonania. Bo często tak bywało w historii, ale i dzisiaj tym wysoko postawionym chyba wolno więcej… To znaczy, oni taką pewność w sobie podtrzymują, a ludzie się z tym jakoś oswoili. Co nie znaczy, że zaakceptowali taki stan rzeczy, ale jakoś się z nim oswoili.
Ale my dzisiaj mówimy o Dawidzie, królu Izraela, niegdyś zwykłym pasterzu owiec, którego jednak Bóg wywyższył „we czci i we wspaniałości”. On tyle od Boga otrzymał dowodów miłości, zaufania, wsparcia! Trudno znaleźć chyba – i w tamtym czasie, ale i w naszym – kogoś, kto zostałby przez Boga aż tak doceniony i wywyższony. Trzeba też uczciwie podkreślić, że Dawid naprawdę starał się sprostać temu wybraniu, temu wywyższeniu, temu zaufaniu. Naprawdę!
Ale oto uległ ludzkiej słabości. I właśnie w tym kontekście mówimy wręcz o braku logiki w jego działaniu. Bo jakkolwiek słabość słabością – każdego dotyka tak samo – to jednak ten ogrom Bożego zaufania, jakim Dawid został obdarzony, był tak wielki, że powinien go wręcz na tyle olśnić i zachwycić, że nawet przez myśl nie powinna mu przejść taka ewentualność, żeby dać się tak bezrozumnie omotać pięknu kobiety, odebrać ją mężowi, męża tegoż wysłać na pewną śmierć, a ją samą zabrać do swego łoża.
Czyli co? To wszystko, co Bóg dał, nie miało znaczenia? Albo przegrało z chwilą grzesznego zauroczenia? To jest zupełnie nielogiczne! Ale o czym to może świadczyć? A o tym, że Dawid jednak za bardzo uwierzył w siebie, zapatrzł się w sobie, a mówiąc bardzo kolokwialnie: „woda sodowa uderzyła mu do głowy”. Miał za dobrze! Za bardzo mu się powodziło, za dobrze układało – jak się ktoś kiedyś wyraził o tego typu sytuacjach: nie udźwignął nadmiaru szczęścia, które go spotkało.
Niestety, nie był to tylko problem Dawida, czy wielu innych osób – tych wysoko postawionych, ale nie tylko – także tych, opisanych na kartach Pisma Świętego. Niestety, ten problem był i ciągle jest jakoś aktualny – także dzisiaj. Zapewne sami to widzimy: kiedy człowiekowi jest ciężko, kiedy musi pokonywać przeróżne trudności, kiedy musi się zmagać także z zewnętrznymi przeciwnikami (żeby nie powiedzieć: wrogami), wtedy mobilizuje wszystkie swoje siły, aby postępować w prawości, żeby pokazać wręcz całemu światu, że on jest sprawiedliwy i uczciwy, podczas gdy jego przeciwnicy takimi nie są. Często też owe przeciwności skłaniają ludzi do budowania jedności z innymi, podobnie uciemiężonymi.
Kiedy jednak zaczyna się coraz lepiej układać, czyli kiedy już osiągnie się to, o co się starało i walczyło – nagle okazuje się, że jest „za dobrze”, że taki stan zaczyna wręcz nudzić, dlatego trzeba poszukać sposobów „uatrakcyjnienia” rzeczywistości. Albo też – we wzajemnych relacjach z ludźmi – robić problem tam, gdzie go nie ma. Jakby nie było naprawdę poważniejszych problemów.
Czyż nie z takim zjawiskiem borykamy się ciągle my, Polacy? Jak nam trudno żyć w warunkach wolności! Kiedy o nią walczymy – jakże potrafimy się zjednoczyć, jak bardzo jesteśmy jednym narodem, jak wiele nas łączy! Bo tak jest w istocie – nas, Polaków, naprawdę bardzo wiele łączy. Ale kiedy jest „za dobrze”, to bardzo szybko o tym zapominamy i gotowi jesteśmy nawzajem „utopić się w łyżce wody”. Ale to na marginesie naszych rozważań.
Natomiast Dawid zdecydowanie nie udźwignął – by się tak wyrazić – owego bezmiaru szczęścia, jaki mu Pan podarował. Ale też – i to druga obserwacja, czyniona przez komentatorów biblijnych – zgubiła go zwykła próżność i lenistwo.
Dowiadujemy się bowiem z pierwszego zdania dzisiejszego pierwszego czytania, że opisane w nim wydarzenia działy się na początku roku, gdy królowie zwykli udawać się na wojny – co by to nie znaczyło… W komentarzach biblijnych czytamy, że chodziło o wczesną wiosnę, kiedy kończyła się pora deszczowa, a jeszcze nie zaczęły się intensywne prace na roli. Właśnie ten czas królowie wykorzystywali na prowadzenie działań wojennych, bo mieli po prostu kogo zaciągnąć w szeregi swoich armii.
I to właśnie wtedy Dawid… no, właśnie, nie wyruszył sam na wojnę. Jak słyszymy, wyprawił Joaba i swoje sługi wraz z całym Izraelem. Spustoszyli oni ziemię Ammonitów i oblegli Rabba. Dawid natomiast pozostał w Jerozolimie. Pytanie – dlaczego pozostał? Dlaczego nie wyruszył, jak zawsze dotąd, by przewodzić swemu ludowi, by podnosić morale swoich żołnierzy, by budować ich przykładem własnego męstwa? Zawsze tak było – czemu nie tym razem? Nie wiemy.
Wiemy natomiast, że to lenistwo i próżność doprowadziły go do tak strasznego grzechu! I to jest też dla nas bardzo cenne wskazanie, byśmy nigdy nie osiadali na laurach, byśmy nigdy nie uwierzyli „w swoją gwiazdę”, byśmy nigdy nie dali sobie wmówić, że jesteśmy już tak wielcy i doskonali, że po prostu świat się wokół nas kręci, ludzie nas na rękach noszą, więc my już nic od siebie nie musimy wymagać. Widzimy, jak bardzo taka postawa zgubiła Dawida!
Bóg, który dał mu tak wiele i który w jego sercu zawsze stał na pierwszym miejscu – w tym momencie chyba znalazł się na dalszym… Bo pierwsze miejsce w swoim własnym sercu zajął… sam Dawid. Niech nas Bóg broni przed takim bezkrytycyzmem, przed takim zakochaniem w sobie samym – ze wzajemnością. Wprost przeciwnie: także wtedy, kiedy będzie nam się jak najlepiej układało – a może: szczególnie wtedy, i niech takich sytuacji będzie jak najwięcej – mamy się bardzo strzec i mieć na baczności, żeby własna nasza pycha nie sprowadziła nas na manowce.
Bo to jest dopiero prawdziwa klasa człowieka, kiedy zachowuje on wysoki poziom moralny i wysoki styl – i samodyscyplinę – także wtedy, kiedy jedynym mobilizującym go do tego i kontrolującym jest jego własne sumienie.
I właśnie w tym kontekście, warto odnieść się do słów Jezusa z dzisiejszej Ewangelii: Z królestwem Bożym dzieje się tak, jak gdyby ktoś nasienie wrzucił w ziemię. Czy śpi, czy czuwa, we dnie i w nocy nasienie kiełkuje i rośnie, on sam nie wie jak. Ziemia sama z siebie wydaje plon, najpierw źdźbło, potem kłos, a potem pełne ziarno w kłosie. A gdy stan zboża na to pozwala, zaraz zapuszcza sierp, bo pora już na żniwo.
I w tym samym duchu – bardzo podobny obraz: Z czym porównamy królestwo Boże lub w jakiej przypowieści je przedstawimy? Jest ono jak ziarnko gorczycy; gdy się je wsiewa w ziemię, jest najmniejsze ze wszystkich nasion na ziemi. Lecz wsiane, wyrasta i staje się większe od innych jarzyn; wypuszcza wielkie gałęzie, tak że ptaki powietrzne gnieżdżą się w jego cieniu.
Bo właśnie to, na ile człowiek jest w stanie pokazać ów wysoki styl swojej osobowości i poziom duchowego rozwoju – zależy od tego, na ile Boże królestwo będzie się rozwijało w jego sercu. Tego na zewnątrz początkowo nie widać – wszystko rozgrywa się na płaszczyźnie osobistej relacji konkretnego człowieka z Jezusem. O ile jest ta relacja. O ile człowiekowi na niej zależy, bo Jezusowi – z całą pewnością tak.
Warto o nią zawalczyć! Warto się o nią postarać! Warto nad nią pracować! Oczywiście, pamiętając o tym, że większą część pracy wykona za nas Jezus, a nasze jakiekolwiek działanie – to już odpowiedź. Ale odpowiedź konieczna. Bo bez naszego zaangażowania nie będzie żadnej relacji – to oczywiste. My musimy tego chcieć.
Ale jeśli zechcemy, wówczas Pan będzie mógł w nas i przez nas dokonywać rzeczy naprawdę wielkich i pięknych! A nasza postawa, głęboko wewnętrznie motywowana – nie na pokaz, nie dla blichtru, ale wynikająca z głębi naszych duchowych przeżyć – będzie dla nas samych wspaniałym sposobem na piękne życie, ale także: świetnym przykładem i zachętą dla innych!
