Pan posłał Natana…

P

Szczęść Boże! Moi Drodzy, w dniu dzisiejszym urodziny przeżywa Ksiądz Jacek Wojdat, mój Kolega z Kursu Święceń. Życzę Jubilatowi wszelkiego Bożego błogosławieństwa! I zapewniam o modlitwie!

A oto dzisiaj pozdrawiam Was z Lublina, gdzie zostaję do jutra, gdyż jutro będę pomagał duszpastersko w Parafii Świętego Jana Kantego. Także dzisiaj planuję tam koncelebrować Mszę Świętą o 18:00. Zapraszam do łączności ze mną:

https://www.youtube.com/c/Parafia%C5%9BwJanaKantegowLublinie/streams

Drodzy moi, dziękuję za modlitwę w intencji moich Rodziców, a szczególnie Tatę. Musiał On zostać w szpitalu – zapewne aż do poniedziałku – bo gojenie po zabiegu jaskry nie przebiega bezproblemowo. Trzeba jeszcze opieki lekarskiej, dlatego Tato nasz zostaje, a my Go wspieramy!

Zwłaszcza, że – przypomnę raz jeszcze – to jest pierwszy pobyt naszego Taty w szpitalu w ciągu całego Jego życia! To nie znaczy, że z wielką przyjemnością tam przebywa, ale – jak rozmawiałem wczoraj – bardzo wysoko ocenia poziom opieki i życzliwości Lekarzy, Pielęgniarek i całego Personelu, ale też wielką życzliwość Sąsiada z sali, Pana Piotra Oleszczuka. Ze swej strony, bardzo to doceniam i Wszystkim dziękuję – i Wam dziękuję za modlitwę i życzliwe zainteresowanie! Odwzajemniam moją szczerą modlitwą.

A teraz już zapraszam do pochylenia się nad Bożym słowem dzisiejszej liturgii. Oto słówko Księdza Marka na dziś:

https://www.youtube.com/c/CatholicSurgut

Zatem, co konkretnie mówi dziś do mnie Pan? Z jakim przesłaniem się zwraca – właśnie do mnie, osobiście? Duchu Święty, pomóż właściwie odczytać, zrozumieć, przyjąć…

Niech Was błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec + i Syn, i Duch Święty. Amen

Gaudium et spes! Ks. Jacek

Sobota 3 Tygodnia zwykłego, rok II,

Wspomnienie Św. Jana Bosco, Kapłana,

31 stycznia 2026., 

do czytań: 2 Sm 12,1–7a.10–17; Mk 4,35–41

CZYTANIE Z DRUGIEJ KSIĘGI SAMUELA:

Pan posłał do Dawida proroka Natana. Ten przybył do niego i powiedział: „W pewnym mieście było dwóch ludzi, jeden był bogaczem, a drugi biedakiem. Bogacz miał owce i bydła wiele, biedak nie miał nic, prócz jednej małej owieczki, którą nabył.

On ją karmił i wyrosła przy nim wraz z jego dziećmi, jego chleb jadła i piła z jego kubka, spała u jego boku i była dla niego jak córka. Raz przyszedł gość do bogacza, lecz jemu żal było brać coś z owiec i własnego bydła, czym mógłby posłużyć gościowi, który doń zawitał. Zabrał więc owieczkę owemu biednemu mężowi i przygotował ją człowiekowi, co przybył do niego”.

Dawid oburzył się bardzo na tego człowieka i powiedział do Natana: „Na życie Pana, człowiek, który tego dokonał, jest winien śmierci. Nagrodzi on za owieczkę w czwórnasób, gdyż dopuścił się czynu bez miłosierdzia”.

Natan oświadczył Dawidowi: „Ty jesteś tym człowiekiem. Dlatego właśnie miecz nie oddali się od domu twojego na wieki, albowiem Mnie zlekceważyłeś, a żonę Uriasza Chetyty wziąłeś sobie za małżonkę. To mówi Pan: «Oto Ja wywiodę przeciwko tobie nieszczęście z własnego twego domu, żony zaś twoje zabiorę sprzed oczu twoich, a oddam je twojemu współzawodnikowi, który będzie obcował z twoimi żonami wobec tego słońca. Uczyniłeś to wprawdzie w ukryciu, jednak ja obwieszczę tę rzecz wobec całego Izraela i wobec słońca»”.

Dawid rzekł do Natana: „Zgrzeszyłem wobec Pana”. Natan odrzekł Dawidowi: „Pan odpuszcza ci też twój grzech, nie umrzesz. Lecz dlatego, że owym czynem pobudziłeś wrogów Pana do wielkiej zniewagi, syn, który ci się urodzi, na pewno umrze”. Natan udał się potem do swego domu.

Pan dotknął dziecko, które urodziła Dawidowi żona Uriasza, tak iż ciężko zachorowało. Dawid błagał Boga za chłopcem i zachowywał surowy post, a wróciwszy do siebie, całą noc leżał na ziemi. Dostojnicy jego domu, podszedłszy do niego, chcieli go podźwignąć z ziemi: bronił się jednak i w ogóle z nimi nie jadał.

SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO MARKA:

Przez cały dzień Jezus nauczał w przypowieściach. Gdy zapadł wieczór owego dnia, rzekł do uczniów: „Przeprawmy się na drugą stronę”. Zostawili więc tłum, a Jego zabrali, tak jak był w łodzi. Także inne łodzie płynęły z Nim.

Naraz zerwał się gwałtowny wicher. Fale biły w łódź, tak że łódź się już napełniała. On zaś spał w tyle łodzi na wezgłowiu. Zbudzili Go i powiedzieli do Niego: „Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy?” On wstał, rozkazał wichrowi i rzekł do jeziora: „Milcz, ucisz się”. Wicher się uspokoił i nastała głęboka cisza.

Wtedy rzekł do nich: „Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże wam brak wiary?” Oni zlękli się bardzo i mówili jeden do drugiego: „Kim właściwie On jest, że nawet wicher i jezioro są Mu posłuszne?”

Słyszeliśmy wczoraj, jakim to „nadzwyczajnym dokonaniem” wykazał się Dawid przed Bogiem i przed całym światem! Nie do wyobrażenia! Naturalnym wręcz wydaje się pytanie: Co tego człowieka opętało? Co mu – mówiąc kolokwialnie – „odbiło”?

Tyle otrzymał od Boga, ile chyba nikt nie otrzymał – no, może nie aż tak, ale na pewno Pan okazał Mu ogromne zaufanie i miłość – a on tak po prostu uwiódł żonę swego żołnierza, a jego samego wysłał na pewną śmierć. Co on sobie wtedy myślał? Że tak po prostu – weźmie ją sobie i już? I wszystko będzie w najlepszym porządku – będą żyli „długo i szczęśliwie”?

Ostatnio tego typu pytanie stawiam sobie coraz częściej – chociażby w kontekście bezczelnych i burzących krew w żyłach (przynajmniej moich, i to w najwyższym stopniu!) włamań i kradzieży na kilku plebaniach w mojej Diecezji. A wiem o tym, że jest to problem coraz większy także w innych Diecezjach. Ale nie tylko jest to problem w strukturach kościelnych, bo brutalnych i bezczelnych włamywaczy i złodziei nie brakuje nigdzie – także w tej szeroko rozumianej przestrzeni publicznej.

I tak sobie nieraz myślę – właśnie w kontekście tego pytania, które postawiłem w odniesieniu do Dawida – co sobie myśli taki włamywacz, kiedy w trakcie Mszy Świętej, sprawowanej w kościele, łomem wyszarpie z zawiasami dość mocne drzwi plebani, wywraca meble, wywala z szaf i szuflad wszystko, i wynosi pieniądze, jakie znajdzie? Owszem, prawdą jest, że te pieniądze powinny być w banku, powinny być też zastosowane alarmy i monitoringi. I na wielu Parafiach to wszystko już jest.

Ale mam takie wrażenie, że takiemu złemu człowiekowi sam szatan pomagaowym podłym działaniu. Używam celowo określenia „zły” w odniesieniu do takiego człowieka – nie w tym sensie, że jest on cały przesiąknięty złem, że jest złem ostatecznym i absolutnym, bo takim jest tylko szatan. Ale taki człowiek oddaje się do dyspozycji szatana i mu służy, czyniąc celowo – z premedytacją i rozmysłem, w sposób zwykle zaplanowany i dobrze przygotowany – zło drugiemu człowiekowi.

Bo – jak ostatnio nawet rozmawiałem z Osobami pokrzywdzonymi przez takich złodziei – nie wiadomo, co jest lepsze w chwili takiego włamania: być w domu, czy nie być? Bo może się i tak stać, że włamywacz ów, natknąwszy się na gospodarza, w odruchu paniki może go poturbować! Albo nawet zabić! Słyszałem też i o takich sytuacjach, w których włamywacz – nie znalazłszy pieniędzy, które jak raz były dobrze zabezpieczone – z bezsilnej wściekłości chociaż tapicerkę na meblach pociął i krzesła połamał. I powywracał inne meble. Ot, tak, po prostu, żeby wyładować swoją wściekłość.

I właśnie: co myśli sobie taki człowiek, kiedy bierze do ręki ukradzione komuś pieniądze i wydaje na różne swoje cele? Co sobie myśli? Że to jego zysk? Zarobek? Że może się nimi tak po prostu cieszyć? Zdaję sobie sprawę, że mogę zostać uznany za naiwnego, stawiając takie pytania. Ale ja je świadomie stawiam i będę stawiał!

Albo – jak można świętować Boże Narodzenie, łamać się opłatkiem w trakcie wigilijnej wieczerzy i śpiewać kolędy – przy kradzionej choince? Albo jak można modlić się za swoich bliskich zmarłych, stawiając na ich grobie znicz, albo kładąc wieniec – ukradziony z innego grobu? Co na to sumienie takiego złodzieja?

Tak, wiem, wiele Osób powie mi, że tacy ludzie nie mają sumienia. Otóż – nieprawda! Totalna nieprawda! Nie ma człowieka, który by nie miał sumienia! Każdy je ma, bo to jest głos Boga w ludzkim sercu, zatem nie da się takiego głosu wyciszyć, gdyż musiałoby to oznaczać pokonanie mocy i wielkości samego Boga. A to jest niemożliwe! Dlatego pewnym jest, że ten głos sumienia – który, owszem, może być wyciszany, zagłuszany, tłamszony na wszelkie sposoby – odezwie się i tak, i tak. Jeżeli nie wcześniej, to na pewno w chwili śmierci.

Naprawdę, bardzo ciężko i boleśnie – w tym wymiarze duchowym – umierają tacy ludzie. Widzą oni całe zło, jakie uczynili innym. I jeśli w żaden sposób nie okażą żalu za to zło – to ten sam obraz zobaczą zaraz po śmierci, ale wtedy będzie to dla nich wyrokiem wiecznego potępienia! I wtedy będzie już za późno na jakąkolwiek zmianę nastawienia i refleksje! Natomiast musimy sobie jasno powiedzieć, że właśnie taka perspektywa czeka owego złego człowieka w ostatnich chwilach życia – to jest wręcz straszne umieranie, w duchowych konwulsjach.

Dlatego ja od pewnego czasu – właśnie w obliczu nasilenia się tych bezeceństw, co mnie osobiście bardzo poruszyło, chociaż mnie tak wprost ostatnio nie dotknęło – zacząłem modlić się o to (i to publicznie, coraz częściej też o tym wprost mówiąc), by właśnie na tych wszystkich, którzy z premedytacją, rozmysłem i w sposób celowy i bezczelny czynią innym zło, spadły jak największe wyrzuty sumienia! I to jak najszybciej!

Bo czym innym jest uczynienie jakiegoś zła z powodu nieuwagi, nieroztropności, braku ostrożności czy ludzkiej słabości, z którą chociaż się walczy, ale nieraz się po prostu przegrywa. To zupełnie inna sytuacja. Ale jeżeli ktoś to zło czyni w sposób metodycznie zaplanowany, ordynarny i bezczelny, a to tego nierzadko bardzo brutalny, nie licząc się z ludzką krzywdą i cierpieniem, przez siebie spowodowanym – to właśnie dla takich ludzi codziennie modlę się o tak gigantyczne wyrzuty sumienia, żeby nie mogli jeść ani spać, żeby sobie miejsca na świecie nie mogli znaleźć, żeby ciągle przypominali sobie – krok po kroku – zło, uczynione innym, czując na sobie wręcz fizycznie wzrok tych, których skrzywdzili!

O to się dla nich codziennie modlę – i będę się modlił! Bez względu na to, że niektórzy stawiają mi zarzut, iż jest to modlitwa o zło dla nich. Nic z tych rzeczy! To jest właśnie modlitwa o dobro – o ocalenie dla nich! Bo jeśli się opamiętają – o ile zdążą! – i okażą żal za swoje zło, naprawiając szkody, to może ocalą swoją wieczność. Jeśli zaś nieto piekło ogniste otworzy przed nimi swoje bramy! Ośmielam się, Drodzy moi, zachęcić Was wszystkich do takiej modlitwy – wraz ze mną.

I o to, aby w takiej sytuacji Pan zawsze stawiał takim ludziom – jak i nam, gdybyśmy mieli nieszczęście popisać się takim złym postępkiem – swoich wysłanników, którzy tak, jak Prorok Natan Dawidowi, tak oni otworzyliby również nam oczy na uczynione zło!

Zobaczmy, że Dawid – kiedy myślał, że ostrzeżenie Proroka dotyczy kogoś innego, albo przedstawia jakąś abstrakcyjną sytuację – wypowiedział się i ocenił sytuację bardzo prawidłowo od strony moralnej! Dlaczego więc sam tak niemoralnie postąpił, nie widząc niczego złego w swoim naprawdę niecnym czynie? Na jego korzyść przemawia oczywiście fakt żalu, jaki natychmiast wyraził i od tego momentu już nigdy nie pozwolił sobie na takie zachowanie. Ale to, co się stało, już się stało.

Niech nam zatem Pan zawsze daje takich ludzi, którzy w Jego imieniu będą nam oczy otwierali – być może, ratując naszą wieczność! A przede wszystkim: byśmy pamiętali, że w naszej życiowej łodzi jest z nami naprawdę Jezus Chrystus! Dlatego kiedy zdarzą się różne nawałnice, burze i gradobicia, wichury i trzęsienia ziemi – także te, które my sami swoim złem spowodujemy – obyśmy mieli odwagę zwrócić się do Niego samego z prośbą o pomoc. Nawet, gdyby to pytanie miało zabrzmieć aż tak dramatycznie: Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy? A w tej konkretniej sytuacji: „Panie, czy nic Cię nie obchodzi, że ginę z powodu własnej głupoty, zawziętości, uporu, pychy?… Pomóż mi wyjść z pułapki, którą ja sam na siebie zastawiłem!”

Jezus zawsze w takiej sytuacji powie temu wszelkiemu złu i nieszczęściu, które nas dotknęło – także z naszej własnej winy: Milcz, ucisz się! Tylko żebyśmy już odtąd naprawdę trwali przy Nim i przy Jego zasadach, a nie – kiedy sytuacja nam się wyprostuje lub naprawi – znowu zaczęli brnąć w zło. Niech nam Pan posyła zawsze takich Natanów, którzy w Jego imieniu powiedzą nam samym, kiedy będziemy o złu myśleli, planując je uczynić; albo o nim mówili, zachęcając do niego może jeszcze innych, albo już go dokonując: MILCZ, UCISZ SIĘ! Tak, Panie, ucisz w nas wszelkie zło! Pokonaj je w nas! Broń nas przed nami samymi!

Albo wprost i bezpośrednio, albo przez takich Natanów, jakim dla ludzi swojego czasu – a szczególnie ludzi młodych, a szczególnie tych pogubionych – był Patron dnia dzisiejszego, Święty Jan Bosco.

Urodził się on 16 sierpnia 1815 roku w Becchi, około czterdziestu kilometrów od Turynu. Był synem piemonckich wieśniaków. Gdy miał dwa lata, zmarł jego ojciec. W tej sytuacji matka musiała zająć się utrzymaniem trzech synów.

Młode lata przeżył w ubóstwie. Wcześnie musiał podjąć pracę zarobkową. Kiedy miał lat dziewięć, Pan Bóg w tajemniczym widzeniu sennym objawił mu jego przyszłą misję, którą Jan zaczął na swój sposób rozumieć i pełnić. Widząc, jak wielkim powodzeniem cieszą się przygodni kuglarze i cyrkowcy, za pozwoleniem swojej matki w wolnych godzinach szedł do miejsc, gdzie ci popisywali się swoimi sztuczkami – i zaczynał ich naśladować.

W ten sposób zbierał mieszkańców swojego osiedla i zabawiał ich w niedzielne i świąteczne popołudnia, przeplatając swoje popisy modlitwą, pobożnym śpiewem i „kazaniem”, które wygłaszał. Było to zwykle kazanie, które tego dnia na porannej Mszy Świętej zasłyszał w kościele parafialnym, a które prawie „co do słowa” zapamiętał.

Pierwszą Komunię Świętą przyjął w wieku jedenastu lat. Gdy miał lat czternaście, rozpoczął naukę u pewnego kapłana – emeryta, którą musiał jednak po roku przerwać z powodu nagłej śmierci nauczyciela. Następnie odbył naukę w szkole podstawowej i średniej. Nie mając jednak funduszów na kształcenie się, musiał pracować dodatkowo w różnych zawodach, by zdobyć konieczne podręczniki, opłacić nauczycieli i utrzymać się na stancji. Dorabiał nadto dawaniem korepetycji.

Po ukończeniu szkoły średniej, został przyjęty do wyższego seminarium duchownego w Turynie. Tutaj, pod kierunkiem Świętego Józefa Cafasso, wykładowcy i spowiednika, czynił znaczne postępy w doskonałości chrześcijańskiej. 5 czerwca 1841 roku otrzymał święcenia kapłańskie.

8 grudnia 1841 roku, napotkał przypadkowo piętnastoletniego chłopca – sierotę, zupełnie opuszczonego materialnie i moralnie. Od tego, w jakimś sensie przełomowego dnia, zaczął gromadzić samotną młodzież, uczyć ją prawd wiary, szukać dla niej pracy u uczciwych ludzi. W niedzielę zaś zajmował młodzież rozrywką, dawał okazję do uczestnictwa we Mszy Świętej i do przyjmowania Sakramentów Świętych.

Ponieważ wielu z jego podopiecznych było bezdomnymi, starał się dla nich o dach nad głową. Tak powstały szkoły elementarne, zawodowe i internaty, które rychło rozpowszechniły się w Piemoncie. Wszystko to spowodowało, że ten Apostoł młodzieży uważany jest dziś za jednego z największych pedagogów w dziejach Kościoła.

Zdawał sobie wszakże Jan sprawę, że sam jeden tak wielkiemu dziełu nie podoła. Aby zapewnić stałą pieczę nad młodzieżą, założył dwie rodziny zakonne: Pobożne Towarzystwo Świętego Franciszka Salezego dla młodzieży męskiej – zwanych salezjanami, oraz Zgromadzenie Córek Maryi Wspomożycielki Wiernych dla dziewcząt.

Będąc tak aktywnym, potrafił jednak nasz Święty odnajdywać czas na modlitwę i głębokie życie wewnętrzne. Obdarzony niezwykłymi charyzmatycznymi przymiotami, pozostawał człowiekiem pokornym i skromnym. Uważał siebie za słabe narzędzie Boga. Rozwinął szeroko działalność misyjną, posyłając najlepszych swoich synów duchownych i córki do Ameryki Południowej. Dzisiaj te dwie rodziny salezjańskie pracują na wszystkich kontynentach świata, na polu misyjnym.

W dziedzinie wychowania chrześcijańskiego Święty Jan Boscwsławił się także tym, że zostawił po sobie kierunek – styl wychowania – pod nazwą „systemu uprzedzającego”, który wprowadził prawdziwy przewrót w dotychczasowym wychowaniu. Nie mniejsze zasługi położył nasz Święty na polu ascezy katolickiej, którą uwspółcześnił, uczynił dostępną dla najszerszych warstw wiernych Kościoła: uświęcenie się przez sumienne wypełnianie obowiązków stanu, doskonalenie się przez rzetelną pracę.

Cały wolny czas Jan poświęcał na pisanie i propagowanie dobrej prasy i książek. Początkowo wydawał w drukarniach turyńskich. Od roku 1861 posiadał już własną drukarnię. Rozpoczął od wydawania żywotów świątobliwych młodzieńców, by swoim chłopcom dać konkretne żywe przykłady i wzory do naśladowania. Od roku 1877 dla wszystkich przyjaciół swoich dzieł zaczął wydawać jako miesięcznik – do dziś istniejący –Biuletyn Salezjański”. Wszystkie jego pisma, wydane drukiem, obejmują trzydzieści siedem tomów. Ponadto, pozostawił po sobie olbrzymią korespondencję.

W czasie kanonicznego procesu naoczni świadkowie w detalach opisywali wypadki uzdrowienia ślepych, głuchych, chromych, sparaliżowanych, nieuleczalnie chorych. Wiemy też o wskrzeszeniu co najmniej jednego umarłego. Najwięcej wszakże rozgłosu przyniosły mu: dar czytania w sumieniach ludzkich, którym posługiwał się niemal na co dzień, oraz dar przepowiadania przyszłości jednostek, swojego Zgromadzenia, dziejów Kościoła. Jan Bosczmarł 31 stycznie 1888 roku. Papież Pius XI beatyfikował go 2 czerwca 1929 roku, a kanonizował już 1 kwietnia 1934 roku, w Wielkanoc.

O postawie i duchowości tego Patrona młodzieży niech zaświadczą jego własne słowa, zamieszczone w jednym z listów, jaki skierował do swoich duchowych synów – salezjanów. A pisał tak: „Jeśli rzeczywiście pragniemy prawdziwego dobra naszych wychowanków i przygotowania ich do wypełnienia obowiązków, o tym nade wszystko powinniśmy pamiętać, że drogim naszym chłopcom zastępujemy rodziców. Dla nich pracowałem zawsze z miłością, dla nich uczyłem się, sprawowałem posługę kapłańską. […]

Ileż to razy, Synowie moi, musiałem w ciągu mojego długiego życia uczyć się tej wielkiej prawdy, że łatwiej jest gniewać się niż cierpliwie znosić, grozić niż przekonywać, a nawet łatwiej jest z powodu naszej niecierpliwości i pychy ukarać opornego, niż poprawić, zachowując się stanowczo i przyjaźnie. Zalecam wam miłość Świętego Pawła, którą okazywał nowo nawróconym. Często prowadziła go do łez i wytrwałej modlitwy, kiedy widział, że tak mało są pojętni i nie odpowiadają należycie na jego miłość.

Baczcie, by wam nikt nie mógł zarzucić, że działacie w gniewie. Niełatwo zachować spokój w karaniu, a przecież jest on konieczny, aby się nie wydawało, że działamy dla podkreślenia swej władzy albo dania upustu gniewowi. Tych, nad którymi sprawujemy jakąkolwiek władzę, uważajmy za synów. Stańmy się ich sługami, podobnie jak Jezus, który przyszedł służyć, nie zaś, aby Mu służono. Niechaj zawstydza nas nawet pozór chęci panowania. Nie panujmy nad nikim, chyba po to tylko, aby lepiej służyć. […]

Są naszymi dziećmi. Dlatego gdy poprawiamy ich błędy, wyzbądźmy się wszelkiego zagniewania, albo przynajmniej działajmy tak, jakbyśmy usunęli je zupełnie. Żadnego zagniewania, żadnej pogardy, żadnej obelgi. Na czas obecny miejcie miłosierdzie, na przyszły – nadzieję, jak przystoi ojcom, którzy naprawdę starają się o poprawę i właściwe wychowanie. W szczególnie trudnych wypadkach należy raczej pokornie i ufnie błagać Boga, niż wylewać potok słów, które tylko obrażają słuchających, lecz nie przynoszą żadnego pożytku winowajcom.”

Tyle Święty Jan Bosco. Wpatrzeni w świetlany przykład jego świętości, ale też zasłuchani w Boże słowo dzisiejszej liturgii, zapytajmy samych siebie tak bardzo konkretnie, czy my sami jesteśmy takimi Natanami dla innych?…

Dodaj komentarz

Archiwum wpisów

Ks. Jacek Jaśkowski

Witam serdecznie! Kłania się Ks. Jacek Jaśkowski. Nie jestem ani kimś ważnym, ani kimś znanym. Jestem księdzem, który po prostu chce rozmawiać. Codzienna kapłańska posługa pokazuje mi, że tematów do rozmów z księdzem jest coraz więcej i dzisiaj żaden ksiądz nie może od nich uciekać, ale – wprost przeciwnie – podejmować nowe wyzwania. To przekonanie skłoniło mnie do próby otwarcia tegoż bloga, chociaż okazji do rozmów na co dzień – w konfesjonale i poza nim – na szczęście nie brakuje. Myślę jednak, że ten blog będzie jeszcze jednym sposobem i przestrzenią nawiązania kontaktu z ludźmi dobrej woli, otwartymi na dialog.