Szczęść Boże! Drodzy moi, w dniu dzisiejszym urodziny przeżywają:
►Ksiądz Mirosław Golonka, mój Kolega kursowy, posługujący obecnie w Szwajcarii;
►Urszula Wasilewska, Koleżanka jeszcze z czasów dzieciństwa, w naszej rodzinnej Parafii.
Niech Pan błogosławi Jubilatom i udziela wszelkich swoich dobrodziejstw! Zapewniam o modlitwie!
A ja pozdrawiam Was z Siedlec, dokąd zaraz udam się do Parafii Dąbie z pomocą duszpasterską, ale już około 13:00 będę z powrotem, bo o 14:00 rozpocznie się comiesięczne spotkanie FORMACJI «SPE SALVI». Będzie Msza Święta, wspólny obiad i rozmowa praca w grupach – rozmowa na temat: „Najczęściej dostrzegane przeze mnie zalety księży? Najczęściej dostrzegane przeze mnie wady księży? Mój idealny obraz księdza?”
Temat ten podejmowałem na katechezie – i to od początku mojej pracy kapłańskiej, bo od początku spotykałem się z najróżniejszymi komentarzami kapłańskich postaw. Dlatego w trakcie narady z Szefostwem FORMACJI zaproponowałem także i ten temat – i zyskał on aprobatę. Jestem bardzo ciekaw opinii młodych Ludzi – tak bardzo mi bliskich, moich duchowych Synów – którzy nas, księży, widzą na co dzień z bardzo bliska: zarówno nasze blaski, jak i niestety nasze cienie… Ja sam nie będę uczestniczył w rozmowach żadnej grupy, natomiast włączę się w podsumowanie dyskusji. Dużo sobie po tej wymianie myśli obiecuję.
A za wczorajsze spotkanie i świetną rozmowę dziękuję Szymonowi Sali, Wiceliderowi FORMACJI «SPE SALVI». Rozmowa ta stała się dla mnie inspiracją do drugiej części dzisiejszego rozważania. Bardzo dziękuję za to dobre natchnienie Panu naszemu – i Szymonowi!
Teraz zaś już zapraszam do pochylenia się nad Bożym słowem dzisiejszej liturgii. Oto słówko Księdza Marka na dziś
https://www.youtube.com/c/CatholicSurgut
Zatem, co dziś mówi do mnie Pan – do mnie osobiście? Duchu Święty, podpowiedz…
Niech Was błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec + i Syn, i Duch Święty. Amen
Gaudium et spes! Ks. Jacek
5 Niedziela zwykła, A,
8 lutego 2026.,
do czytań: Iz 58,7–10; 1 Kor 2,1–5; Mt 5,13–16
CZYTANIE Z KSIĘGI PROROKA IZAJASZA:
To mówi Pan: „Dziel swój chleb z głodnym, wprowadź w dom biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziej i nie odwróć się od współziomków.
Wtedy twoje światło wzejdzie jak zorza i szybko rozkwitnie twe zdrowie. Sprawiedliwość twoja poprzedzać cię będzie, chwała Pana iść będzie za tobą.
Wtedy zawołasz, a Pan odpowie, wezwiesz pomocy, a On rzecze: «Oto jestem!»
Jeśli u siebie usuniesz jarzmo, przestaniesz grozić palcem i mówić przewrotnie, jeśli podasz twój chleb zgłodniałemu i nakarmisz duszę przygnębioną, wówczas twe światło zabłyśnie w ciemnościach, a twoja ciemność stanie się południem”.
CZYTANIE Z PIERWSZEGO LISTU ŚWIĘTEGO PAWŁA APOSTOŁA DO KORYNTIAN:
Bracia, przyszedłszy do was, nie przybyłem, aby błyszcząc słowem i mądrością głosić wam świadectwo Boże. Postanowiłem bowiem, będąc wśród was, nie znać niczego więcej, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego.
I stanąłem przed wami w słabości i w bojaźni, i z wielkim drżeniem. A mowa moja i moje głoszenie nauki nie miały nic z uwodzących przekonywaniem słów mądrości, lecz były ukazywaniem ducha i mocy, aby wiara wasza opierała się nie na mądrości ludzkiej, lecz na mocy Bożej.
SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO MATEUSZA:
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Wy jesteście solą ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi.
Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu.
Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie”.
Używając analogii do soli, która nie może utracić swojego smaku, oraz do światła, którego nie można, bo nawet nie da się go ukryć pod korcem – Jezus mówi zdecydowanie i jasno: Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie. I tu – powiedzmy sobie szczerze – mamy pewien problem… Bo przecież w innym miejscu Jezus powiedział, żeby nie robić niczego na pokaz, a nawet – by ręka lewa nie wiedziała, co czyni prawa; aby nie szukać ludzkich pochwał, bo to Ojciec, który widzi w ukryciu, odda każdemu za dobro, które ten w skrytości swego serca uczyni. Znamy z pewnością te pouczenia Jezusa.
A oto dzisiaj On sam mówi, by światło Jego uczniów jaśniało przed światem – i by było to światło dobrych uczynków. Jeszcze raz to zauważmy: aby ludzie widzieli Wasze dobre uczynki! Ale – właśnie – nie po to, by chwalili ich samych, ale Ojca Niebieskiego! I tu jest owa rozbieżność, na którą zwracamy sobie uwagę, w nauczaniu Jezusa. Jest to oczywiście rozbieżność pozorna, bo Jezus nie mówi raz tak, a raz inaczej – jak dzisiejsi politycy. Jezus naucza zawsze tego samego, tylko trzeba się uważnie wsłuchać w to, co mówi, by usłyszeć to, co On mówi, a nie to, co się samemu chce usłyszeć…
A dzisiaj mówi wyraźnie, że – owszem – mamy spełniać dobre uczynki tak, by ludzie je widzieli, ale po to, by widząc je, chwalili Ojca Niebieskiego. Zatem, wszelkie dobro, jakie czynią uczniowie Chrystusa, ma być pięknym przykładem i zachętą dla innych, a nie szukaniem chwały własnej. Bo jeżeli ktoś czyni jakiekolwiek dobro, uważnie rozglądając się dookoła, czy wszyscy to widzą i doceniają – a niechby tylko spróbowali nie docenić… – to takie dobro rzeczywiście bardzo dużo traci na swojej wartości.
Uczniowie Jezusa Chrystusa – poprzez spełnianie dobrych uczynków, czyli przez konkret swojej postawy – mają być solą ziemi i światłem świata. Mają odmieniać tę swoją codzienność, często rzeczywiście bardzo smutną, monotonną, przygnębiającą, bez smaku i kształtu. To chrześcijanie mają ów smak i kształt nadawać tej rzeczywistości, w jakiej żyją. A jak to mają czynić?
Podpowiada to Prorok Izajasz w pierwszym czytaniu, gdy mówi: Dziel swój chleb z głodnym, wprowadź w dom biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziej i nie odwróć się od współziomków. Co się wtedy stanie? Słyszymy: Wtedy twoje światło wzejdzie jak zorza i szybko rozkwitnie twe zdrowie. Sprawiedliwość twoja poprzedzać cię będzie, chwała Pana iść będzie za tobą.
Ale Prorok mówi jeszcze dalej: Jeśli u siebie usuniesz jarzmo, przestaniesz grozić palcem i mówić przewrotnie, jeśli podasz twój chleb zgłodniałemu i nakarmisz duszę przygnębioną, wówczas twe światło zabłyśnie w ciemnościach, a twoja ciemność stanie się południem.
Zobaczmy: aż dwa razy pada stwierdzenie o świetle, którym zajaśnieje człowiek, spełniający te wspomniane dobre uczynki. To wyraźne podobieństwo do dzisiejszych słów Jezusa. Te uczynki zaś, niosące światło, to szeroko rozumiana pomoc potrzebującym: nakarmienie głodnych, odzianie nagich, przyjęcie do domu tułaczy… Zapewne, przypomina nam się tu od razu siedem uczynków miłosiernych względem duszy i kolejnych siedem – względem ciała.
Ale tutaj rysuje nam się kolejna trudność: bo jak rozumieć chociażby owo dzielenie chleba z głodnym? Czy to znaczy rozdawanie pieniędzy wszystkim, którzy na ulicy wyciągają po nie ręce? A jeśli to są zwykli naciągacze? Albo pijacy, żebrzący o parę złotych na jakiś najtańszy alkohol – na tego osławionego „mamrota”? A może to zwyczajni lenie i próżniacy, którym się zwyczajnie nic dobrego robić się nie chce, dlatego wyciągają ręce po pieniądze – tak, jakby komuś spadały one z nieba… I co w takiej sytuacji?
Dawać pieniądze, czy nie dawać? A może pójść i kupić im coś do jedzenia? W sumie można, ale i w takiej sytuacji może się okazać, że ktoś taki dalej będzie stał przed wejściem do sklepu, żeby kolejnych ludzi naciągać, by mu coś dawali. Bo jak raz mu się dało, to wyciąga dalej rękę – nawet nie myśląc o tym, żeby poszukać jakiejś pracy… I co – wszystkim tak zwyczajnie i po prostu – rozdawać pieniądze albo nawet jedzenie?
Niektórzy z tych „potrzebujących” próbują tych, których proszą, brać na litość i mówić, że są szczerzy i nie będą oszukiwać – po prostu, potrzebują na piwo… Albo inny alkohol… I – o dziwo! – nieraz udaje im się na tym zyskać, bo ktoś im właśnie da parę złotych, mówiąc przy tym, że trzeba docenić ich szczerość! Trudno doprawdy wyobrazić sobie większą naiwność i brak roztropności. Ale – cóż… Niektórym nie można odmówić ułańskiej fantazji!
Natomiast to wszystko, co tu sobie mówimy, nie może też doprowadzić do swoistego „wylania dziecka z kąpielą”, polegającego na stwierdzeniu, że wszyscy, którzy proszą o pomoc, to tak naprawdę naciągacze, lenie i oszuści. Nie, tak nie jest! Tylko może warto zastanowić się, jak właściwie tę pomoc okazać? I czego ci ludzie tak naprawdę potrzebują?
W ogóle – czego potrzebuje ode mnie drugi człowiek? Nawet ten i także ten, kto o tę pomoc z mojej strony nie prosi… Zapewne zwróciło naszą uwagę – w pierwszym czytaniu – stwierdzenie: jeśli podasz twój chleb zgłodniałemu i nakarmisz duszę przygnębioną… Właśnie – «nakarmić duszę przygnębioną»… To chyba coś więcej, niż dać komuś bochenek chleba, bułkę, kawałek kiełbasy, czy dziesięć złotych… «Nakarmić duszę przygnębioną»… Czy w ogóle: «nakarmić duszę»… Podarować coś w sferze ducha, sprawić jakiś duchowy prezent… Okazać pomoc na odcinku ducha…
Czyż nie o tym właśnie mówi dziś Apostoł Paweł, gdy w przejmującym i bardzo szczerym tonie mówi w drugim czytaniu do wiernych Gminy chrześcijańskiej korynckiej – ale i do nas wszystkich – tymi słowami: Przyszedłszy do was, nie przybyłem, aby błyszcząc słowem i mądrością głosić wam świadectwo Boże. Postanowiłem bowiem, będąc wśród was, nie znać niczego więcej, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego. I stanąłem przed wami w słabości i w bojaźni, i z wielkim drżeniem. A mowa moja i moje głoszenie nauki nie miały nic z uwodzących przekonywaniem słów mądrości, lecz były ukazywaniem ducha i mocy, aby wiara wasza opierała się nie na mądrości ludzkiej, lecz na mocy Bożej.
On rzeczywiście nie przyszedł po to, aby Koryntianom rozdawać pieniądze. Ani innym Gminom chrześcijańskim jakieś dary materialne. Więcej: on nawet otrzymywał od nich dary na swoje utrzymanie. Albo ewentualnie przekazywał dary, otrzymane od jednych – tym, którzy w danym momencie mieli się gorzej. Ale sam nie przybywał do poszczególnych Wspólnot, aby ich obdarowywać materialnie. A przecież nie sposób powiedzieć, że nic im nie dał. Wprost przeciwnie: na tym, co dał ówczesnym chrześcijanom – a przez nich: także nam – Kościół do dzisiaj stoi i się rozwija. Tak, właśnie na jego duchowych darach! Jakich?
A tych właśnie, o których dzisiaj mówi: na nauce ewangelicznej, którą z taką mocą i determinacją głosił. Na jego osobistym poświęceniu, na bezgranicznej miłości jego apostolskiego serca, którą to miłość tak hojnie rozdawał wszystkim! Tak, ten dar akurat rzeczywiście rozdawał na prawo i lewo: swoją miłość, swoje zaangażowanie, wszystkie swoje siły fizyczne, ale też walory swojego niezwykle jasnego i bogatego intelektu, swego wykształcenia i obycia, swojej wysokiej ludzkiej kultury… Także swojego cierpienia, tak często zadawanego mu przez przeciwników i prześladowców, a ofiarowanego zawsze za Kościół.
Tak, to dawał, bo to mógł dać – bo to miał! To było jego własnością i tym się mógł dzielić: właśnie swoim sercem i swoją miłością do tych, dla których się tak bezgranicznie poświęcał. I czy dziś jest na świecie człowiek, który mógłby stwierdzić, że Paweł był człowiekiem skąpym, był maruderem, bo żałował tych pięciu, czy choćby dwóch złotych; że nie postarał się o „załatwienie” sobie u Jezusa, swego Pana, chociażby umiejętności rozmnażania chleba i innego pokarmu, żeby chociaż w ten sposób mógł „błysnąć” przed ludźmi?
Tymczasem, on sam dzisiaj mówi, że jedyne, co może dać, to jego «słabość, bojaźń i wielkie drżenie»… Ale też – że w tym wszystkim zna tylko Jezusa i tylko Jego chce innym darować. Tylko Jezusa – i to ukrzyżowanego! A więc – po ludzku – przegranego! Jego chce głosić, Jego chce dawać swoich duchowym dzieciom. Dziwne to obdarowywanie – w stylu Jezusa i według Jego zamysłu. Bo to właśnie nie dary materialne są tu najważniejsze. Albo przynajmniej – nie one są jedynymi darami.
Albo jeszcze inaczej: one mogą być w centrum uwagi i mogą stać się owym cennym i potrzebnym darem, jeżeli będą darem jednego serca – skierowanym do drugiego serca! Jeżeli będą darem miłości człowieka dającego – do tego obdarowanego. Żeby ten dar – o jakim byśmy nie mówili i nie myśleli – nie był tylko takim „ochłapem”, jak kawałek jakiegoś gnata, rzuconemu psu, z wyższością, a może i z pogardą… Aby zawsze – przy tym obdarowywaniu – widzieć drugiego człowieka jako człowieka!
I nawet, jeśli prosi o jakiś dar materialny – i chcemy mu go dać, bo uważamy, że to ma sens – to jednak może warto zatrzymać się przy tym człowieku jako człowieku właśnie i zapytać go o imię… Zamienić kilka słów… I zaproponować modlitwę za niego… Ale też zaproponować jemu taką formę odpłaty za dobro, które od nas otrzyma – aby on się za nas pomodlił… Aby ten nasz dar był darem miłości serca – skierowanym do drugiego serca.
A jeżeli z takim nastawieniem podejdziemy do drugiego człowieka i do całej kwestii pomocy, jaką mamy mu okazać, to szybko dojdziemy do wniosku, że cała sprawa naprawdę nie rozgrywa się tu o kwestie materialne. Bo tym kawałkiem chleba, o który ten drugi prosi – albo nawet nie prosi, ale bardzo potrzebuje – jest chwila uwagi, mu poświęconej; trochę czasu na rozmowę z nim, na wysłuchanie tego, co ma do powiedzenia, żeby się mógł z serca po prostu wygadać… Żeby powiedział, co go boli, co w tym swoim sercu skrywa…
Wysłuchanie z uwagą, z cierpliwością, do końca i bez przerywania, nigdy z wyższością, czy z gotową z góry odpowiedzią na wszystko! Czasami tej odpowiedzi może w ogóle nie będzie potrzeba – wystarczy cierpliwie wysłuchać, okazać temu drugiemu po prostu odrobinę szczerego zainteresowania, uwagi, czasu… Może on tego bardziej potrzebuje, niż pieniędzy! Żeby do niego zadzwonić, żeby do niego oddzwonić, odpisać na smsa, maila… Żeby go odwiedzić, albo zaprosić do siebie, zaproponować wspólne jakieś wyjście czy wyjazd… Żeby zainteresować się jego problemami czy potrzebami…
Bo w tym tkwi całe sedno problemu, byśmy dali temu drugiemu to, czego on naprawdę potrzebuje, a nie to, co my mu chcemy dać, bo tak nam wygodniej… Bo nam się wydaje, że to czy tamto będzie dla niego dobre – a jemu potrzeba czegoś zupełnie innego! I właśnie – jak tu sobie mówimy – może nie zawsze oczekuje pieniędzy, tylko daru serca. Dlatego potrzeba naszej wrażliwości serca, byśmy starali się rozpoznać jego prawdziwe potrzeby.
A wówczas – z pomocą Bożą – być może odkryjemy, że nawet jeśli on prosi o pieniądze, to jednak w tym momencie nie należy mu ich dawać, bo przeznaczy je na złe rzeczy, ale pomóc w inny sposób: mądrzejszy i korzystniejszy dla niego. Ale do tego potrzeba głębi ducha, mądrości Bożej i światła z Nieba, które to dary zawsze możemy sobie wymodlić, będąc z Jezusem w stałym, intensywnym duchowym kontakcie.
Przeto mówiąc o pomocy biednym i potrzebującym, postarajmy się nie używać pustych sloganów o jakichś abstrakcyjnych biednych i potrzebujących (to się niekiedy zdarza także nam, Księżom, w naszych homiliach), tylko starajmy się dostrzegać zawsze konkretnego człowieka z jego konkretnymi, prawdziwymi potrzebami. Najpierw duchowymi – a potem także materialnymi.
Natomiast pamiętajmy, że tym darem, jaki zawsze jest na wagę złota i zawsze się przyda każdemu i w każdej sytuacji, to są te dobre uczynki, o których dzisiaj mówi Jezus. Tak, dobre uczynki, będące świadectwem naszej głębokiej wiary, naszej osobistej intensywnej, intymnej więzi z Jezusem, dzięki której będziemy prawdziwie solą ziemi i światłem świata. Więcej naprawdę nie możemy dać! Ale tyle naprawdę możemy dać! Więc – dawajmy!
Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie!
