Szczęść Boże! Drodzy moi, w dniu dzisiejszym imieniny przeżywa Klaudia Kołodziejczuk, włączająca się w swoim czasie do jednej z młodzieżowych Wspólnot.
Do grona zaś Solenizantów – Zbigniewów – dołączam Księdza Zbigniewa Króla, posługującego obecnie w Rosji, w okolicach Kaliningradu, współpracującego z Księdzem Markiem chociażby w kwestii przekraczania granicy w drodze do Polski lub z Polski.
Obojgu świętującym życzę ogromu łaski niebieskich, o które też będę się dla Nich modlił!
A ja dzisiaj pozdrawiam z Lublina, skąd w miarę sprawnie wyjadę do Siedlec, gdzie zajmę się sprawami bieżącymi, a o 18:00 – w naszym Duszpasterstwie – będzie Msza Święta w intencji świętej pamięci Jadwigi Siłuszyk, Mamy Doktora Marka Siłuszyka, w trzydziesty dzień po śmierci. Po Mszy Świętej – spotkanie integracyjne.
W dniu wczorajszym przepięknie wypadła uroczystość imieninowa Księdza Proboszcza Parafii Świętego Jana Kantego, Księdza Kanonika Bogdana Zagórskiego, naszej najdostojniejszej Eminencji: najpierw była Msza Święta, a potem – spotkanie w kapłańskim gronie. A nie tylko kapłańskim, bo i Szymon Sala był z nami. Kapitalna atmosfera tego spotkania na długo pozostanie w naszych sercach.
Natomiast Szymon dzisiaj uda się do Domu rekolekcyjnego przy Seminarium siedleckim, aby włączyć się w duchowe przygotowanie do jutrzejszej uroczystości włączenia do posługi nadzwyczajnego szafarza Komunii Świętej. Naszym zaś wspólnym przygotowaniem jest modlitwa w ramach ostatniego dnia NOWENNY SALONOWEJ, do której Wszystkich serdecznie zachęcam!
Pamiętajmy również, że dzisiaj piątek. I Droga Krzyżowa. Weźmy udział w swoich Parafiach, albo sami zechciejmy ją odprawić w swoich domach.
Teraz już zapraszam do pochylenia się nad Bożym słowem dzisiejszej liturgii. Oto słówko Księdza Marka na dziś:
https://www.youtube.com/c/CatholicSurgut
Zatem, co dziś mówi do mnie osobiście Pan? Z jakim bardzo konkrentm przesłaniem zwraca się właśnie do mnie? Duchu Święty, prowadź!
Niech Was błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec + i Syn, i Duch Święty. Amen
Gaudium et spes! Ks. Jacek
Piątek 4 Tygodnia Wielkiego Postu,
20 marca 2026.,
do czytań: Mdr 2,1a.12–22; J 7,1–2.10.25–30
CZYTANIE Z KSIĘGI MĄDROŚCI:
Mylnie rozumując bezbożni mówili sobie: „Zróbmy zasadzkę na sprawiedliwego, bo nam niewygodny: sprzeciwia się naszym sprawom, zarzuca nam łamanie prawa, wypomina nam błędy naszych obyczajów. Chełpi się, że zna Boga, zwie siebie dzieckiem Pańskim!
Jest potępieniem naszych zamysłów, sam widok jego jest dla nas przykry, bo życie jego niepodobne do innych i drogi jego odmienne. Uznał nas za coś fałszywego i stroni od dróg naszych jak od nieczystości. Kres sprawiedliwych ogłasza jako szczęśliwy i chełpi się Bogiem jak ojcem.
Zobaczmyż, czy prawdziwe są jego słowa, wybadajmy, co będzie przy jego zejściu. Bo jeśli sprawiedliwy jest synem Bożym, Bóg ujmie się za nim i wyrwie go z ręki przeciwników.
Dotknijmy go obelgą i katuszą, by poznać jego łagodność i doświadczyć jego cierpliwości. Zasądźmy go na śmierć haniebną, bo, jak mówił, będzie ocalony”.
Tak pomyśleli i pobłądzili, bo własna złość ich zaślepiła. Nie pojęli tajemnic Bożych, nie spodziewali się nagrody za prawość i nie docenili odpłaty dusz czystych.
SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO JANA:
Jezus obchodził Galileę. Nie chciał bowiem chodzić po Judei, bo Żydzi mieli zamiar Go zabić.
A zbliżało się żydowskie Święto Namiotów. Kiedy zaś bracia Jego udali się na święto, wówczas poszedł i On, jednakże nie jawnie, lecz skrycie.
Niektórzy z mieszkańców Jerozolimy mówili: „Czyż to nie jest Ten, którego usiłują zabić? A oto jawnie przemawia i nic Mu nie mówią. Czyżby zwierzchnicy naprawdę się przekonali, że On jest Mesjaszem? Przecież my wiemy, skąd On pochodzi, natomiast gdy Mesjasz przyjdzie, nikt nie będzie wiedział, skąd jest”.
A Jezus ucząc w świątyni, zawołał tymi słowami: „I Mnie znacie, i wiecie, skąd jestem. Ja jednak nie przyszedłem sam od siebie; lecz prawdziwy jest tylko Ten, który Mnie posłał, którego wy nie znacie. Ja Go znam, bo od Niego jestem i On Mnie posłał”.
Zamierzali więc Go pojmać, jednakże nikt nie podniósł na Niego ręki, ponieważ godzina Jego jeszcze nie nadeszła.
Jakoś tak mocno dzisiaj – przy czytaniu tekstów biblijnych, które daje nam Kościół – poruszyły mnie słowa: własna złość ich zaślepiła. Owszem, to mało budujące słowa i na pewno nie stanowiące żadnej zachęty dla nas – przynajmniej: oby nie! – ale kiedy wsłuchamy się w treść obu czytań, to musimy powiedzieć, że to wokół tychże słów tak naprawdę koncentruje się cały przekaz.
Bo to wszystko, co usłyszeliśmy w pierwszym czytaniu, gdy idzie o knowania ludzi «bezbożnych» (tak zostali tam nazwani) przeciw sprawiedliwemu, to właśnie dokładna realizacja tego stwierdzenia: własna złość ich zaślepiła. Kiedy bowiem odczytujemy kolejne wersy i dowiadujemy się o ich działaniach czy też słyszymy argumenty, jakimi się posługują, by te działania uzasadnić, to nie odnajdujemy tam chyba nic innego, jak tylko dziką i ślepą nienawiść. A do tego – o tym mówią oni wprost – prawość owego sprawiedliwego jest dla nich wyrzutem sumienia.
Dlatego podejmują jedno z dwóch działań, jakie w tej sytuacji można podjąć: albo zmienić swoje postępowanie i wtedy już nie będzie problemu z wyrzutami sumienia, bo nie będzie miało ono po prostu czego wyrzucać, albo zmienić… tego, kto je powoduje. A mówiąc precyzyjnie: pozbyć się go. Unicestwić. Zabić.
Zobaczmy, Drodzy moi, że ten mechanizm myślenia i działania ma się w najlepsze od tamtych czasów, kiedy opisywał go Autor Księgi Mądrości – aż do dzisiaj. Chociaż bowiem nie zawsze mamy do czynienia z takim otwartym dążeniem do fizycznego wyeliminowania człowieka, który czyni coś dobrego, jak o tym słyszymy w pierwszym czytaniu, to jednak nieraz mordercza zazdrość popycha jego wrogów do atakowania go na każdym kroku, ośmieszania, oskarżania, niweczenia jego wysiłków.
A przecież jest inne rozwiązanie: można się zmobilizować do większego wysiłku – albo jakiegokolwiek w ogóle wysiłku – i podjąć staranie, aby takiemu sprawiedliwemu dorównać, a nawet go przeskoczyć! W szlachetnej i uczciwej rywalizacji można wykazać się swoim talentem, swoją pracowitością, swoim zaangażowaniem i inwencją – i przebić takiego człowieka swoimi osiągnięciami, zwyciężyć z nim w owej szlachetnej i uczciwej rywalizacji, zdobywając tym samym (być może) większy szacunek i lepszy odbiór otoczenia. Tak można.
Ale żeby to osiągnąć, to trzeba by się wziąć do pracy, zaangażować, poświęcić czas i siły… Dać z siebie więcej… A znowu, kiedy mówimy o krytykowaniu – może lepiej powiedzieć: atakowaniu – ogólnej prawej postawy człowieka sprawiedliwego, to aby go przebić, zwyciężyć z nim w tej szlachetnej rywalizacji, trzeba być po prostu kimś bardziej prawym, uczciwym, rzetelnym i pracowitym…
No, tak – ale właśnie to jest najtrudniejsze! Bo trzeba dać z siebie więcej, a tu się nie chce! Wcale się nie chce pokonywać swojego lenistwa, pozbywać się swojej złośliwości i podłości. Lepiej ją wytłumaczyć na tysiąc sposobów. Łatwiej jest potępiać w tak zwany czambuł, ośmieszać i przekonywać wszystkich, że ta cała prawość postępowania takiego człowieka – to tak… nie do końca prawda. To taki pozór, gra pod publiczkę! A znowu to jego zaangażowanie w różne dobre dzieła – to takie nastawienie na własny prestiż bądź zysk, dla zdobycia powszechnego poklasku i wdzięczności ludzi.
Dlatego jeżeli nawet nie fizycznie, w sposób najbardziej dosłowny, to w sposób moralny, psychologiczny – zabija się takiego człowieka słowem, powszechnym ostracyzmem, nastawianiem innych przeciwko niemu. I właśnie tego typu działania można skomentować i streścić tym jednym stwierdzeniem, na które dziś zwracamy sobie uwagę: Własna złość ich zaślepiła.
Tak, złość zaślepia! Nienawiść czyni działania człowieka totalnie nieracjonalnymi, kompromitującymi, a na koniec – zgubnymi dla tego, który się ich dopuszcza. Nie dla tego sprawiedliwego, przeciwko któremu atak jest wymierzony, ale zabija najbardziej tych, którzy nienawidzą, którzy atakują. Chociaż – w pierwszym odbiorze – wszystko wydaje się układać dokładnie odwrotnie.
Bo to właśnie sprawiedliwy rzeczywiście ponosi śmierć. Albo jest poddawany fizycznym torturom, znosi rozliczne cierpienia. A jednak w ostatnim zdaniu dzisiejszego pierwszego czytania słyszymy – o tych, których zaślepiła własna złość: Nie pojęli tajemnic Bożych, nie spodziewali się nagrody za prawość i nie docenili odpłaty dusz czystych. Tak, nie pojęli ani Bożych tajemnic, ani w ogóle całej sprawy. A w tym także – swojego własnego, bezsensownego działania. Nie pojęli w ogóle tego, co sami wyprawiają!
Podobnie, jak przeciwnicy Jezusa, o których słyszymy w pierwszych zdaniach dzisiejszego fragmentu ewangelicznego taką oto informację: Jezus obchodził Galileę. Nie chciał bowiem chodzić po Judei, bo Żydzi mieli zamiar Go zabić. W ostatnim zaś zdaniu słyszymy: Zamierzali więc Go pojmać, jednakże nikt nie podniósł na Niego ręki, ponieważ godzina Jego jeszcze nie nadeszła.
I właśnie oba te cytaty niosą nam odpowiedź na pytanie, jak podejść do całej sprawy, jak reagować na ludzką nienawiść, jak wybronić się z nagonki, jaką mogą na nas zorganizować nasi przeciwnicy? Jak to zrobić? Co zrobić?
Oddać sprawę Bogu. Tak, to prawda, o tym się dobrze mówi na kazaniu czy pisze w rozważaniu. Ale kiedy tak na co dzień trzeba znosić ludzką nienawiść i zazdrość, kiedy ciągle jest się na celowniku ludzi wrogo nastawionych, kiedy łapią cię za każde słowo, prześwietlają twoją aktywność na każdym kroku; kiedy tylko czyhają na twoje potknięcie, a kiedy się go już doczekają, to mają pożywkę na wiele dni – kiedy się tego wszystkiego doświadcza tak dzień po dniu, godzina po godzinie; kiedy ten jad nienawiści i żółć zazdrości sączy się kropla po kropli – wówczas ma się ochotę odpowiedzieć tym samym.
I choćby wykorzystać swoje kontakty, znajomości, ale i osobiste, często bogate doświadczenia, aby tych przeciwników pokonać ich własnymi metodami. A jednak, Jezus dzisiaj proponuje coś innego: oddanie sprawy do Jego dyspozycji. On sam poddał się w którymś momencie tej fali nienawiści i całej nagonce, jako przeciw Niemu rozpętano – ale stało się to w ramach realizacji Jego zbawczego planu! Tu nie było żadnego przypadku! Kiedy czas Jego – jak słyszymy w Ewangelii – jeszcze nie nadszedł, to spokojnie robił to, co miał zaplanowane w ramach swojej działalności Nauczyciela i Zbawiciela, niejako nie zważając na knowania przeciwników.
A to pokazuje, że przez cały czas to On miał nad wszystkim kontrolę. To On – Jezus Chrystus, był Panem całej sytuacji. Nawet wtedy, kiedy poddał się cierpieniu i oddawał życie na krzyżu. Bo – właśnie – nie tyle umierał, co oddawał życie. Owszem, w sensie fizycznym i biologicznym, zakończył swoje ziemskie bytowanie, organizm został poddany procesowi obumierania, ale stało się to w momencie, który Jezus sam wybrał, w którym On sam chciał.
Podobnie, jak późniejsze Zmartwychwstanie – dokonało się w momencie, który On sam wybrał. Zresztą, sam fakt, że coś takiego się w ogóle dokonało, jak Zmartwychwstanie – to było znakiem niezwykłej mocy Jezusa! Znakiem Jego władzy nad wszystkimi i wszystkim, Jego panowania nad tą sytuacją – i nad wszystkim, co dzieje się na tym świecie.
I to jest, Drodzy moi, bardzo pocieszająca perspektywa dla nas. To jest motywacja do tego, by nie popłynąć na fali nienawiści i nie zacząć odpowiadać tym samym – na nienawiść ludzi. Nie pałać żądzą zemsty, nie chcieć się za wszelką cenę odegrać. Owszem, mamy dążyć do zwykłej, ludzkiej sprawiedliwości. Nie mamy dawać sobie wchodzić na głowę.
Natomiast są sytuacje, w których nie jesteśmy w stanie obronić się, nie jesteśmy w stanie skutecznie sprzeciwić się fali nienawiści, jaka w nas uderza – zwłaszcza, jeśli ma ona charakter nagonki ze strony jakiejś większej grupy osób, jakiegoś środowiska. Właśnie o te momenty najbardziej chodzi – o te momenty najtrudniejsze – bo wtedy mamy najszczerszą ochotę tak solidnie przyłożyć z pięści, albo z tak zwanego „liścia”, w bezczelną twarz kogoś, kto śmieje się nam w oczy, albo z nienawiścią w tych oczach wypowiada wobec nas słowa, które nic nie mają wspólnego z prawdą.
I my o tym wiemy, ale nie możemy w tym momencie nic zrobić, bo nie mamy za sobą argumentu siły czy presji, jaki dawałoby nam może posiadanie takiego lub innego, eksponowanego stanowiska, czy szerokich znajomości. My tego nie mamy, dlatego czujemy się bezsilni, przegrani, osaczeni… Tymczasem, my przecież mamy Jezusa! A On naprawdę wszystko widzi i słyszy – i o wszystkim dobrze wie. Nawet nie musimy Mu tego wszystkiego opowiadać, co przeżywamy w takich trudnych momentach, bo On je przeżywa wraz z nami.
I On naprawdę zainterweniuje – ale w czasie, kiedy «godzina Jego» nadejdzie. Czyli – to trochę inny kontekst od tego z dzisiejszej Ewangelii – kiedy nadejdzie godzina Jego zwycięskiego i wyzwalającego działania. A ona nadejdzie – na pewno – wcześniej czy później. Zwykle nawet wcześniej, niż później. Bo zwykle nie trzeba czekać aż do tego przyszłego życia, gdyż już teraz, w doczesności, w tym życiu, w tej naszej rzeczywistości przekonany się, że złość naprawdę zaślepia ludzi nienawistnych i prowadzi do klęski.
Zwycięża zaś ten, kto tej fali nienawiści nie da się ponieść, ale odda się tak totalnie pod opiekę Jezusa. To jest najlepsze wyjście z całej sytuacji. Dobry skutek – chociaż często nie natychmiastowy – jest pewny! A niejednokrotnie też – wręcz spektakularny. Rzeczywiście bowiem – niesprawiedliwi i bezbożni nie pojęli tajemnic Bożych, nie spodziewali się nagrody za prawość i nie docenili odpłaty dusz czystych.
Bo Jezus swoich nie zostawi! Tylko trzeba w to uwierzyć…
