Tylko z Jezusem!

T

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Drodzy moi, w dniu dzisiejszym imieniny przeżywają:

Marianna Szyszko, Mama mojego Przyjaciela – a wręcz młodszego Brata – Księdza Mariusza; Osoba głębokiej wiary i wielkiej ludzkiej dobroci;

Mariola Gałązka, bardzo mi bliska Osoba z Parafii w Miastkowie Kościelnym, Żona i Matka, Osoba zaangażowana w życie swojej Parafii.

Obu Paniom życzę, aby we wszystkim były podobne do Patronki dnia dzisiejszego i swojej Patronki, najpiękniejszej z niewiast i najmożniejszej Królowej – Najświętszej Maryi Panny. Dziękując za wszelką życzliwość, jakiej ze strony obu Pań doznaję, zapewniam o modlitwie!

Urodziny natomiast przeżywa Monika Sala, Mama Szymona, Człowieka mi bardzo bliskiego, mojego duchowego Syna, Autora kapitalnych, głębokich i mądrych rozważań wtorkowych na naszym forum. Pani Monika także jest wierną Czytelniczką naszego forum i rozważań Szymona.

A tak w ogóle jest Matką pięciorga Dzieci – w różnym wieku – i wszystkie Je wychowuje na dobrych Ludzi, tworząc wraz ze swym Mężem Jackiem wspaniałą atmosferę rodzinnego domu. Osobiście, bardzo cenię u Pani Moniki Jej… normalność. To Kobieta twardo stąpająca po ziemi, mająca bardzo trzeźwe spojrzenie na życie, a do tego z dużym poczuciem humoru i z dystansem do siebie samej i do wielu spraw, którymi inni zamartwiają się miesiącami.

Piszę dziś nieco więcej o Jubilatce, bo poznałem Ją nie tak dawno i po prostu podziwiam i bardzo doceniam Jej postawę. Poniekąd, uważam to za coś oczywistego – nawet powiedziałem kiedyś Szymonowi, że Matka pięciorga Dzieci musi być twardą realistką! Na szczęście, Pani Monika jest też Osobą głębokiej wiary! A z takiego połączenia wychodzi tylko dobro – dla Rodziny i dla całego otoczenia. I niech wychodzi! Tego życzę, wspierając modlitwą!

A oto dzisiaj przez cały dzień będę posługiwał w Parafii Świętego Jana Kantego w Lublinie – w „mojej” Parafii, w której zawsze odprawiam Mszę Świętą, kiedy tylko w Lublinie jestem. A w niektóre niedziele głoszę Boże słowo przez cały dzień. I tak właśnie będzie dzisiaj: Msze Święte o 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00, 18:00, 20:00. Transmisje internetowe są na pięciu Mszach Świętych, czyli nie ma ich o 7:00 i o 20:00. A o 10:00 nie będę głosił homilii, bo w formie dialogowanej z Dziećmi poprowadzi ją Ksiądz Łukasz Kukier, Wikariusz Parafii, który robi to tam co tydzień. Na pozostałych – zapraszam do łączności: albo osobistej, albo internetowej:

https://www.youtube.com/c/Parafia%C5%9BwJanaKantegowLublinie/streams

W związku z tym – nie ma dzisiaj Mszy Świętej o 20:00, w naszym Duszpasterstwie. I tak zasadniczo przychodzą dwie lub trzy Osoby, więc nikt nawet nie zauważy tej zmiany.

Dzisiaj też pierwsza niedziela miesiąca. Podziękujmy Panu naszemu za dzieło zbawienia! Nie zapomnijmy także o nabożeństwie majowym!

Teraz zaś już pochylmy się nad Bożym słowem dzisiejszej liturgii. Co dziś mówi do mnie Pan? Z jakim konkretnym przesłaniem się zwraca właśnie do mnie? Duchu Święty, podpowiedz…

Niech Was błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec + i Syn, i Duch Święty. Amen

Gaudium et spes! Ks. Jacek

5 Niedziela Wielkanocna, A,

3 maja 2026., 

do czytań: Dz 6,1–7; 1 P 2,4–9; J 14,1–12

CZYTANIE Z DZIEJÓW APOSTOLSKICH:

Gdy liczba uczniów wzrastała, zaczęli helleniści szemrać przeciwko Hebrajczykom, że przy codziennym rozdawaniu jałmużny zaniedbywano ich wdowy.

Dwunastu, zwoławszy wszystkich uczniów, powiedziało: „Nie jest rzeczą słuszną, abyśmy zaniedbali słowo Boże, a obsługiwali stoły. Upatrzcież zatem, bracia, siedmiu mężów spośród siebie, cieszących się dobrą sławą, pełnych Ducha i mądrości. Im zlecimy to zadanie. My zaś oddamy się wyłącznie modlitwie i posłudze słowa”.

Spodobały się te słowa wszystkim zebranym i wybrali Szczepana, męża pełnego wiary i Ducha Świętego, Filipa, Prochora, Nikanora, Tymona, Parmenasa i Mikołaja, prozelitę z Antiochii. Przedstawili ich Apostołom, którzy modląc się włożyli na nich ręce.

A słowo Boże rozszerzało się, wzrastała też bardzo liczba uczniów w Jerozolimie, a nawet bardzo wielu kapłanów przyjmowało wiarę.

CZYTANIE Z PIERWSZEGO LISTU ŚWIĘTEGO PIOTRA APOSTOŁA:

Najmilsi: Zbliżając się do Pana, który jest żywym kamieniem, odrzuconym wprawdzie przez ludzi, ale u Boga wybranym i drogocennym, wy również niby żywe kamienie jesteście budowani jako duchowa świątynia, by stanowić święte kapłaństwo, dla składania duchowych ofiar, przyjemnych Bogu przez Jezusa Chrystusa. To bowiem zawiera się w Piśmie: „Oto kładę na Syjonie kamień węgielny, wybrany, drogocenny, a kto wierzy w niego, na pewno nie zostanie zawiedziony”.

Wam zatem, którzy wierzycie, cześć. Dla tych zaś, co nie wierzą, właśnie ten kamień, który odrzucili budowniczy, stał się głowicą węgła – i kamieniem upadku, i skałą zgorszenia. Ci, nieposłuszni słowu, upadają, do czego zresztą są przeznaczeni.

Wy zaś jesteście wybranym plemieniem, królewskim kapłaństwem, świętym narodem, ludem Bogu na własność przeznaczonym, abyście ogłaszali dzieła potęgi Tego, który was wezwał z ciemności do przedziwnego swojego światła.

SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO JANA:

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie. W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem. Znacie drogę, dokąd Ja idę”.

Odezwał się do Niego Tomasz: „Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę?”

Odpowiedział mu Jezus: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie. Gdybyście Mnie poznali, znalibyście i mojego Ojca. Ale teraz już Go znacie i zobaczyliście”.

Rzekł do Niego Filip: „Panie, pokaż nam Ojca, a to nam wystarczy”.

Odpowiedział mu Jezus: „Filipie, tak długo jestem z wami, a jeszcze Mnie nie poznałeś? Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca. Dlaczego więc mówisz: Pokaż nam Ojca? Czy nie wierzysz, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie? Słów tych, które wam mówię, nie wypowiadam od siebie. Ojciec, który trwa we Mnie, On sam dokonuje tych dzieł. Wierzcie Mi, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie. Jeżeli zaś nie, wierzcie przynajmniej ze względu na same dzieła.

Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, owszem, i większe od tych uczyni, bo Ja idę do Ojca”.

Pierwsze zdanie dzisiejszego pierwszego czytania wyraża pewną prawidłowość, która – jak się okazuje – funkcjonowała wtedy, w czasach apostolskich, ale którą także obserwujemy dzisiaj. Oto bowiem słyszymy: Gdy liczba uczniów wzrastała, zaczęli helleniści szemrać przeciwko Hebrajczykom, że przy codziennym rozdawaniu jałmużny zaniedbywano ich wdowy.

Zatem, z jednej strony mamy informację bardzo pozytywną, że liczba uczniów wzrastała. To naprawdę dobra wiadomość, podnosząca na duchu, bo wyraźnie wskazująca na to, że Kościół po prostu bardzo intensywnie się rozwijał. Jeżeli wzrastała liczba uczniów, to znaczy, że coraz więcej osób przyjmowało chrzest, przyjmowało wiarę, wstępowało na drogę do zbawienia. A to z kolei oznaczało, że ziarno Bożego słowa padało na podatny grunt ludzkich serc. Można się więc tylko cieszyć z takiego obrotu sprawy, czyż nie?

A no właśnie – nie! Bo okazuje się, że nad tą radosną rzeczywistością nagle pojawiła się jakaś chmura problemów, niedopowiedzeń, jakiegoś pokątnego szemrania – pokątnego, ale na tyle słyszalnego, że Autor Księgi Dziejów Apostolskich zdecydował się o tym napisać, a Szefostwo Kościoła zdecydowało się jakoś tej sprawie zaradzić.

I to jest właśnie ta prawidłowość, o której sobie wspomnieliśmy: że jak coś zaczyna wychodzić dobrze, jak coś się zacznie pozytywnie kształtować – i to często naprawdę coś wielkiego i znaczącego – to wręcz musi się zaraz pojawić jakaś trudność, która przyćmi to dobro, zakłóci je, skomplikuje, albo nawet zniweczy jego owoce.

Oczywiście, tak się nie musi stać, jeżeli się w porę zareaguje. Ale my dobrze wiemy – także z własnego życiowego doświadczenia – że niejedno dobro zostało właśnie zniweczone przez takie pokątne szemranie, najczęściej spowodowane zazdrością tych, którym się nie udało, ale dlatego się nie udało, że im się nic robić nie chciało, przeto z założonymi rękami tylko obserwowali i komentowali. Rzecz jasna – komentowali złośliwie, a jak zobaczyli, że komuś coś zaczyna wychodzić, to wyciągali tysiąc pięćset argumentów przeciwko niemu: że to nic takiego, że to żaden sukces, żadna sprawa… Naturalnie, sami mogliby się wziąć do roboty i także odnieść sukces i się nim cieszyć, ale – właśnie! – trzeba by się wziąć do roboty, a to jednak jakiś wysiłek!

Czyż nie łatwiej stanąć z boku i w tak zwany „czambuł” wszystko krytykować? Albo wynajdywać setki problemów, często zupełnie nieistotnych i drugorzędnych – oby tylko przyćmić dobro, odebrać temu drugiemu radość z odniesionego sukcesu, podciąć skrzydła i sprowadzić do parteru. Może cały ten opis jest zbyt ostry i zbyt drastyczny – i może nie wynika wprost z dzisiejszego pierwszego czytania, ale mówimy tu właśnie o tej prawidłowości, która na różne sposoby się objawia, iż faktycznemu dobru, często naprawdę wielkiemu, towarzyszą zawsze jakieś problemy – prawdziwe lub naciągane, większe lub mniejsze, poważniejsze lub… te drugie…

I dzisiaj o tym właśnie słyszymy: z jednej strony – bujny rozwój Kościoła, ale na tym tle: problem logistyczny, dotyczący może rzeczy nie aż tak nieważnej, bo rozdawania jałmużny, wspierania ubogich, co dla wspólnoty Kościoła zawsze było sprawą ważną, wydaje się jednak, że nie był to aż tak wielki problem, by miał zachwiać tak samym Kościołem, jak i jego intensywnym rozwojem. I nie zachwiał – dzięki błyskawicznej reakcji Apostołów.

I to właśnie chcemy tu podkreślić: powinniśmy się uczyć od Dwunastu takiego mądrego działania, jakie oni nam dziś pokazali. Bo oni nie roztrząsali, czy ten wspomniany problem to jest aż taki wielki, czy może nie aż tak bardzo, tylko od razu postanowili, że trzeba mu zaradzić. To nas uczy, że – po pierwsze – nie możemy pozwolić, by jakiekolwiek dobro, jakie dzieje się w naszym życiu, albo dzieje się w życiu innych dzięki naszemu działaniu, ugrzęzło w tysiącu szczegółów, komentarzy, domysłów, jakichś nieistotnych okoliczności.

Nie bez przyczyny mówi się, że „diabeł tkwi w szczegółach”. Jeżeli gdziekolwiek i kiedykolwiek to powiedzenie ma zastosowanie, to właśnie w tego typu sytuacjach, kiedy ktoś robi coś naprawdę dobrego, ale skala ludzkiego gadania, plotek, szyderstwa albo wprost złośliwego oskarżania sprawia, że w końcu rzuca on to wszystko, bo nie chce się już dalej szarpać – jak to niektórzy mało elegancko mawiają: „kopać się z koniem”.

Przykładem – z mojego podwórka – może być działalność księdza, który organizuje przeróżne wyjazdy z młodzieżą, ale który potem może się spotkać z różnymi zarzutami: „A co się tam na tych wyjazdach dzieje? A jak są wydawane pieniądze? A co oni tam robią?” Już nie mówiąc o tym najcięższym oskarżeniu – o pedofilię albo jakieś inne niegodne zachowania. Kapłan – zwykle młody – w takiej sytuacji poddaje się, bo mówi całkiem zasadnie, że nie będzie się narażał na oskarżenia czy inne złośliwe działania. I jakieś konkretne dobro zostaje skutecznie zniweczone. A zły duch tylko łapy zaciera, bo mu się udało!

Drodzy, nie możemy na to nigdy pozwolić! Nie możemy stracić sprzed oczu prawdziwego dobra, którego nie mogą zniweczyć jakieś głupoty czy może nawet sprawy poważne, ale nie na tyle, by się ich nie dało spokojnie omówić i rozwiązać. Nie straćmy nigdy właściwej miary: co jest prawdziwym dobrem i co trzeba strzec, by je potem rozwijać i pomnażać, a co jest mniej istotną sprawą, którą nie trzeba sobie aż tak głowy zaprzątać. A jeśli już ją zaprzątamy, to trzeba te drobne sprawy mądrze rozwiązać.

Tego nas dzisiaj uczą Apostołowie: rzeczowa rozmowa, omówienie problemu, propozycja rozwiązania, zaakceptowana przez wszystkich – i od razu działania w kierunku jego rozwiązania. Jak widzimy – w tym przypadku – udało się! Także dlatego, że znaleziono mądre rozwiązanie. A polegało ono na tym, że bardzo rozsądnie oceniono, co jest tym większym i zasadniczym dobrem – i tym się zajęli Apostołowie – a co jest tym mniejszym, drobniejszym, bardziej szczegółowym, którym mogą zająć się inni.

To właśnie wyrażone zostało w naprawdę dość mocnym stwierdzeniu Apostołów: Nie jest rzeczą słuszną, abyśmy zaniedbali słowo Boże, a obsługiwali stoły. Może nawet niektórym z nas wydawać się, że owo: obsługiwali stoły zostało wypowiedziane z jakąś pogardą! Nie, to nie pogarda, ale bardzo rzeczowe określenie, co jest prawdziwą misją Kościoła – zresztą: nie tylko wtedy, ale i dzisiaj. Co jest? Głoszenie słowa Bożego i wzywanie do nawrócenia, czyli to, co jest treścią trzeciej tajemnicy światła Różańca Świętego. Prowadzenie ludzi do zbawienia – a nie działalność charytatywna.

Dobrze jest to podkreślić szczególnie dzisiaj, kiedy wielu chętnie sprowadziłoby misję Kościoła do roli ośrodka pomocy społecznej albo organizacji charytatywnej. Dlatego kiedy w Kościele organizowane są różne akcje dobroczynne czy zbiórki funduszy na cele pomocowe, to Kościół jest „dobry”, ale kiedy z ambony padają słowa prawdy, domagające się przestrzegania przykazań albo krytykujące ich łamanie – a, to się już okazuje, że „Kościół miesza się do polityki”, albo ogranicza ludzką wolność, albo tego typu przeróżne głupstwa są wypowiadane.

Otóż, nie! W Kościele ma być przede wszystkim głoszone słowo Boże – z całą powagą i odwagą, w całości i bez światłocieni – a z tego dopiero mają się kształtować konkretne dobre postawy ludzi. Mają być też sprawowane Sakramenty, które będą dla tychże ludzi umocnieniem we wprowadzaniem tegoż słowa Bożego w życie. I – jak najbardziej – powinny być organizowane różne formy pomocy ubogim i prawdziwie potrzebującym, ale to nie może być jedynym zadaniem Kościoła. To ma wynikać z jego najważniejszego działania.

I temu mają się poświęcić przede wszystkim ci, którzy w Kościele na co dzień formują swoje umysły i serca w duchu wiary. To oni mają «obsługiwać stoły», czyli zająć się już tymi szczegółowymi, codziennymi kwestiami, które są ważne, ale – żeby to jeszcze raz powtórzyć – nie mogą przyćmić sprawy najwyższej wagi. To nam również uświadamia potrzebę określania i zachowywania zawsze właściwej hierarchii ważności spraw. A jednocześnie – umiejętności podzielenia się zadaniami, odpowiedzialnością, zaangażowaniem w dobro…

Właśnie, żeby w to dobro angażować innych, żeby nie chcieć wszystkiego i zawsze zrobić samemu – na zasadzie, że jak ja nie zrobię, to już nikt nie zrobi, a na pewno: nikt tak dobrze, jak ja, nie zrobi. Pozwólmy też innym wykazywać się dobrem, może nawet pomylić się lub sparzyć – szczególnie, kiedy myślimy tu o swoich dzieciach lub uczniach, lub wychowankach – ale nie róbmy wszystkiego za wszystkich. Pamiętajmy, że świat już raz został zbawiony – my nie musimy sami ponownie go zbawiać.

Bardziej trzeba nam kontynuować i rozwijać to dzieło zbawienia, którego dokonał Jezus. A On z kolei wypełnia we wszystkim dzieło swego Ojca – co sam dzisiaj jasno wyraził w Ewangelii w słowach: Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie. Czy też: Słów tych, które wam mówię, nie wypowiadam od siebie. Ojciec, który trwa we Mnie, On sam dokonuje tych dzieł. Wierzcie Mi, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie. Jeżeli zaś nie, wierzcie przynajmniej ze względu na same dzieła. A wreszcie: Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, owszem, i większe od tych uczyni, bo Ja idę do Ojca.

Zapewne zapytamy z niedowierzaniem: Jak to – większe uczyni? Czy może człowiek uczynić coś większego od tego, co czyni Jezus? Oczywiście, że samego w sobie – nic takiego nie uczyni. Ale po tym, jak Jezus odszedł do Ojca – wstąpił do Nieba – Kościół zaczął rozgłaszać Jego naukę po całym świecie i dokonywać Jego dzieł po całym świecie, a nie tylko na tym obszarze, na jakim działał Jezus w trakcie swojej ziemskiej misji. I w tym sensie te dzieła Kościoła są większe.

A na czym ma polegać nasze zadanie w Kościele – to już szczegółowo wyjaśnia Apostoł Piotr, w drugim dzisiejszym czytaniu, gdy mówi: Zbliżając się do Pana, który jest żywym kamieniem, odrzuconym wprawdzie przez ludzi, ale u Boga wybranym i drogocennym, wy również niby żywe kamienie jesteście budowani jako duchowa świątynia, by stanowić święte kapłaństwo, dla składania duchowych ofiar, przyjemnych Bogu przez Jezusa Chrystusa. I nieco dalej: Wy zaś jesteście wybranym plemieniem, królewskim kapłaństwem, świętym narodem, ludem Bogu na własność przeznaczonym, abyście ogłaszali dzieła potęgi Tego, który was wezwał z ciemności do przedziwnego swojego światła.

Jesteśmy zatem wszyscy, Drodzy moi, uczestnikami kapłaństwa powszechnego, a skoro tak, to naszym zadaniem jest dokładnie to, co jest zadaniem każdego kapłana w każdej religii. Cóż takiego? Składanie ofiary! Uczestnicy kapłaństwa hierarchicznego składają Ofiarę Eucharystyczną. My wszyscy – uczestnicy kapłaństwa powszechnego – włączamy w tę Ofiarę nasze życie, które składamy na Ołtarzu, oddając je Jezusowi, ale też oddając je na służbę naszym bliźnim. I to właśnie ten porządek musi być zachowany, żeby owo «obsługiwanie stołów», o którym mowa w pierwszym czytaniu, było naprawdę misją Kościoła, a nie jedynie… no właśnie: obsługiwaniem stołów!

My mamy prowadzić głębokie i systematyczne życie sakramentalne, czyli przeżywać Mszę Świętą w każdą niedzielę i święto, a nawet częściej, a na każdej Mszy Świętej – przyjmować Komunię Świętą. Mamy się systematycznie spowiadać – nie rzadziej, jak co miesiąc – a do każdej Spowiedzi porządnie się przygotowywać, poprzez solidny rachunek sumienia. Mamy się modlić – na różne sposoby – i czytać Pismo Święte.

I tak ukształtowani i ubogaceni – podejmować codzienne dobro. Bo tylko wtedy będzie ono spełnianiem misji Kościoła, kontynuacją i realizacją dzieła Jezusa i Jego Ojca, a nie działaniem na pokaz, na odczepnego, dla zagłuszenia sumienia, albo dla zdobycia poklasku czy podniesienia słupków sondażowych.

Bo wszystko to, co czynimy, wtedy ma sens i jest prawdziwym dobrem, kiedy jest spełniane z Jezusem, według Jezusa i dla Jezusa. W przeciwnym przypadku – raz jeszcze mocno to podkreślmy – jest sztuką dla sztuki, grą pozorów, biciem piany i parą w gwizdek. A na to naprawdę szkoda życia! W końcu, mamy je – na tej ziemi – tylko jedno…

2 komentarze

  • Księdzu Jacku, proszę o wybaczenie.
    Kiedy w zeszłym roku tworzyłam kalendarz, popełniłam błąd. Wpisałam święto Najświętszej Bogurodzicy, Królowej Polski, na 3 maja. Nie wiedziałam, że zostanie ono przeniesione na poprzednią sobotę.

    • Tu nie ma czego przebaczać! Z tym przeniesieniem Uroczystości to – prawdę powiedziawszy – wyszło duże zamieszanie. Bo w niektórych kalendarzach wpisano tę Uroczystość na poniedziałek, 4 maja. Tymczasem, wprowadzono je 2 maja… Zatem, tu wielu się pogubiło…
      xJ

Archiwum wpisów

Ks. Jacek Jaśkowski

Witam serdecznie! Kłania się Ks. Jacek Jaśkowski. Nie jestem ani kimś ważnym, ani kimś znanym. Jestem księdzem, który po prostu chce rozmawiać. Codzienna kapłańska posługa pokazuje mi, że tematów do rozmów z księdzem jest coraz więcej i dzisiaj żaden ksiądz nie może od nich uciekać, ale – wprost przeciwnie – podejmować nowe wyzwania. To przekonanie skłoniło mnie do próby otwarcia tegoż bloga, chociaż okazji do rozmów na co dzień – w konfesjonale i poza nim – na szczęście nie brakuje. Myślę jednak, że ten blog będzie jeszcze jednym sposobem i przestrzenią nawiązania kontaktu z ludźmi dobrej woli, otwartymi na dialog.