Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Drodzy moi, w dniu dzisiejszym dwunastą rocznicę Ingresu do Katedry siedleckiej przeżywa Ksiądz Biskup Kazimierz Gurda, Pasterz naszej Diecezji. Niech Najwyższy Kapłan i Dobry Pasterz, Jezus Chrystus, stale prowadzi Księdza Biskupa i obdarza swoją łaską.
Imieniny natomiast przeżywa Pani Doktor Joanna Borowicz, Katechetka, a jednocześnie Autorka podręczników i programów przygotowujących do przyjęcia Pierwszej Komunii Świętej i Sakramentu Bierzmowania w Diecezji siedleckiej; Osoba wielorako i twórczo zaangażowana w budowanie duchowego dobra swojej Parafii, Szkoły, Diecezji – i wielu innych przestrzeni, na których się angażuje.
Dziękując za naszą wieloletnią przyjaźń, ale i tak bardzo budujące i mobilizujące mnie osobiście świadectwo wielkiej wiary oraz pracowitości i solidności we wszystkim, czego się Solenizantka podejmuje, życzę wszelkiej pomocy z Nieba oraz życzliwości i wdzięczności ze strony ludzi. I oby nasz kontakt trwał!
Imieniny przeżywa także:
►Joanna Zawadka, należąca w swoim czasie do jednej z młodzieżowych Wspólnot
►Joanna Florek, moja dobra Znajoma z Białej Podlaskiej – i to od wielu lat – a do tego: Żona i Matka;
►Joanna Kus – posługująca do niedawna w Szklarskiej Porębie, w Domu na Białej Dolinie, gdzie zatrzymujemy się rodzinnie, kiedy do Polski przybywa Ksiądz Marek;
►Joanna Byszuk – Studentka z naszej Diecezji, czynnie zaangażowana w organizację i przebieg Kodeńskiego Wieczernika Akademickiego;
►Zuzanna Zagubień – zaangażowana w działalność młodzieżową w Parafii w Celestynowie, w czasie, kiedy byłem tam wikariuszem.
Rocznicę zawarcia sakramentalnego Małżeństwa przeżywają dziś Agnieszka i Mariusz Chmielewscy. Agnieszka, za czasów mojego pierwszego wikariatu, czynnie angażowała się w działalność KSM. I to od tamtego czasu się znamy, utrzymując w miarę stały kontakt.
Rocznicę Święceń kapłańskich natomiast przeżywają dziś:
►Ojciec Mariusz Rudzki – Salezjanin, pochodzący z mojej rodzinnej Parafii, Kolega jeszcze z czasów wspólnej służby lektorskiej;
►Ksiądz Kanonik Bogusław Sawaryn – Proboszcz Parafii Świętego Maksymiliana Kolbe w Szklarskiej Porębie, Kapłan bardzo mi bliski od początku mojego kapłaństwa, odkąd osobiście i z całymi Grupami Młodzieży przyjeżdżam do Szklarskiej Poręby.
Życzę niegasnącego zapału i kapłańskiej gorliwości!
Urodziny zaś przeżywa Krzysztof Sopyła – za moich czasów, Lektor w Parafii mojego pierwszego wikariatu, w Radoryżu Kościelnym.
Wszystkich świętujących otaczam serdeczną modlitwą i posyłam Im kapłańskie błogosławieństwo, życząc ogromu błogosławieństw Pańskich, o które modlę się przez wstawiennictwo Matki Najświętszej – Wspomożycielki wiernych!
Drodzy moi, pozdrawiam Was z Siedlec, skąd dzisiaj wyruszam do Parafii w Kąkolewnicy. Jeszcze tam nie byłem. Będę tam głosił słowo Boże na dwóch Mszach Świętych, a o 12:00 odprawię Sumę odpustową z okazji zbliżającego się Wspomnienia liturgicznego Patrona Parafii, Świętego Filipa Nereusza. Wraz z Księdzem Kanonikiem Januszem Sałajem, Proboszczem Parafii, któremu serdecznie dziękuję za zaproszenie, będziemy jakoś „godzić” liturgicznie Ducha Świętego ze Świętym Filipem!
A o 20:00, w naszym Duszpasterstwie, Msza Święta i nabożeństwo majowe.
Teraz zaś już zapraszam do pochylenia się nad Bożym słowem dzisiejszej liturgii. Oto słówko Księdza Marka na dziś:
https://www.youtube.com/c/CatholicSurgut
Zatem, jakie jest to jedno, jedyne, konkretne przesłanie, z jakim Pan dzisiaj do każdej i każdego z nas się zwraca. Duchu Święty, szczególnie dzisiaj mocno Cię prosimy: tchnij i prowadź!
Niech Was błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec + i Syn, i Duch Święty. Amen
Gaudium et spes! Ks. Jacek
Uroczystość Zesłania Ducha Świętego,
24 maja 2026.,
do czytań: Dz 2,1–11; 1 Kor 12,3b–7.12–13; J 20,19–23
CZYTANIE Z DZIEJÓW APOSTOLSKICH:
Kiedy nadszedł dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu. Nagle spadł z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wiatru, i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też języki jakby z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić.
Przebywali wtedy w Jerozolimie pobożni Żydzi ze wszystkich narodów pod słońcem. Kiedy więc powstał ów szum, zbiegli się tłumnie i zdumieli, bo każdy słyszał, jak przemawiali w jego własnym języku.
Pełni zdumienia i podziwu mówili: „Czyż ci wszyscy, którzy przemawiają, nie są Galilejczykami? Jakżeż więc każdy z nas słyszy swój własny język ojczysty? – Partowie i Medowie, i Elamici, i mieszkańcy Mezopotamii, Judei oraz Kapadocji, Pontu i Azji, Frygii i Pamfilii, Egiptu i tych części Libii, które leżą blisko Cyreny, i przybysze z Rzymu, Żydzi oraz prozelici, Kreteńczycy i Arabowie – słyszymy ich głoszących w naszych językach wielkie dzieła Boże”.
CZYTANIE Z PIERWSZEGO LISTU ŚWIĘTEGO PAWŁA APOSTOŁA DO KORYNTIAN:
Bracia: Nikt nie może powiedzieć bez pomocy Ducha Świętego: „Panem jest Jezus”.
Różne są dary łaski, lecz ten sam Duch; różne też są rodzaje posługiwania, ale jeden Pan; różne są wreszcie działania, lecz ten sam Bóg, sprawca wszystkiego we wszystkich. Wszystkim zaś objawia się Duch dla wspólnego dobra.
Podobnie jak jedno jest ciało, choć składa się z wielu członków, a wszystkie członki ciała, mimo iż są liczne, stanowią jedno ciało, tak też jest i z Chrystusem. Wszyscyśmy bowiem w jednym Duchu zostali ochrzczeni, aby stanowić jedno ciało: czy to Żydzi, czy Grecy, czy to niewolnicy, czy wolni. Wszyscyśmy też zostali napojeni jednym Duchem.
SEKWENCJA
Przybądź, Duchu Święty,
Ześlij z nieba wzięty
Światła Twego strumień.
Przyjdź, Ojcze ubogich,
Przyjdź, Dawco łask drogich,
Przyjdź, Światłości sumień.
O, najmilszy z gości,
Słodka serc radości,
Słodkie orzeźwienie.
W pracy Tyś ochłodą,
W skwarze żywą wodą,
W płaczu utulenie.
Światłości najświętsza,
Serc wierzących wnętrza
Poddaj Twej potędze.
Bez Twojego tchnienia
Cóż jest wśród stworzenia?
Jeno cierń i nędze.
Obmyj, co nieświęte,
Oschłym wlej zachętę,
Ulecz serca ranę.
Nagnij, co jest harde,
Rozgrzej serca twarde,
Prowadź zabłąkane.
Daj Twoim wierzącym,
W Tobie ufającym,
Siedmiorakie dary.
Daj zasługę męstwa,
Daj wieniec zwycięstwa,
Daj szczęście bez miary.
SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO JANA:
Wieczorem w dniu zmartwychwstania, tam gdzie przebywali uczniowie, drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami. Przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: „Pokój wam!” A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana.
A Jezus znowu rzekł do nich: „Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam”. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: „Weźmijcie Ducha Świętego. Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane”.
Jezus wielokrotnie, w czasie swojej ziemskiej działalności – a szczególnie pod jej koniec – zapowiadał, że ześle Ducha Świętego. A dzisiaj w Ewangelii słyszymy, że w Dniu Zmartwychwstania, kiedy przyszedł do swoich zalęknionych uczniów, powiedział już wprost: Weźmijcie Ducha Świętego! Ale to jeszcze nie było owo pełne i ostateczne wypełnienie zapowiedzi, jakie wielokrotnie dawał. Bo ono dokonało się w Dniu Pięćdziesiątnicy, a więc w dniu, w tradycji żydowskiej zwanym także Świętem Tygodni, upamiętniającym wyjście z Egiptu, zawarcie Przymierza, nadanie Prawa oraz ustanowienie ludu Izraela jako ludu Bożego. Ten właśnie dzień wybrał Jezus, aby ustanowić nowy Lud Boży – Kościół, zsyłając nań swego Ducha!
Barwny i oddziałujący na naszą wyobraźnię opis tego Wydarzenia otrzymujemy w pierwszym dzisiejszym czytaniu. I kiedy się w niego wsłuchujemy, to zauważamy, iż staje się ostatecznie opisem przemawiania przez Apostołów i innych, zgromadzonych tamtego dnia w Wieczerniku – różnymi językami! Owszem, najpierw były inne znaki. Oto bowiem – jak słyszymy – nagle spadł z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wiatru, i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też języki jakby z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić.
I w tym momencie wszystko się zaczęło – i cały opis jest już tylko o tym przemawianiu! Bo – jak dalej słyszymy – przebywali wtedy w Jerozolimie pobożni Żydzi ze wszystkich narodów pod słońcem. Kiedy więc powstał ów szum, zbiegli się tłumnie i zdumieli, bo każdy słyszał, jak przemawiali w jego własnym języku.
Po czym mamy wyliczone różne nacje, a więc: Partowie i Medowie, i Elamici, i mieszkańcy Mezopotamii, Judei oraz Kapadocji, Pontu i Azji, Frygii i Pamfilii, Egiptu i tych części Libii, które leżą blisko Cyreny, i przybysze z Rzymu, Żydzi oraz prozelici, Kreteńczycy i Arabowie – i oto okazało się, że wszyscy oni usłyszeli swoje języki! To wspaniały obraz powszechności Kościoła. Zauważmy, że ten obraz był już zaznaczony w pierwszym zdaniu dzisiejszego czytania, w którym słyszymy, że kiedy nadszedł dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu.
Otóż, właśnie – wszyscy razem! Nie wiemy dokładnie, kto. Pewnie Apostołowie, bo oni – to oczywiste – byli wszędzie tam, gdzie działy się najważniejsze sprawy dla rodzącego się i rozwijającego się Kościoła. To oni przecież byli jego rdzeniem, fundamentem, więc oni wtedy po prostu musieli być. Ale czy tylko oni? Na pewno nie, bo gdyby byli tylko oni, to Autor Księgi po prostu by to jasno stwierdził, skoro zaś użył określenia: wszyscy razem, to znaczy, że osób było więcej.
A to, że nie precyzuje, co to były za osoby i ile ich było, jest jasnym wskazaniem, że Duch Święty przyszedł do całego Kościoła. Do każdego człowieka – każdego bez wyjątku. Nikt nie jest z tej możliwości i szansy wyłączony. A drugim takim wskazaniem i potwierdzeniem tej prawdy jest wyliczenie narodów, których przedstawiciele – po pierwsze – byli wtedy w Jerozolimie, a po drugie: usłyszeli głoszone właśnie w ich językach wielkie dzieła Boże.
A warto tutaj wspomnieć, że wyliczając te narody, Święty Łukasz – Autor Księgi – zastosował ciekawy zabieg, bo zarysował niejako dwie linie: ze wschodu na zachód i z południa na północ. Pierwsza z nich biegnie z krajów najdalszych, leżących poza obszarem cesarstwa rzymskiego, czyli: Partowie, Medowie i Elamici – poprzez starożytne ludy Mezopotamii i Azji Mniejszej, a więc: Kapadocja, Pont, Frygia, Pamfilia. Druga z tych linii prowadzi z Afryki do Rzymu, na co wskazują wyliczone tu: Egipt, Libia, Rzym.
Ponadto, Autor biblijny wskazuje na rozróżnienia etniczno – religijne, mówiąc o Żydach i prozelitach – oraz kulturowe, kiedy mówi o Kreteńczykach i Arabach, czyli mieszkańcach wysp i stałego lądu. W ten sposób obejmuje zasięgiem swojej myśli wielki obszar geograficzny i ogromną różnorodność kultur. Raz jeszcze podkreślmy w tym kontekście, że dziwnym, a wręcz niewiarygodnym jest fakt przebywania tamtego dnia przedstawicieli aż tylu narodów z aż tylu miejsc na świecie – często najbardziej odległych i tak różnych kulturowo – a drugim cudem jest to, że każdy usłyszał słowo Boże, głoszone mu w jego własnym języku.
Skoro zaś mówimy o różnorodności nie tylko geograficznej, ale i kulturowej, to mówiąc o różnych językach musimy mieć na uwadze nie tylko języki jako takie, ale też różne sposoby myślenia i mówienia, z uwzględnieniem różnych kultur i tradycji. I właśnie tamtego dnia ci wszyscy ludzie – tak liczni i tak różni – usłyszeli głoszone w ich językach wielkie dzieła Boże. Czyli przekonali się, że Ewangelia jest skierowana także do nich – tak, do nich wszystkich, nie wyłączając nikogo!
Nie było tak, że ktoś był z jakiegoś powodu bardziej upoważniony, niż inni. Albo może miał lepsze znajomości z Apostołami, a może był pobożniejszy, a może bardziej uczony – nic z tych rzeczy! Duch Święty, przychodząc na świat, przemówił do całego świata – przemówił głosem Ewangelii, dobrych natchnień i wszelkim dobrym słowem, które poruszyło serca! Wtedy poruszyło – i do dzisiaj porusza.
Dzisiaj to może już nas to tak bardzo nie dziwi, bo jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że nie tylko nauka Boża, ale cokolwiek się powie na jednej ziemskiej półkuli – słyszą na drugiej, i jeszcze komentują! Popularnym jest stwierdzenie, że świat jest dzisiaj jedną globalną wioską! I coś na rzeczy jest… Ale to tylko musi nas dzisiaj mobilizować do działania, aby do tego właśnie świata – takiego, jakim on jest – dotrzeć ze słowem Jezusa! I słowem o Jezusie! W każdym języku trzeba je głosić, a więc musi być to słowo trafne i przekonujące. Duch Święty w tym oczywiście pomoże, ale to my mamy się podjąć tego zadania.
W drugim dzisiejszym czytaniu – ze swojego Pierwszego Listu do Koryntian – Apostoł Paweł przekonuje nas, że nikt nie może powiedzieć bez pomocy Ducha Świętego: „Panem jest Jezus”. Po czym dopowiada: Różne są dary łaski, lecz ten sam Duch; różne też są rodzaje posługiwania, ale jeden Pan; różne są wreszcie działania, lecz ten sam Bóg, sprawca wszystkiego we wszystkich. Wszystkim zaś objawia się Duch dla wspólnego dobra.
A to oznacza, że z pomocą Ducha Świętego jesteśmy w stanie powiedzieć nie tylko: PANEM JEST JEZUS! – bo tu nie tylko o to zdanie tak dosłownie chodzi – ale jesteśmy w stanie powiedzieć wszystko inne i tyle, ile trzeba, aby to wszystko razem było potwierdzeniem tej prawdy, że PANEM JEST JEZUS! Żeby wszystko, co będziemy mówili, ale i robili, przekonywało ludzi do tego, że PANEM JEST JEZUS! Nie tylko słowa, a więc nie tylko wypowiedzenie tegoż zdania ma tę prawdę wyrażać. Zresztą, źle by było, gdyby całe nasze świadectwo miało się jedynie na słowach oprzeć – trzeba czegoś więcej.
Aczkolwiek słowa też są ważne. Bo dzisiaj – jak słyszymy – od tych słów wszystko się zaczęło! To właśnie słowa, wypowiadane w zrozumiały sposób, przekonały świat, że Duch Święty naprawdę zstąpił! Dlatego tak bardzo, Drodzy moi, potrzeba, byśmy zwrócili uwagę na swoje słowa! Przecież to właśnie one stanowią naszą codzienną rzeczywistość. Można by nawet powiedzieć, że zdecydowanie największą część tej codzienności! Zanim bowiem coś zrobimy, czegoś dokonamy, to najpierw o tym powiemy. A czyż to nie z grzechów języka najczęściej się spowiadamy?
A czyż to nie takimi lub innymi dobrymi słowami obdarzamy się nawzajem, wzmacniamy się, podnosimy na duchu, przywracamy sobie radość i nadzieję, wyrażamy naszą miłość i pokój serca, czy też świadczymy o naszej wierze?… Niestety, słowami także ranimy się nawzajem, obrażamy, poniżamy, sprowadzamy innych do tak zwanego parteru, mieszamy z błotem, odbieramy im nadzieję, a niekiedy wręcz – w ogóle chęć do życia! Tak, powiedzmy to wprost: niektórymi słowami naprawdę nawzajem się zabijamy!
I tylko można zapytać, od jakiego ducha pochodzą te drugie, czyli te złe słowa? Od jakiego ducha? Bo na pewno nie od Ducha Świętego! A przecież takich słów w naszych codziennych rozmowach nie brakuje – oj, nie brakuje… Może więc dzisiaj, w tę Uroczystość Zesłania Ducha Świętego, mamy dobrą okazję ku temu, aby tę tak ważną dziedzinę naszego życia, jaką są nasze słowa, nasz język, nasza komunikacja z ludźmi – opiece i natchnieniom tegoż Ducha powierzyć.
Przecież wszyscy jesteśmy bierzmowani. Albo – prawie wszyscy. Młodsza część naszej Parafii ma to jeszcze przed sobą, niektórzy się do tego Sakramentu przygotowują. Zapytajmy zatem samych siebie, jak korzystamy z tej łaski, którą przy tej okazji otrzymujemy? Jak często zwracamy się do Ducha Świętego o pomoc w podejmowaniu właściwych decyzji, dokonywaniu właściwych moralnych wyborów, podejmowaniu najlepszych możliwych działań? Jak często Go o to prosimy?
A przecież On po to jest, aby nam pomóc we wszystkich – naprawdę: we wszystkich! – dziedzinach naszego życia! Tylko żebyśmy chcieli – mieli odwagę – prosić Go o pomoc! Żebyśmy w ogóle o tym pomyśleli, żebyśmy pamiętali, że mamy taką możliwość! A w ten zakres – by się tak wyrazić – kompetencji Ducha Świętego wchodzą także nasze słowa! Tak, to On właśnie może sprawić – pomóc nam w tym – by nasze słowa niosły ludziom dobro i były zawsze czytelnym świadectwem naszej wiary! Świadectwem dawanym Jezusowi!
Żeby jednak tak było, to my sami musimy poważnie potraktować swoje własne słowa. Bo Duch Święty na pewno nie zrobi za nas wszystkiego, jeżeli my sami nie zaangażujemy się po stronie dobra. Jeżeli my sami nie będziemy tak po prostu, zwyczajnie i po ludzku, uważali na to, co i jak mówimy. I jeżeli sami nie potraktujemy poważnie swoich własnych słów.
Owszem, przykład, jaki w tej materii idzie „z góry”, czyli z mediów, od polityków, od ludzi postawionych wyżej od nas – nie jest niestety budujący. Niemalże standardem jest składanie przez polityków przeróżnych obietnic wyborczych, których nawet nie zamierzają wypełnić, ani chyba nawet o nich pamiętać… Do standardu także – tego złego – należy i to, że można kogoś oskarżyć o najgorsze rzeczy, obrzucić go najgorszymi inwektywami i nie ponieść za to żadnej odpowiedzialności. I taki styl przenosimy do naszych międzyludzkich, codziennych, także rodzinnych czy zawodowych relacji. Słowo coraz mniej kosztuje, prawie w ogóle nie zobowiązuje, można je wypowiedzieć – ot tak, sobie – nawet bez chwili zastanowienia się, jaki skutek może spowodować.
Z tego właśnie zdałem sobie sprawę ostatnio, w odniesieniu do Młodzieży, z którą współpracuję w ramach swojej posługi Duszpasterza Akademickiego. Akurat jestem na etapie pewnego porządkowania działalności Wspólnot, które prowadzę – i samego Duszpasterstwa Akademickiego jako takiego. W ramach tego porządkowania pytam tych, którymi się duchowo opiekuję, z którymi współpracuję, czy w ogóle chcą się w te nasze dzieła angażować, a jeżeli tak – to ile są w stanie z siebie dać.
W odpowiedzi usłyszałem już bardzo wiele obietnic, zapewnień i wielkich słów. Niestety, każdy następny dzień po ich wypowiedzeniu w wielu przypadkach pokazywał, że to były tylko słowa. Niektórzy z tych młodych Ludzi wielokrotnie zapewniali, że ta czy inna wspólnota – lub kontakt ze mną, jako księdzem i opiekunem – tak dużo im dały. W ramach naszych ostatnich rozmów dowiedziałem się tyle dobrego o naszej działalności, że sam sobie nawet z tego nie zdawałem sprawy, że tak dużo tego dobra się dzieje!
Niestety, na końcu tych wypowiedzi w iluś tam przypadkach padło stwierdzenie: „Ale ja odchodzę! To nie dla mnie!” Ani jednego słowa, że coś było nie tak, że z czymś się nie zgadzali – wprost przeciwnie: wszystko było niemalże idealnie! Ale oni odchodzą. Wielokrotnie zapytywałem sam siebie – choć jestem już starym księdzem – jak to rozumieć? I dlaczego słowo tak mało dla tych młodych Ludzi znaczy?
Dlaczego tyle razem planowaliśmy i naprawdę udało się już coś wspólnie osiągnąć, ale w którymś momencie zapał opadł i – jak to się niekiedy mówi – „mistyk wystygł, a wynikł cynik”?… Może to za ostra ocena postawy tych młodych Ludzi, ale na pewno bardzo łatwo przechodzą od jednej czy drugiej obietnicy, zapewnienia, dobrego słowa – do jego kompletnego zapomnienia. Albo przemilczenia – tak, jakby nic nigdy nie zostało powiedziane, obiecane, ustalone…
A ponieważ zajmuję się naukowo prawem kanonicznym, prawem Kościoła i mam w sobie taką trochę naturę prawniczą, to jestem przekonany do jasnego określania zasad, którymi sam chcę się kierować, albo którymi chcę się kierować razem z Osobami, którymi się opiekuję. Dlatego sam dla siebie opracowałem już dawno – w ramach kapłańskich rekolekcji, w konsultacji z moim Kierownikiem duchowym – coś, co można by nazwać regułą życia. Jest ona spisana w kilkunastu punktach. Może to takie moje dziwactwo, ale uważam, że jak coś jest spisane – w jakiś sposób zmaterializowane – to jednak jest to jakiś konkret.
A czyż nie jest tak – ja się z takimi sytuacjami nieraz w mojej posłudze duszpasterskiej spotykałem – że jak ktoś podpisał przyrzeczenie, że nie będzie pił przez rok, to przez ten rok naprawdę nie pił, chociaż był namawiany, a jak się już ten rok kończył, to przychodził podpisać przedłużenie, bo sobie mówił, że jak nie podpisze, to nic go nie powstrzyma przed sięgnięciem po alkohol już następnego dnia! Stąd też osobiście wychodzę z takiego założenia, że jak coś się napisze, to jednak jest.
Aczkolwiek mój Kierownik duchowy – kiedy pokazałem mu projekt takiej reguły jednej z młodzieżowych Wspólnot, zresztą razem z nimi opracowanej – trochę ostudził ten mój zapał stwierdzeniem, że dzisiaj to właściwie… nie zda egzaminu. Bo i On sam – Ojciec Jan, posługujący w Kodniu, mój Kierownik duchowy – nieraz już miał do czynienia z tego typu solennymi obietnicami swoich podopiecznych, także spisywanymi w formie jakichś dobrych postanowień, których oni sami chcieli, ale o których zapominali już następnego dnia.
Zadałem więc sobie w związku z tym pytania, dlaczego tak jest? Dlaczego nawet podpisanie na ołtarzu, w czasie Mszy Świętej, takiego dobrego postanowienia, które przecież może stanowić pomoc i mobilizację – dla wielu nic nie znaczy? Dlaczego coraz mniej znaczą obietnice, składane innym, czy zapewnienia – chociażby o pomocy, jakiej ci inni potrzebują? Ileż to razy na słowach się kończy?…
I tak jakoś kilka dni temu do mnie dotarło, że – jako duszpasterz – muszę więcej mówić o odpowiedzialności za wypowiadane słowa! Sam muszę tego u siebie dopilnować, żeby rozważniej cokolwiek obiecywać lub planować, ale też przypominać o tym Ludziom, szczególnie młodym. Nieraz w tych moich Wspólnotach mówię moim Podopiecznym, że modlę się dla nich o to, by dobrze odkryli swoje życiowe powołanie, w tym szczególnie: modlę się dla nich o powołanie kapłańskie i zakonne.
Bo księży i osób zakonnych coraz mniej, a roboty nie ubywa – czasami można odnieść wrażenie, że jest jej wręcz coraz więcej – więc modlę się dla Nich o łaskę powołania do kapłaństwa lub życia zakonnego. W końcu – tak to argumentuję – sam Jezus kazał się nam o to modlić, mówiąc: Proście Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo! A w dosłownym tłumaczeniu tego zdania z języka greckiego odnajdujemy tam stwierdzenie: żeby wyrzucił robotników na swoje żniwo! Czyli stwierdzenie o wiele bardziej radykalne!
Modlę się więc o to – zostawiając oczywiście Panu naszemu decyzję w tej sprawie. Nikogo nie namawiam, ani tym bardziej nie zmuszam, żeby szedł do seminarium czy do zakonu, chociaż nieraz mówię moim Dzieciakom, że widząc ich zaangażowanie w sprawy Kościoła – bo są oni zwykle Lektorami, czy też na różne inne sposoby zaangażowani w sprawy Boże – chciałbym mieć takich ludzi jako współpracowników „w firmie”. Tak to określam.
Jednakże w obliczu ostatnich naszych rozmów i doświadczeń dochodzę do wniosku, że zanim będę się dla nich modlił o powołanie kapłańskie czy zakonne – czy w ogóle o dobre odczytanie tego powołania, jakim obdarza Ich Pan – to najpierw będę się dla nich modlił o ludzką dojrzałość! Oczywiście, w tym podstawowym wymiarze, bo człowiek zwykle do końca swoich dni na tym świecie nabiera dojrzałości i życiowych doświadczeń. Ale mówimy tu o takiej podstawowej dojrzałości, która będzie kazała dorosłym w końcu ludziom – no, powiedzmy, pełnoletnim, albo już prawie pełnoletnim – szanować swoje własne słowo! I nie dać się miotać emocjami od ściany do ściany, od skrajności w skrajność.
Żeby słowo dane publicznie – albo prywatnie drugiemu człowiekowi – zobowiązywało! Bo na tym słowie inni budują jakąś relację, jakieś wspólne plany i działania, a tymczasem nagle dowiadują się, że zdanie wypowiedziane wczoraj – dzisiaj już jest zupełnie nieaktualne. I stąd to moje postanowienie, którym dzisiaj chcę się z Wami podzielić, ale które chcę też wpisać w tę refleksję nad Bożym słowem – na temat słowa, które przedstawiciele całego świata usłyszeli w swoich własnych językach.
Drodzy moi, żeby świat z moich ust mógł usłyszeć jakieś dobre słowo – a już szczególnie: jeśli to moje słowo ma być słowem świadectwa o Jezusie Chrystusie – to ja muszę najpierw dojść do porozumienia z samym sobą, aby dla mnie samego moje własne słowo znaczyło to, co znaczyć powinno! I abym ja sam wiedział, o co mi w ogóle chodzi i co ja chcę wyrazić. I abym swoje własne słowo szanował, bo jak ja sam nie będę go szanował, to nikt ich szanował nie będzie!
Tylko wtedy moje słowo będzie przekonywało do Jezusa – kiedy ja sam będę przekonany, że jest ono prawdziwe i że ja sam traktuję je poważnie. Każde słowo – w każdej sprawie, nie tylko w sprawach wiary czy w jakichkolwiek sprawach wielkiej wagi. Jeżeli ktoś szanuje swoje słowo, to szanuje każde słowo – i jeśli będzie wiarygodny w sprawach małej, codziennej wagi, to będzie wiarygodny i zrozumiały także wtedy, kiedy będzie mówił o wielkich sprawach Bożych. Bo tylko taki wiarygodny człowiek jest w stanie przekonać innych, że PANEM JEST JEZUS!

Księże Jacku, chciałabym zapytać o sakrament bierzmowania:
Dlaczego w kościołach prawosławnych i i katolickich obrządku wschodniego udziela się tego sakramentu jednocześnie z chrztem małym dzieciom (jak to było w moim przypadku, gdy miałam 3 lata), a w kościołach obrządku łacińskiego odkłada się go na wiek dojrzalszy?