Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! I tak oto, Drodzy moi, dobiega końca nasz pobyt w Rzymie. Dzisiaj rano spotykamy się na wspólnej modlitwie, ale też do godziny 10:00 opuszczamy już pokoje.
Następnie udajemy się naszym busem do Polskiego Papieskiego Instytutu Kościelnego w Rzymie, przy Via Pietro Cavallini 38, by spotkać się – jak w latach ubiegłych – z Bratem Sławomirem Steczkowskim, ze Zgromadzenia Braci Serca Jezusowego, posługującym tam już od kilkunastu lat, a wcześniej: znanym mi z czasów seminaryjnej formacji Księdza Marka, jako że to właśnie ci Bracia posługiwali wówczas w kościele seminaryjnym, kiedy jeszcze Seminarium było wspólne dla dwóch Diecezji warszawskich – i Brat Sławek między nimi.
Od lat jest jednak w Rzymie – i tu się co jakiś czas spotykamy. Szczególnie wdzięczny jestem za nocleg – w tymże Instytucie – p rzy okazji błyskawicznie zorganizowanego przyjazdu na pogrzeb Benedykta XVI.
Dzisiaj udajemy się tam prosto z hotelu, aby spotkać się z Bratem, obejrzeć Instytut, w którym mieszkają polscy Księża, studiujący w Rzymie, będący także miejscem podpisania historycznego listu Biskupów polskich do Biskupów niemieckich, z pamiętnym wezwaniem: „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. A na dachu budynku jest taras, z którego świetnie ogląda się Rzym.
W tymże Instytucie odprawimy Mszę Świętą – ostatnią wspólną na naszej Pielgrzymce – w intencji i w intencjach wszystkich Uczestników oraz o błogosławione owoce tych Rekolekcji. Stamtąd planujemy już wyjechać z Rzymu i udać się na Monte Cassino, a potem już – do Polski!
Bogu niech będą dzięki za ten czas!
Teraz zaś już zapraszam do pochylenia się nad Bożym słowem dzisiejszego dnia. Oto słówko Księdza Marka na dziś:
https://www.youtube.com/c/CatholicSurgut
Zatem, co konkretnie mówi do mnie Pan? Czego ode mnie oczekuje? Na co wyraźnie mi wskazuje? Duchu Święty, bądź natchnieniem!
Niech Was błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec + i Syn, i Duch Święty. Amen
Gaudium et spes! Ks. Jacek
22 Niedziela zwykła, A,
30 sierpnia 2026.,
do czytań: Jr 20,7–9; Rz 12,1–2; Mt 16,21–27
CZYTANIE Z KSIĘGI PROROKA JEREMIASZA:
Uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłem się uwieść; ujarzmiłeś mnie i przemogłeś. Stałem się codziennym pośmiewiskiem, wszyscy mi urągają. Albowiem ilekroć mam zabierać głos, muszę obwieszczać: „Gwałt i ruina!” Tak, słowo Pana stało się dla mnie każdego dnia zniewagą i pośmiewiskiem.
I powiedziałem sobie: „Nie będę Go już wspominał ani mówił w Jego imię”. Ale wtedy zaczął trawić moje serce jakby ogień nurtujący w moim ciele. Czyniłem wysiłki, by go stłumić, lecz nie potrafiłem.
CZYTANIE Z LISTU ŚWIĘTEGO PAWŁA APOSTOŁA DO RZYMIAN:
Proszę was, bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście dali ciała swoje na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną, jako wyraz waszej rozumnej służby Bożej. Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża: co jest dobre, co Bogu przyjemne i co doskonałe.
SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO MATEUSZA:
Jezus zaczął wskazywać swoim uczniom na to, że musi iść do Jerozolimy i wiele wycierpieć od starszych i arcykapłanów, i uczonych w Piśmie; że będzie zabity i trzeciego dnia zmartwychwstanie.
A Piotr wziął Go na bok i począł robić Mu wyrzuty: „Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie”.
Lecz On odwrócił się i rzekł do Piotra: „Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie”.
Wtedy Jezus rzekł do swoich uczniów: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę?
Albowiem Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Ojca swego razem z aniołami swoimi, i wtedy odda każdemu według jego postępowania”.
Bardzo wyjątkowo brzmi to wyznanie Proroka Jeremiasza: Uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłem się uwieść; ujarzmiłeś mnie i przemogłeś. Już samo to zdanie każe postawić pytanie o granice wolności człowieka i zakres zgody na działanie Boga. Bo skoro padają słowa o uwiedzeniu, ujarzmieniu, przemożeniu – to gdzie tu wolność?…
No tak, ale jednak Prorok wyraźnie stwierdza: ja pozwoliłem się uwieść! Tyle tylko, że – jak słyszymy dalej – decyzja ta skutkuje poważnymi konsekwencjami: Stałem się codziennym pośmiewiskiem, wszyscy mi urągają. Albowiem ilekroć mam zabierać głos, muszę obwieszczać: „Gwałt i ruina!” Tak, słowo Pana stało się dla mnie każdego dnia zniewagą i pośmiewiskiem.
I tu następuje bardzo ciekawy moment całej tej historii. Prorok bowiem stwierdza stanowczo: I powiedziałem sobie: „Nie będę Go już wspominał ani mówił w Jego imię”. Okazało się jednak, że to nie takie proste, o czym tak dalej pisze: Ale wtedy zaczął trawić moje serce jakby ogień nurtujący w moim ciele. Czyniłem wysiłki, by go stłumić, lecz nie potrafiłem.
Jak to wszystko zrozumieć? Bo to trochę tak wygląda, jakby człowiek wpadł w jakąś pułapkę, w jakąś matnię! Może nie do końca świadomie „wyrwało się” mu się to wyrażenie zgody na uwiedzenie, a teraz już nie da się zatrzymać lawiny zdarzeń, które się dokonują.
W jakimś sensie, można chyba powiedzieć, że Bóg jakby zmaga się z człowiekiem… Dobija się o miejsce dla siebie w sercu człowieka. Skrzętnie „wykorzystuje” to, że człowiek – Prorok – no, właśnie: pozwolił się uwieść. Dlatego go uwodzi… I prowadzi już swoją drogą – niestety, dla człowieka bardzo trudną! Bo wiąże się ona z bardzo konkretnym poświęceniem! Okazuje się bowiem, że kiedy człowiek – Prorok – ma się wywiązać z zadania, które nałożył na niego Bóg, musi ogłaszać klęskę i ruinę. Musi mówić o rzeczach najtrudniejszych, tak bardzo „nieprzyjemnych” dla ucha słuchaczy, którzy chcieliby zapewne samych laurek i pochwał.
Tymczasem – jest to, co jest. Trzeba mówić o sprawach trudnych. Prorok nie bardzo wie, jak to zrobić, a też i nie bardzo chce to robić, bo to dla niego za trudne! Próbuje się więc wycofać – a tu nic z tego! Bo skutki tego, że ucieka przed Bożym wezwaniem, okazują się o wiele gorsze od tych, w których je wypełniał, chociaż przy tym cierpiał. Tu też cierpi – tylko chyba bardziej…
Jaką więc „grę” prowadzi z człowiekiem Bóg? I czy aby na pewno ją prowadzi? A może jest tak, że skoro człowiek ucieka od Boga, to nie znajduje szczęścia, bo go zwyczajnie nigdzie poza Bogiem nie ma?…
Wydaje się, że to właśnie w tym kontekście Paweł Apostoł wzywa wiernych Gminy chrześcijańskiej rzymskiej – ale i nas wszystkich – w drugim czytaniu: Proszę was, bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście dali ciała swoje na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną, jako wyraz waszej rozumnej służby Bożej. Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża: co jest dobre, co Bogu przyjemne i co doskonałe.
Ze strony Apostoła słyszymy prośbę, a więc postawienie na wolność przy podejmowaniu decyzji: oddać się na służbę Bogu, czy nie? Tak naprawdę – nikt nie musi. Paweł jednak zachęca. Bardzo ciekawym jest to dopowiedzenie: przez miłosierdzie Boże… Różnie je można rozumieć. Między innymi i tak, że oddanie się na służbę Bogu to gwarancja otrzymania Bożego miłosierdzia. A może jest to ta najwyższa motywacja, dla której warto złożyć swe życie w ofierze Bogu – jako odpowiedź na to Boże miłosierdzie i otwarcie się na nie?…
W każdym razie, ofiara ta powinna spełniać określone warunki, by była przez Boga przyjęta: ma być «żywa, święta, Bogu przyjemna» – jako wyraz służby Bożej, pełnionej w sposób «rozumny»! A więc to nie jakieś marzycielstwo i bujanie w obłokach; nie jakieś obietnice bez pokrycia i szumne zapewnienia; nie piękne poematy „ku czci” i „okrągłe” słowa – ale twardy realizm codziennej postawy! Twardy, rozumny, do bólu realistyczny – wybór Boga, dokonywany w najbardziej prozaicznych okolicznościach codziennego życia! Służba rozumna, a więc – z jednej strony – realistyczna co do okoliczności, spełniana w tych realiach, w jakich się żyje, a jednocześnie: spełniana w granicach możliwości, jakie się ma. A zatem – z zachowaniem zasad zdrowego rozsądku, z przeliczeniem sił na zamiary, z przewidywaniem możliwości i ograniczeń.
To określenie «służba rozumna» sugeruje, że nie może ona stawiać wymagań nierealnych albo ponad siły, albo takiego zaangażowania się w nią w jednym momencie czy w jednej sytuacji, aby już nie zostało sił i motywacji na później. Co jednak nie oznacza, że ma to był służba spełniana na „pół gwizdka”, tak bardzo oszczędnie, aby się tylko człowiek nie spocił i nie przemęczył! Nie! To ma być «ofiara żywa», a więc będąca darem całego i żywego serca człowieka,
Ale też: ma to być ofiara Bogu przyjemna. A ten z kolei wymóg chyba tłumaczy wszystko, bo jeżeli «Bogu przyjemna», to spełniana według Bożych reguł i oczekiwań – tak, by się Bogu podobała – co z kolei gwarantuje, że nie będzie ona jakaś nierozsądna, chaotyczna, spełniana według chwilowego kaprysu, czy własnego widzimisię.
Zresztą, w dalszej części tegoż czytania Paweł wyjaśnia, że chodzi dokładnie o to, by przemieniać swoje ludzkie myślenie na tyle i w tym kierunku, żeby rozpoznawać jaka jest wola Boża: co jest dobre, co Bogu przyjemne i co doskonałe. A wówczas służba ta – choć wymagająca – będzie mieściła się w granicach ludzkich możliwości i sił. Z pewnością, wymaga to jednak radykalnej zmiany ludzkiego myślenia i przestawienia go na tory Bożego myślenia.
Jak słyszymy w Ewangelii, miał z tym dzisiaj problem Święty Piotr. Bo kiedy Jezus zapowiedział złożenie swojej Ofiary zbawczej i bez ogródek mówił o czekających Go cierpieniach, Piotr wziął Go na bok i począł robić Mu wyrzuty: „Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie”. Na co jednak usłyszał wyjątkowo twardą odpowiedź: Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie.
Właśnie, bo nie spróbował nawet przestawić swojego myślenia, według to którego Jezusowi powinno się wszystko ułożyć jak najlepiej, powinien być na rękach noszony i chwalony, zbierać same laury i zaszczyty – w końcu to taki wyjątkowy Nauczyciel i Cudotwórca – a tu jakieś dziwne wypowiedzi o cierpieniu! Zupełnie nie mieściło się to w głowie prostego rybaka.
I chyba trochę musimy go zrozumieć, bo rzeczywiście takie poświecenie ze strony Mistrza mogło się wydawać nie do końca zrozumiałe… A nawet – nie do końca rozumne! Bo o czym On w ogóle mówi? On, na słowo którego sztormy cichą, złe duchy uciekają, pokarm się rozmnaża, chorzy wstają z łóżek, a nawet zmarli z grobów – a oto tutaj jakieś dziwne „gadki” o tym, że mają Go zabić?… Gdzie tu jakaś logika, jakiś sens, jakiś cel? To zupełnie bez sensu!
Niestety, Jezus wysoko postawił poprzeczkę swojemu pierwszemu Apostołowi i nie przyjął do wiadomości, że ten jeszcze myśli tak przyziemnie – że chce swemu Mistrzowi niejako zapewnić ludzki komfort i bezpieczeństwo, a nie stara się nawet zrozumieć Bożych zamiarów, planów i działań. Zresztą, wyraźnie to Jezus stwierdził, co z pewnością raz jeszcze warto przywołać: Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie.
Aż: szatanie ? Czy to jednak nie przesada? Czy nie za ostro? Piotr – szatanem? Nie! Oczywiście, że nie! Jezus tylko pozwolił sobie na to, by od razu wskazać na głównego autora i główną przyczynę takiego stanowiska Piotra, czyli na szatana. To nie Piotr był szatanem – on tylko dopuścił myślenie takie, jakie szatanowi najbardziej odpowiadało, by zniweczyć moc Ofiary zbawczej Jezusa, albo do niej w ogóle nie dopuścić.
Oczywiście, to nie jest możliwe, bo moc Jezusa jest dużo większa, niż moc szatana, ale pokusa takiego ludzkiego komfortu, a może nawet takiego ustawienia sobie życia, żeby przebiegało spokojnie, bez zakłóceń i nic nie kosztowało – wybrzmiała w tym momencie bardzo silnie!
Dlatego Jezus wyjaśnia, by już nie było żadnych wątpliwości: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę?
Jak to się ma do rozumności, o której mowa była w drugim czytaniu? Bardziej to chyba przywołuje czytanie pierwsze, w którym mowa o «uwiedzeniu» Proroka przez Boga – poprowadzeniu drogą trudu i odrzucenia… Jezus taką drogę właśnie wybiera dla siebie i na taką zaprasza swoich uczniów! I wyraźnie mówi, że innej drogi do szczęścia wiecznego nie ma!
A w tym kontekście, jasno zapewnia: Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Ojca swego razem z aniołami swoimi, i wtedy odda każdemu według jego postępowania. Czyli oceni, na ile owa służba, o której tu dziś mówimy, spełniana przez ludzi, podobała się Bogu – a na ile była realizacją własnych upodobań. Na ile była darem i ofiarą, złożoną ze swego życia i poświęcenia – a na ile była takim zostawieniem sobie wszystkiego, co się tylko da, z własnym „ja” na czele.
I na ile była wyjściem ze strefy swego komfortu – a na ile właśnie poszerzaniem i domykaniem tej strefy dla siebie samego. I na ile była to służba rozumna, a więc oparta na realiach – a na ile całkowicie od tych realiów oderwana. Na ile też była szczerym darem gorącego serca – a na ile wyrachowaną transakcja z Bogiem, na zasadzie: „Ja Ci dam to, a Ty mi dasz tamto”.
Drodzy moi, dzisiaj musimy sobie samym – i Jezusowi – odpowiedzieć na pytanie: Ile jestem w stanie z siebie dać – właśnie Jemu, Jezusowi, ale i człowiekowi? Niby takie proste i oczywiste pytanie, często przy różnych okazjach stawiane, ale chyba jednak wcale nie takie proste i oczywiste, skoro chyba wszyscy codziennie się na nim – by się tak potocznie nieco wyrazić – „wykładamy”. Bo jednak tak trudno nam się poświęcić „na zawsze”. Do końca. Bez ograniczeń. Oczywiście – rozumnie i rozsądnie, ale jednak w stopniu najwyższym z możliwych. Odpowiedzialnie i konsekwentnie. I do końca życia.
Zobaczmy, jak dzisiaj chociażby opóźnia się wiek zawierania małżeństw. Albo podjęcia decyzji o wyborze drogi kapłańskiej lub zakonnej. Coraz bardziej! Młodzi ludzie nie chcą podejmować wyborów i decyzji „na zawsze!” Do końca! Nieodwracalnie! Ostatecznie! Na całe życie – i ze wszystkimi konsekwencjami! Ciągle chcą sobie dawać czas, ciągle próbować i próbować, bo może to nie ten wybór, bo może nie ta osoba?… A co będzie, jak się nie dogadamy?… Albo nam z pracą nie wyjdzie, albo z mieszkaniem?…
Albo co będzie, jak się okaże, że praca na wikariacie będzie za ciężka, proboszcz nieznośny i jeszcze wredni ludzie?… A jak z telewizji przyjadą i będą kręcić jakieś złośliwe i reportaże?… Gdzie się wtedy schować?… A jak się okaże, że ta Spowiedź czy rozmowa duszpasterska „jeden na jeden” w pokoju, czy w kancelarii – bo tak się właśnie „jeden na jeden” rozmawia, gdyż to jest jeden z elementów kapłańskiej posługi – będzie dla kogoś po dwudziestu pięciu latach argumentem do oskarżenia o molestowanie?… I co wtedy? Jak w takiej sytuacji pójść „na całość”, oddać się zupełnie? Nie lepiej poczekać?
Albo też – wracając do problemów małżeńskich – nie lepiej poczekać, aż się sytuacja na świecie unormuje, a i w polityce trochę się bardziej poustawia, żeby ten wspólny dom dało się jakoś udźwignąć materialnie?…
A tak w ogóle – ponad tym wszystkim – jak tu zrezygnować ze swojego „ja”; jak tu zrezygnować ze swojej racji, która jest zawsze najmądrzejsza; jak tu wyjść ze swojej strefy komfortu i swojego „ciepełka”, tak długo i z takim trudem budowanego?… Jak tu nałożyć tyle ograniczeń na popędy i zachcianki cielesne – i nie poużywać sobie tego życia, tylko się ciągle umartwiać i umartwiać?… Jak to wszystko ogarnąć? A w ogóle – po co? Czy to warto? „Co ja z tego będę miał?!”
No, cóż… Tylko – z drugiej strony – czy życie jedynie i wyłącznie „dla siebie” jest rzeczywiście lepsze? Daje więcej radości, zadowolenia, satysfakcji – tak?… Jest wygodniejsze i bardziej „na luzie” – tak?… Jest bardziej nowoczesne i nie takie „obciachowe”, niż to z Bogiem – tak?… Mówiąc wprost: jest bardziej szczęśliwe – tak?…
Czy aby na pewno?…
