Szczęść Boże! Drodzy moi, w dniu dzisiejszym imieniny przeżywają:
►Monika Sala – Mama Szymona, Autora rozważań wtorkowych;
►Monika Nowicka – moja Siostra cioteczna, dla której modlę się o łaskę cierpliwości i pogody ducha w znoszeniu krzyża choroby, a jeśli to nie sprzeciwiałoby się woli Bożej – o łaskę powrotu do pełnego zdrowia;
►Monika Szostakiewicz – zaangażowana w swoim czasie w działalność jednej ze Wspólnot młodzieżowych.
Urodziny natomiast przeżywa Sebastian Kucharski, za moich czasów – Lektor w Celestynowie.
Życzę Wszystkim świętującym łaski Bożej i wszelkich dobrych natchnień. Zapewniam o modlitwie!
Drodzy moi, pozdrawiam Was w kolejnym dniu Pielgrzymki do Rzymu. Wczoraj byliśmy na Audiencji generalnej Ojca Świętego Leona XIV. Odbywała się ona – jak przez cały sierpień – w Bazylice Świętego Piotra. I znowu – dzięki temu, że Papież naprawdę stara się podchodzić, do kogo tylko może, bo zapewne zdaje sobie sprawę z tego, że ludzie mają prawo do swego Papieża – dużej części naszej Ekipy udało się podać rękę Ojcu Świętemu. Mamy na to dowody zdjęciowe, a oficjalne zdjęcia, zrobione przez fotografów watykańskich, dzisiaj będą do odbioru.
Potem sprawowaliśmy Mszę Świętą w Kaplicy hotelu, działającego pod auspicjami Watykanu, w którym to pomieszkują ważne osobistości życia Kościoła, kiedy przybywają do Rzymu. Po czym przyjechaliśmy do swojego hotelu, na chwilę przerwy.
Następnie udaliśmy się do Koloseum, do którego bilety zostały wcześniej wykupione – drogą internetową. Ale tu spotkała nas niemiła niespodzianka. Obsługa bowiem „przyczepiła się” do naszych słuchawek, które codziennie nosimy, tłumacząc nam coś pokrętnie, że nie możemy sami się oprowadzać, albo pod opieką jakiegoś przewodnika bez oficjalnej licencji. Sęk w tym, że nic takiego nie napisano na stronie internetowej Koloseum.
Nasza Natalka przeprowadziła długą rozmowę z Obsługą, nawet poprosiliśmy „ważniejszych”, po czym przyszło kilka Osób, które w końcu zaczęły się w swoim wypowiedziach nawzajem plątać: jedni mówili tak, drudzy nieco inaczej… Natalka tłumaczyła, że ma ze sobą grupę przyjaciół, z którymi – po Audiencji u Ojca Świętego – przybyła tutaj, aby przejść po tym obiekcie, pomodlić się wspólnie, porozmawiać… Tak też się ostatecznie stało, ale musieliśmy szukać miejsca, żeby gdzieś zostawić nasze słuchawki, co zabrało nam nieco czasu.
Ale największy problem – jak dla mnie – tkwi w zasadach, a właściwie: w ich nieposzanowaniu. A może bardziej w tym, że są one ustalane „na bieżąco”, przed szeregowych pracowników „na bramkach”. Bo tak to trochę odebraliśmy. Dlatego Natalka – w najbliższych dniach, już po naszym wyjeździe – ma zamiar dokładnie przestudiować wszystkie wpisy na stronie, po czym udać się tam ponownie i porozmawiać z tymiż ludźmi o tej sytuacji. A ja jestem zdecydowany wystosować – drogą elektroniczną – pisemną skargę do zarządu Koloseum. Już takową pisałem – chyba dwa lata temu – do Pani Dyrektor Muzeów Watykańskich, za skandaliczny harmider, jaki panował w Kaplicy Sykstyńskiej, na który w ogóle nie reagowali pracownicy Obsługi. Miałem potem ze dwa filmiki od znajomej Przewodniczki, że Kaplicy było cicho… Raczej nie trwało to zbyt długo, ale jakaś reakcja podobno była.
Ostatecznie weszliśmy do Koloseum, pomodliliśmy się, pochodziliśmy… A potem była kolacja.
Dzisiaj dołącza do nas nasz zeszłoroczny Przewodnik – Jacek Władysław Frąc. O 9:30 dotrze do naszego hotelu, podobnie jak i Natalka, po czym udamy się na Watykan, aby zwiedzić Bazylikę Świętego Piotra, a od 15:00 – Muzea Watykańskie. W jakimś miejscu – wskazanym przez Jacka – odprawimy Mszę Świętą. Będzie też zapewne czas na zakup pamiątek. I z Muzeów wrócimy na kolację. Takie plany na dziś. Oddaję je Panu naszemu i Jego Matce.
A teraz już zapraszam do pochylenia się nad Bożym słowem dzisiejszej liturgii. Oto słówko Księdza Marka na dziś:
https://www.youtube.com/c/CatholicSurgut
Zatem, co konkretnie mówi dziś do mnie Pan? Z jakim przesłaniem zwraca się do mnie osobiście? Duchu Święty, rozjaśnij umysły i serca!
Niech Was błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec + i Syn, i Duch Święty! Amen
Gaudium et spes! Ks. Jacek
Czwartek 21 Tygodnia zwykłego, rok II,
Wspomnienie Świętej Moniki,
27 sierpnia 2026.,
do czytań: 1 Kor 1,1–9; Mt 24,42–51
CZYTANIE Z PIERWSZEGO LISTU ŚWIĘTEGO PAWŁA APOSTOŁA DO KORYNTIAN:
Paweł, z woli Bożej powołany na apostoła Jezusa Chrystusa, i Sostenes, brat, do Kościoła Bożego w Koryncie, do tych, którzy zostali uświęceni wespół ze wszystkimi, którzy na każdym miejscu wzywają imienia Pana naszego Jezusa Chrystusa, ich i naszego Pana. Łaska wam i pokój od Boga Ojca naszego i od Pana Jezusa Chrystusa.
Bogu mojemu dziękuję wciąż za was, za łaskę daną wam w Chrystusie Jezusie. W Nim to bowiem zostaliście wzbogaceni we wszystko: we wszelkie słowo i wszelkie poznanie, bo świadectwo Chrystusowe utrwaliło się w was, tak iż nie brakuje wam żadnego daru łaski, oczekując objawienia się Pana naszego Jezusa Chrystusa. On też będzie umacniał was aż do końca, abyście byli bez zarzutu w dzień Pana naszego Jezusa Chrystusa. Wierny jest Bóg, który powołał nas do wspólnoty z Synem swoim Jezusem Chrystusem, Panem naszym.
SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO MATEUSZA:
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie. A to rozumiejcie: Gdyby gospodarz wiedział, o której porze nocy złodziej ma przyjść, na pewno by czuwał i nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Dlatego i wy bądźcie gotowi, bo w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie.
Któż jest tym sługą wiernym i roztropnym, którego pan ustanowił nad swoją służbą, żeby na czas rozdał jej żywność? Szczęśliwy ów sługa, którego pan, gdy wróci, zastanie przy tej czynności. Zaprawdę, powiadam wam: Postawi go nad całym swoim mieniem.
Lecz jeśli taki zły sługa powie sobie w duszy: «Mój pan się ociąga», i zacznie bić swoje współsługi, i będzie jadł i pił z pijakami, to nadejdzie pan tego sługi w dniu, kiedy się nie spodziewa, i o godzinie, której nie zna. Każe go ćwiartować i z obłudnikami wyznaczy mu miejsce. Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów”.
Dzisiejsze pierwsze czytanie – to pierwsze słowa Pierwszego Listu Pawła Apostoła do Koryntian. Jak za każdym razem, gdy mamy do czynienia z początkiem Listu Pawłowego, odczytujemy dość uroczystą formułę, w której Paweł przedstawia się jako Apostoł Jezusa, przez Niego powołany i wezwany, aby kierował słowa pasterskiego pouczenia do członków Kościoła. Dzisiaj także zostaje przedstawiony Sostenes.
Ta formuła ma jasno uświadomić czytelnikom, że Paweł jest naprawdę upoważniony do tego, aby kierować słowa niekiedy faktycznie trudne – bo i takowych w jego Listach nie brakuje. Nie pisze on bowiem w swoim własnym imieniu, nie uprawia jakiejś prywaty, ale działa na wyraźne polecenie Jezusa i – co bardzo ważne – w Jego imieniu.
Po czym słyszymy słowa przepięknego podziękowania Bogu za wiarę adresatów. Padają – między innymi – takie stwierdzenia: Bogu mojemu dziękuję wciąż za was, za łaskę daną wam w Chrystusie Jezusie. W Nim to bowiem zostaliście wzbogaceni we wszystko: we wszelkie słowo i wszelkie poznanie, bo świadectwo Chrystusowe utrwaliło się w was, tak iż nie brakuje wam żadnego daru łaski, oczekując objawienia się Pana naszego Jezusa Chrystusa.
Po czym z kolei słyszymy kolejne wypowiedzi o tym, że to sam Bóg wezwał ich do tej wiary. I to On nadal będzie ich umacniał. Co jednak nie zmienia faktu, że ich obowiązkiem jest tę wiarę rozwijać i w to dzieło się zaangażowań. Z tonu jednak wypowiedzi Apostoła wynika, że adresaci już tak postępują. Co znowu nie oznacza, że nie ma żadnych problemów. Problemy – owszem – są. Jest o nich mowa w dalszej części Listu. Zresztą, gdyby żadnych nie było, to i ten List, ani żaden inny, nie powstałby, bo to właśnie w celu zaradzenia takim czy innym komplikacjom w życiu kościelnej Wspólnoty – służyły poszczególne Listy.
Dzisiaj jednak słyszymy wyłącznie słowa podziękowania i wskazania na działanie Boga w sercach ludzkich. To z pewnością bardzo mądra taktyka Apostoła, który chcąc przejść do spraw trudnych, a może nawet bardzo trudnych, najpierw zaczyna od dostrzeżenia tego, co dobre. To – powiedzmy sobie – bardzo uczciwe postawienie sprawy. Bo przecież nigdy nie jest tak, że ten drugi człowiek jest tylko i wyłącznie zły, dlatego trzeba go ciągle rugać i czepiać się o wszystko, a on i tak nigdy nie sprosta tym naszym wygórowanym oczekiwaniom. Nigdy jednak nie jest i tak, że ktoś jest chodzącym ideałem, który zawsze wszystko czyni dobrze, więc można go tylko chwalić i chwalić, i na rękach nosić.
Zdaje się w taką pułapkę zachwytu nad samym sobą popadł ów drugi sługa z dzisiejszej Ewangelii. Bo uwierzył w swoje „pięć minut – w to, że teraz to „on tu rządzi” – więc teraz to on pokaże… kto tu rządzi. Jak słyszymy, ta postawa miała go kosztować bardzo wiele – w przeciwieństwie do postawy sługi wiernego i roztropnego, którego pan zastał przy spełnianiu zadania, które mu zlecił. Czego zabrakło temu drugiemu?
Poza wszystkim innym – zdrowego rozsądku, trzeźwego myślenia, racjonalnego spojrzenia na sytuację. A więc tego, czego uczy nas dzisiaj Święty Paweł, który mocno podkreśla, że choć jest upoważniony do udzielania swoim uczniom pouczeń i wskazań, to jednak nie ma nad nimi władzy absolutnej. Oni nie są jego własnością. Nie może sobie ich kosztem – by się posłużyć obrazem z dzisiejszej Ewangelii – budować swego prestiżu i swojej pozycji, traktując innych z góry czy «jeść i pić z pijakami».
Paweł daje nam zatem przykład owego racjonalnego spojrzenia i uczciwego podejścia do całej swojej posługi – i do tych, którzy zostali powierzeni jego pieczy. Okazał się więc sługą wiernym i roztropnym – zgodnie z obrazem, ukazanym w dzisiejszej przypowieści Jezusa.
Nam także Pan powierza odpowiedzialność za innych: za ich życie doczesne i wieczne. W różny sposób, na różnych płaszczyznach, w różnych kontekstach. Ktoś kiedyś bardzo mądrze stwierdził, że na świecie nie ma ani jednego człowieka, który by nie był odpowiedzialny chociażby za jakiegoś jednego, konkretnego człowieka. Bo nawet jeżeli nie jest to związane z jakąś funkcją czy urzędem – jak chociażby w przypadku Pawła – to już więzy rodzinne nakładają na nas obowiązek wzajemnej odpowiedzialności za swoje dobro doczesne i materialne, ale o wiele bardziej: dobro duchowe. Wynika to wprost z faktu przyjęcia przez nas Sakramentu Chrztu Świętego.
Obyśmy nigdy nie zapominali o tej odpowiedzialności – ale też: byśmy zawsze szukali sposobu wywiązania się z niej w stopniu jak najlepszym. O to się dla siebie módlmy, ale też pomagajmy sobie nawzajem – choćby dobrym przykładem, a może i jakimś słowem zachęty czy upomnienia. Bo to na tym właśnie polega owa odpowiedzialność za siebie nawzajem. To w ten sposób należycie wypełnimy wezwanie Jezusa z dzisiejszej Ewangelii: Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie. A to rozumiejcie: Gdyby gospodarz wiedział, o której porze nocy złodziej ma przyjść, na pewno by czuwał i nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Dlatego i wy bądźcie gotowi, bo w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie.
Jeżeli zaś chcielibyśmy jakiegoś konkretnego przykładu pięknie zrealizowanej odpowiedzialności za zbawienie drugiego człowieka, to z pewnością jest nim ten, jaki daje Patronka dnia dzisiejszego – zabiegająca wszelkimi możliwymi sposobami, począwszy od modlitwy – o nawrócenie swojego syna. Co się ostatecznie dokonało. Mówimy oczywiście o Świętej Monice.
Urodziła się ona około 332 roku w Tagaście, w północnej Afryce, w głęboko chrześcijańskiej rodzinie rzymskiej. Jako młodą dziewczynę wydano ją za pogańskiego urzędnika, członka miejscowej rady miejskiej. Małżeństwo to jednak nie było dobrane. Mąż miał charakter niezrównoważony i popędliwy. Monika jednak swoją dobrocią, łagodnością i troską umiała pozyskać jego serce, a nawet doprowadziła go do przyjęcia Chrztu.
Gdy urodził się ich syn Augustyn, Monika miała dwadzieścia dwa lata. Po nim miała jeszcze syna i córkę. W 371 roku zmarł mąż Moniki, gdy miała ona trzydzieści dziewięć lat. I wtedy to zaczął się dla niej – trwający szesnaście lat – czas niepokoju i cierpień. A ich przyczyną był Augustyn. Zaczął on bowiem naśladować ojca i żyć bardzo swobodnie. Poznał jakąś dziewczynę i miał z nią dziecko – pomimo, że żyli bez ślubu. Nadto uwikłał się w błędy manicheizmu.
Zbolała matka nie opuszczała syna, ale szła za nim wszędzie, modlitwą i płaczem błagając Boga o jego nawrócenie. Kiedy Augustyn udał się do Kartaginy dla objęcia w tym mieście katedry wymowy, matka poszła za nim. Kiedy potajemnie udał się do Rzymu, a potem do Mediolanu, by się zetknąć z najwybitniejszymi mówcami swojej epoki, Monika też była przy nim.
I oto w 387 roku, Augustyn – pod wpływem kazań Świętego Ambrożego, głoszonych w Mediolanie – przyjął Chrzest i rozpoczął zupełnie nowe życie. Szczęśliwa matka spełniła misję swojego życia. Mogła już odejść po nagrodę do Pana. Kiedy wybierała się do rodzinnej Tagasty, zachorowała na febrę i po kilku dniach zmarła w Ostii, w 387 roku. Dokładnej daty śmierci nie znamy.
Natomiast w swoich „Wyznaniach” Augustyn, jej syn, późniejszy Święty, opowiadając o odejściu swej Matki z tego świata, wyraził jej swoją bezgraniczną wdzięczność, w takich – między innymi – słowach:
„Gdy zbliżał się dzień, w którym miała odejść z tego świata, dzień, który Ty znałeś, my zaś nie znaliśmy, zdarzyło się – jak sądzę – dzięki niezbadanym Twym wyrokom, że znajdowaliśmy się razem, wsparci o okno wychodzące na ogród domu, w którym zamieszkaliśmy. Było to blisko Ostii, gdzie z dala od zgiełku, po trudach długiej drogi, nabieraliśmy sił do podróży morskiej.
Rozmawialiśmy ze sobą z ogromną serdecznością i zapominając o tym, co przeszłe, i kierując się ku przyszłości, zastanawialiśmy się w świetle Prawdy, którą Ty jesteś, na czym polega życie Świętych – to życie, którego oko nie widziało ani ucho nie słyszało, ani w serce człowieka nie wstąpiło. Chłonęliśmy sercem niebiańskie strumienie wypływające z Twojego źródła, ze źródła życia, które jest w Tobie.
Mówiłem o tych sprawach, chociaż nie w ten sposób i nie tymi dokładnie słowami, ale, o Panie, Ty wiesz, że w owym dniu, gdy tak rozmawialiśmy, a w miarę wypowiadanych słów świat wraz ze wszystkimi przyjemnościami tracił dla nas znaczenie, powiedziała: «Mój synu, co do mnie, to żadna rzecz nie cieszy mnie na tym świecie. Co tu jeszcze czynię i po co jestem, nie wiem. Niczego już nie spodziewam się na tym świecie. To jedno zatrzymywało mnie dotąd, że chciałam, zanim umrę, widzieć cię chrześcijaninem katolikiem. Bóg szczodrzej mnie obdarował, bo zobaczyłam, że wzgardziwszy powabami świata, stałeś się Jego sługą. Na cóż więc jestem jeszcze tutaj?»
Nie przypominam sobie dokładnie, co jej odpowiedziałem. Tymczasem po pięciu dniach, albo może trochę więcej, leżała w gorączce. Kiedy chorowała, zdarzyło się któregoś dnia, że straciła przytomność i nie rozpoznawała obecnych. Przybiegliśmy, ale szybko odzyskała świadomość, popatrzyła na stojącego obok brata i mnie i powiedziała do nas, jakby zapytując: «Gdzie byłam?»
Potem spoglądając na nas zasmuconych, powiedziała: «Tutaj pochowacie swoją matkę». W milczeniu powstrzymywałem łzy. Mój brat powiedział parę słów, wyrażając pragnienie, aby nie umarła na obczyźnie, ale wśród swoich. Usłyszawszy to, zaniepokoiła się, i karcąc wzrokiem za takie myśli powiedziała, patrząc na mnie: «Posłuchaj, co mówi». A potem do nas obydwóch: «Ciało złóżcie gdziekolwiek – tym się nie kłopoczcie! O jedno tylko proszę, abyście wszędzie, gdzie będziecie, pamiętali o mnie przy ołtarzu Pańskim». Wymówiwszy z trudem te słowa, zamilkła. Choroba zaś postępowała wzmagając cierpienia.” Tyle z księgi „Wyznań” Świętego Augustyna.
Wpatrzeni w przykład postawy Świętej Moniki i jej niezłomną wiarę, oraz zasłuchani w Boże słowo dzisiejszej liturgii, zapytajmy samych siebie, jak realizujemy na co dzień – wypływającą z faktu Chrztu Świętego, ale też z miłości do drugiego człowieka i troski o niego – odpowiedzialność za jego dobro, przede wszystkim: wieczne?…
