Szczęść Boże! Drodzy moi, bardzo serdecznie pozdrawiam Was z Siedlec, gdzie dzisiaj, o 11:00, odbędzie się Msza Święta w intencji siedleckiej Wspólnoty Duszpasterstwa Niewidomych i Niedowidzących, potem zaś – spotkanie opłatkowe na salce. Bardzo dziękuję Szefowej tej Wspólnoty, nieocenionej Pani Ani Gębce, za inicjatywę i zorganizowanie.
Około 15:00 wyjadę do Lublina, gdzie o 18:00 – po raz kolejny – będę celebrował Mszę Świętą w Parafii Jana Kantego. Gdyby ktoś chciał się ze mną połączyć sercem i modlitwą, to zapraszam:
https://www.youtube.com/c/Parafia%C5%9BwJanaKantegowLublinie/streams
A teraz już zapraszam do pochylenia się nad Bożym słowem dzisiejszej liturgii. Oto słówko Księdza Marka na dziś:
https://www.youtube.com/c/CatholicSurgut
Zatem, co konkretnie mówi do mnie Pan? Z jakim przesłaniem się zwraca do mnie osobiście? Duchu Święty, tchnij!
Niech Was błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec + i Syn, i Duch Święty. Amen
Gaudium et spes! Ks. Jacek
Sobota 1 Tygodnia zwykłego, rok II,
Wspomnienie Św. Antoniego, Opata,
17 stycznia 2026.,
do czytań: 1 Sm 9,1–4.17–19;10,1a; Mk 2,13–17
CZYTANIE Z PIERWSZEJ KSIĘGI SAMUELA:
Był pewien dzielny wojownik z rodu Beniamina, a na imię mu było Kisz, syn Abiela, syna Serora, syna Bekorata, syna Afijacha, syna Beniamina. Miał on syna imieniem Saul, wysokiego i dorodnego, a nie było od niego piękniejszego człowieka wśród synów izraelskich. Wzrostem o głowę przewyższał cały lud.
Gdy zaginęły oślice Kisza, ojca Saula, rzekł Kisz do swego syna, Saula: „Weź z sobą jednego z chłopców i udaj się na poszukiwanie oślic”. Przeszli więc przez górę Efraima, przeszli przez ziemię Szalisza, lecz ich nie znaleźli. Powędrowali przez krainę Szaalim, też ich nie było. Poszli do ziemi Jemini i również nie znaleźli.
Kiedy Samuel spostrzegł Saula, odezwał się do niego Pan: „Oto ten człowiek, o którym ci mówiłem, ten, który ma rządzić moim ludem”.
Saul zbliżył się tymczasem do Samuela w bramie i rzekł: „Wskaż mi, proszę cię, gdzie jest dom Widzącego”. Samuel odparł Saulowi: „To ja jestem Widzący. Chodź ze mną na wyżynę! Dziś jeść będziecie ze mną, a jutro pozwolę ci odejść, powiem ci też wszystko, co jest w twym sercu”.
Samuel wziął wtedy naczyńko z olejem i wylał go na jego głowę, ucałował i rzekł: „Zaprawdę Pan namaścił cię na wodza swego ludu, Izraela”.
SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO MARKA:
Jezus wyszedł znowu nad jezioro. Cały lud przychodził do Niego, a On go nauczał. A przechodząc ujrzał Lewiego, syna Alfeusza, siedzącego w komorze celnej, i rzekł do niego: „Pójdź za Mną”. On wstał i poszedł za Nim.
Gdy Jezus siedział w jego domu przy stole, wielu celników i grzeszników siedziało razem z Jezusem i Jego uczniami. Było bowiem wielu, którzy szli za Nim. Niektórzy uczeni w Piśmie spośród faryzeuszów widząc, że je z grzesznikami i celnikami, mówili do Jego uczniów: „Czemu On je i pije z celnikami i grzesznikami?”
Jezus usłyszał to i rzekł do nich: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników”.
To, co dzisiaj jakoś tak szczególnie zwraca uwagę w czytaniach, których wysłuchaliśmy, to niesamowita ufność, pokładana przez Boga w człowieku. Powiedzielibyśmy – mierząc tak tylko ludzkimi kategoriami – że jest to ufność wręcz naiwna.
Bo oto słyszymy w pierwszym czytaniu historię powołania Saula na króla nad Izraelem. Przypomnijmy sobie wczorajsze pierwsze czytanie i ten upór Izraelitów, aby mieć nad sobą króla – tak, jak mają inne narody – a nie pozostać jedynie pod opieką samego Boga. Choć to żądanie wyraźnie sprzeciwiało się Bożym zamysłom, to jednak zauważmy, że Bóg zgodził się spełnić oczekiwanie swego ludu i nie obraził się na niego, a wręcz okazał kolejny znak swojej miłości, jakim było powołanie właśnie przez Niego – przez samego Boga, za pośrednictwem Proroka – owego króla. Tego, którego w danym momencie uważał za najlepszego.
Zresztą, słyszymy dzisiaj słowa niezwykłej pochwały pod adresem Saula. Autor biblijny przedstawia go bowiem jako człowieka wysokiego i dorodnego – dodając, że nie było od niego piękniejszego człowieka wśród synów izraelskich. Wzrostem o głowę przewyższał cały lud.
Zatem, ów gest powołania króla jest znakiem naprawdę wielkiej miłości i zaufania Boga do swego narodu, że skoro już uparli się przy tym, żeby mieć króla, to jednak nie oznacza, że chcą sprzeciwić się samemu Bogu, dlatego przyjmą tegoż króla, które On sam im pośle. Jest też ten wybór znakiem wielkiego zaufania Boga do samego Saula. I chociaż w swojej bezgranicznej wszechwiedzy Bóg doskonale zdawał sobie sprawę, jak potoczy się przyszłość i jak będzie postępował Saul już jako król – że sprzeniewierzy się owemu zaufaniu i ostatecznie od Boga się odwróci – to jednak dał mu szansę i to zaufanie okazał. Dokładnie tak: wiedząc, że ten się od Boga odwróci, że pójdzie drogami grzechu i buntu, to jednak zaufał mu i powierzył tak zaszczytny urząd.
Czyż nie przypomina nam się w tej chwili fakt powołania przez Jezusa – obok jedenastu innych Apostołów – także Judasza Iskarioty? A przecież Jezus również doskonale wiedział, jak będzie postępował ów uczeń: że będzie z kasy wspólnej wykradał, że będzie gdzieś tam swoimi drogami chadzał, a ostatecznie całkowicie zdradzi swego Mistrza i zakończy swe marne życie na stryczku. Pomimo tego wszystkiego – Jezus mu zaufał. Powierzył mu tak zaszczytny urząd, jak urząd apostolski – i to w tym wyjątkowym Gronie Dwunastu, ze wszech miar szczególnym i elitarnym, jedynym takim w historii zbawienia.
I możemy tylko zapytać: Co zmotywowało Boga, aby wybrać właśnie Saula i zaufać mu, skoro dobrze wiedział, co ten w przyszłości zrobi i jak zmarnuje to powołanie i to zaufanie, jakie zostało w nim położone? A co zmotywowało Jezusa, żeby tak marnego – od strony duchowej i osobowościowej – człowieka, jak Judasz, powołać do tak elitarnego i wyjątkowego Grona, chociaż dobrze wiedział, jak on się temu sprzeniewierzy?
Zapewne jest to ten sam zamysł i ta motywacja, która skłoniła Jezusa do tego, by kiedy ujrzał Lewiego, syna Alfeusza, siedzącego w komorze celnej, rzec do niego: „Pójdź za Mną”. Jak słyszymy, on wstał i poszedł za Nim. I słyszymy dalej, że gdy Jezus siedział w jego domu przy stole, wielu celników i grzeszników siedziało razem z Jezusem i Jego uczniami. Było bowiem wielu, którzy szli za Nim. Niektórzy uczeni w Piśmie spośród faryzeuszów widząc, że je z grzesznikami i celnikami, mówili do Jego uczniów: „Czemu On je i pije z celnikami i grzesznikami?” Jezus usłyszał to i rzekł do nich: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników”.
Zobaczmy, jak Jezusowi bardzo zależy na człowieku! Na każdym człowieku! Mówiliśmy sobie, że kiedyś wcześniej zaufał temu, o którym wiedział, że Go zdradzi. A oto w Ewangelii słyszymy, że zaufał tym, o których już było wiadomo, co zrobili, jak żyli, jak postępowali – jak źle postępowali, jak żyli w grzechu: w oszustwie i złodziejstwie, jak traktowali ludzi! I pomimo tego wszystkiego – Jezus im zaufał!
Jak się okazało – przynajmniej w przypadku Lewiego, czyli Mateusza – przyniosło to korzyść całemu Kościołowi. Bo zyskaliśmy Ewangelistę, świadka Jezusa, głosiciela Jego nauki. Jak owo zaufanie wykorzystali pozostali, a więc całe to szemrane towarzystwo, które z Jezusem zasiadło dzisiaj do stołu, tego nie wiemy. Nie mamy tego zapisanego w Ewangelii ani w żadnej innej Księdze Pisma Świętego, możemy się tylko domyślać… Czego?
A choćby tego, że jednak duża część skorzystała z tej szansy, jaką otrzymali od Boga, w Osobie Jezusa Chrystusa. Większość – a może i wszyscy?… Byłoby wspaniale, gdyby tak było. Ale tego nie wiemy, nie możemy być tego pewni. Jedyne, czego możemy być pewni, to miłość Boga do nas i ufność, jaką w nas pokłada. On nigdy nie przestanie w nas wierzyć, nigdy nie przestanie nam ufać, nigdy nie przestanie dawać nam szansy, nigdy nie przestanie powierzać nam ważnych zadań, nigdy nie przestanie zapraszać nas do bliskości ze sobą i współpracy ze sobą, nigdy nie przestanie nas po prostu kochać.
Chociaż dobrze wie, że nieraz Go zawiedziemy, nieraz – niestety – odwrócimy się od Niego… On to wie – i my też to wiemy, prawda?… Mamy tego świadomość, ale Panu naszemu to nie przeszkadza w okazywaniu nam łaski, miłosierdzia, zaufania… Niech ta świadomość skłoni to nas do tego, byśmy Jemu nasze zaufanie okazywali. Zawsze i całym sercem. Pomimo i tej świadomości, że nie zawsze temu zaufaniu sprostamy, nie zawsze będziemy wierni złożonym obietnicom i zapewnieniom…
Ważne jest jednak, byśmy starali się o nie i chcieli szczerze zaufać. Byśmy włożyli w to nasz wysiłek! A kiedy nawet zdarzy się potknięcie czy pobłądzenie – byśmy zaraz wracali! Tak, zaraz do Boga wracali – w Sakramencie Pokuty i w naszych dobrych postanowieniach – i odnawiali nasze zaufanie do Jezusa.
Ale też – byśmy się nie bali zaufać drugiemu człowiekowi! I także nie zarażali się tym, że nas zawiedzie. Przecież skoro Jezus nie zraża się tym, że my Go zawodzimy, tylko ufa nam – i to nie zmieni się do ostatniej chwili naszego życia na tej ziemi – to i my nie możemy się zrażać słabością innych ludzi. Owszem, to nie oznacza, byśmy dali sobie wejść na głowę i w jakiś rażący sposób wykorzystywać komuś, kto będzie żerował tylko na naszej dobroci i życzliwości, wykorzystując ją w sposób cyniczny. To nie o to chodzi. O co zatem?
O dawanie szansy – o ciągłe dawanie szansy drugiemu człowiekowi! Zwłaszcza, kiedy zobaczymy chociaż odrobinę dobrej woli z jego strony, a to, że nie zawsze stanie na wysokości zadania, będzie wynikało nie z jego cynizmu, ale ze zwykłej ludzkiej słabości. Wtedy naprawdę możemy spokojnie zaufać i dawać szansę temu drugiemu – praktycznie bez końca.
Nie bójmy się, że na tym stracimy, że na głupich wyjdziemy, że będziemy mieli poczucie przegranej, że inni lepiej wychodzą na tym, że na ludzi patrzą z góry i nikomu nie ufają… Nie gódźmy się na taki styl. Zaufajmy drugiemu człowiekowi! Kiedyś nam za to podziękuje. A jeżeli nawet nie podziękuje, to Pan na pewno – podziękuje i wynagrodzi! Bo doceni to, żeśmy się okazali godni zaufania, jakie w nas położył.
Tak, jak godnym zaufania, jakie w nim Pan położył, okazał się Patron dnia dzisiejszego, Święty Antoni, Opat.
Urodził się w Środkowym Egipcie w 251 roku. Miał zamożnych i religijnych rodziców, których jednak wcześnie stracił – kiedy miał lat dwadzieścia. Po ich śmierci, kierując się wskazaniem Ewangelii, sprzedał ojcowiznę, a pieniądze rozdał ubogim. Młodszą siostrę oddał pod opiekę szlachetnym paniom, zabezpieczając jej byt materialny. Sam zaś udał się na pustynię w pobliżu rodzinnego miasta. Tam oddał się pracy fizycznej, modlitwie i uczynkom pokutnym. Podjął życie pełne umartwienia i milczenia.
Nagła zmiana trybu życia kosztowała go wiele wyrzeczeń, a nawet trudu. Musiał znosić jawne ataki ze strony szatana, który go nękał, pokazując mu się w różnych postaciach. Doznawał wtedy umacniających go wizji nadprzyrodzonych.
Początkowo Antoni mieszkał w grocie. Około 275 roku przeniósł się jednak na Pustynię Libijską. Dziesięć lat później osiadł w ruinach opuszczonej fortecy Pispir na prawym brzegu Nilu. Miał dar widzenia rzeczy przyszłych. Słynął ze świętości i mądrości.
Jego postawa znalazła wielu naśladowców. Sława i cuda sprawiły, że zaczęli ściągać uczniowie, pragnący poddać się jego duchowemu kierownictwu. Początkowo nie zgadzał się na to, jednak po wielu sprzeciwach zdecydował się ich przyjąć i odtąd oaza Farium na pustyni zaczęła zapełniać się rozrzuconymi wokół celami eremitów. Niektórzy uważają, że mogło ich być około sześciu tysięcy!
W 311 roku Antoni gościł w Aleksandrii, wspierając duchowo chrześcijan, prześladowanych przez cesarza Maksymiana. Tam również z wielkim zaangażowaniem bronił czystości wiary w obliczu tego, że w roku 318 wystąpił – tam właśnie – z błędną nauką kapłan Ariusz, znajdując dla swych teorii wielu zwolenników. Jednym z nich był nawet cesarz. I to w odpowiedzi na te błędy, Antoni podjął żarliwą obronę czystości wiary wśród swoich uczniów.
Cieszył się przy tym wielkim poważaniem. Korespondował – między innymi – z cesarzem Konstantynem Wielkim i jego synami. Zachowane listy Antoniego do mnichów zawierają głównie jego nauki moralne: szczególny nacisk kładzie on w nich na poszukiwanie indywidualnej drogi do doskonałości, wsparte lekturą Pisma Świętego.
Według podania, Święty Antoni zmarł 17 stycznia 356 roku, w wieku stu sześciu lat. Jego życie było przykładem dla wielu nie tylko w Egipcie, ale i w innych stronach chrześcijańskiego świata, a jego kult rychło rozprzestrzenił się na całym Wschodzie i w całym Kościele.
W „Żywocie Świętego Antoniego”, napisanym przez Świętego Atanazego, biskupa, czytamy między innymi takie słowa:
„Po śmierci rodziców Antoni pozostał sam wraz ze swoją młodszą siostrą. Mając wtedy osiemnaście czy dwadzieścia lat, zajmował się domem i opiekował siostrą. Gdy nie minęło jeszcze sześć miesięcy od śmierci rodziców, szedł zgodnie ze zwyczajem do kościoła, zatopiony w rozmyślaniu. Rozważał, dlaczego Apostołowie, opuściwszy wszystko, poszli za Zbawicielem oraz kim byli ci ludzie, którzy – jak podają Dzieje Apostolskie – sprzedawali swe dobra i składali u stóp Apostołów pieniądze, aby oni rozdawali je potrzebującym.
Zastanawiał się także, jakiego rodzaju i jak wielka nagroda została wyznaczona im w niebie. Tak rozmyślając przybył do świątyni, gdy właśnie odczytywano Ewangelię. Usłyszał słowa, które Pan powiedział do bogatego młodzieńca: Jeśli chcesz być doskonałym, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, potem przyjdź i pójdź za Mną, a będziesz miał skarb w niebie.
Antoniemu zdawało się, jak gdyby sam Bóg przemówił do niego słowami Ewangelii, jakby czytanie to przeznaczone było dla niego. Wyszedł natychmiast z kościoła i rozdał mieszkańcom wioski odziedziczoną po rodzicach ziemię, aby odtąd nie była dla niego i jego siostry ciężarem. Sprzedał także wszelkie inne dobra, a pieniądze rozdał ubogim. Tylko niewielką ich część zachował ze względu na siostrę.
Przyszedłszy znowu do kościoła, usłyszał słowa Pana z Ewangelii: Nie troszczcie się o jutro. Nie mogąc ich słuchać obojętnie, natychmiast wyszedł i pozostałą część rozdał ubogim. Siostrę oddał na wychowanie i naukę znanym z prawości dziewicom. Sam zaś poświęcił się praktykowaniu życia ascetycznego, mieszkając w pobliżu swego domu.
W ciągłym czuwaniu nad sobą prowadził życie pełne wyrzeczeń. Pracował własnymi rękoma, ponieważ usłyszał: Kto nie chce pracować, niech też nie je. Otrzymaną w ten sposób zapłatę przeznaczał na swoje utrzymanie i na potrzebujących. Modlił się nieustannie, albowiem dowiedział się, że „zawsze należy się modlić”. Czytał tak uważnie, że nic nie uchodziło jego uwagi, ale przeciwnie, zapamiętywał wszystko. Z czasem pamięć mogła zastąpić mu księgi. Wszyscy mieszkańcy wioski oraz pobożni ludzie, z którymi często się spotykał, widząc jego sposób życia, nazywali go przyjacielem Boga – jedni miłowali go jak syna, inni jak brata.” Tyle z „Żywota” Świętego Antoniego, Opata.
Wpatrzeni w jego piękną postawę, a jednocześnie wsłuchani w Boże słowo dzisiejszej liturgii, raz jeszcze pomyślmy o tym i zapytajmy raz jeszcze o nasze zaufanie do Jezusa – i do drugiego człowieka. Czy staramy się być godni Jezusowego zaufania do nas – i odpowiadać naszym szczerym zaufaniem? Tak, zaufaniem – pomimo wszystko?…
