PORADNIK WIELKOPOSTNY

P

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Kochani, prosiliście mnie w niektórych wpisach o katechezy na temat poszczególnych Sakramentów. A ja obiecywałem, że to zrobię. 
    Proponuję zatem dzisiaj omówienie pięciu warunków Sakramentu Pokuty. Zaznaczam, że to już było na blogu, bo jest to treść Rekolekcji wielkopostnych, jakie przed rokiem prowadziłem w podwarszawskim Międzylesiu. Oczywiście, to nie są całe ówczesne kazania, tylko te treści, które dotyczą samych wspomnianych warunków Sakramentu… Dokonałem też pewnych koniecznych zabiegów redakcyjnych, a dzisiaj zachęcam do spojrzenia raz jeszcze na ten ważny problem w całości. I proszę, mówcie o tym ludziom, bo problem dobrego przeżywania Spowiedzi dzisiaj wydaje się być bardzo poważnym!
   Na dobre przeżywanie Niedzieli – już trzeciej – Wielkiego Postu i na jak najgłębsze przeżywanie każdej Spowiedzi, z kapłańskiego serca Wam błogosławię: Niech Was błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec + i Syn, i Duch Święty. Amen
            Gaudium et spes!  Ks. Jacek

WARUNKI
SAKRAMENTU POKUTY
RACHUNEK
SUMIENIA
Jest on wyrazem i sposobem naszego stanięcia w
prawdzie przed Bogiem i drogą do uświadomienia sobie całej prawdy o sobie.

Szatan różnymi sposobami próbuje ją zakamuflować, zakryć ją przed naszymi
własnymi oczami. My jednak nie możemy mu na to pozwolić. Dlatego trzeba, żebyśmy
starali się często – nawet codziennie –
czynić chociaż krótki rachunek sumienia. Nawet codziennie!
To nie żadna
przesada. To autentyczna droga do uświadomienia sobie pełnej prawdy o swoim życiu
i postępowaniu.
A już koniecznie – przed każdą Spowiedzią! To jest wręcz obowiązkowe!
Nigdy nie możemy podchodzić do Spowiedzi na zasadzie: „A coś się tam powie…”.
Bo potem faktycznie tak jest: „coś tam”
się mówi
… Nie o to jednak chodzi, żeby „coś tam” powiedzieć, albo żeby po
półrocznej przerwie od ostatniej Spowiedzi dojść do przekonania, że… właściwie
to nie ma się z czego spowiadać – tylko
żeby oczyścić się z grzechu i wejść na drogi Boże. Dlatego koniecznie, przed każdą Spowiedzią, czynimy rachunek sumienia. A w
jaki sposób?
Dobrze jest zawsze posłużyć
się jakąś pomocą, jakimś schematem – nie
bójmy się tego słowa w tym momencie!
– jakimś planem… Zwykle w każdej
książeczce do nabożeństwa znajdziemy propozycję takiego rachunku sumienia, a
więc pytania, na które trzeba odpowiedzieć. Najczęściej są one ułożone według Dekalogu, dziesięciu Bożych
przykazań,
a w ten sposób naprawdę dotykają wszystkich dziedzin naszego życia.
Czasami są one ułożone
według takiego oto planu: moje
odniesienie do Boga, moje odniesienie do całego otaczającego świata, moje
odniesienie do drugiego człowieka – i ostatecznie: moje odniesienie do samego
siebie.
Albo też – ułożone są według schematu mszalnego, wyrażonego słowami:
„zgrzeszyłem myślą, mową, uczynkiem i
zaniedbaniem”
– i tutaj następuje analiza myśli, słów, konkretnych czynów,
ale właśnie: także zaniedbania, z
którego jakoś tak najrzadziej się spowiadamy.
Rachunek sumienia,
przeprowadzony według tychże pytań, pozwoli nam uświadomić sobie pewne rzeczy, z których w ogóle nie
zdawaliśmy sobie sprawy,
kiedy – jak my to określamy – tak „ogólnie”
zastanawiamy się nad sobą. Postawienie konkretnych pytań pomoże nam uświadomić
sobie – nieraz z niemałym zdziwieniem! –
że oto jeszcze tego nie robię właściwie, i tego, i tamtego
… Stąd też bardzo
ważnym jest, aby taki solidny rachunek sumienia przeprowadzić, aby mieć na to
spokojny czas, a zatem nigdy nie wolno
czynić tego w pośpiechu, w biegu, w ciągu pięciu minut przed Spowiedzią
I zawsze należy poprzedzić
go modlitwą do Ducha Świętego o światło,
o właściwe rozeznanie, a przede wszystkim – co jest może najtrudniejsze – o
odwagę uświadomienia sobie, że taki właśnie
jestem,
że tyle to a tyle rzeczy jeszcze
mi nie wychodzi! Ale też
tyle
rzeczy mi wychodzi!
Rachunek sumienia to nie jest tylko uświadamianie sobie
zła! On musi się rozpocząć od uznania dobra
w sobie,
uświadomienia sobie tegoż dobra i podziękowania za nie Bogu!
Ma to być – jak sama nazwa
wskazuje – rachunek, rozrachunek między
dobrem, a złem!
Dlatego nie może prowadzić do tego, że tylko zło w sobie będziemy widzieli, bo to nie jest prawdą, ale też
nie może nas utwierdzić w jakimś
zachwycie nad samym sobą i własną doskonałością,
bo to też nie będzie
prawdą! A w rachunku sumienia nade wszystko właśnie – chodzi o prawdę! O całą prawdę o sobie!
Nie bójmy się tej prawdy! Nie ukrywajmy jej przed swoimi
własnymi oczami!

Nie udawajmy, że jesteśmy inni, niż jesteśmy naprawdę! To w niczym nie pomoże,
a tylko utrudni naszą dalszą pracę nad sobą. Dlatego odkrywajmy pełną prawdę o sobie samych!
Niech nam w tym pomoże
takie spokojne, sumaryczne zapisanie
wyniku naszej refleksji na kartce.
Bardzo bym to polecał, żeby rachunek
sumienia robić z kartką i długopisem w
ręku.
I czy później z tej kartki skorzystamy na Spowiedzi, czy nie – to już
jest mniej ważne. Ale jeżeli ja mam przed oczami wypisane wyniki mojej
refleksji – to już jest jakiś konkret!
To może bardziej nawet przemawiać do mojej wyobraźni…
ŻAL ZA
GRZECHY
Czymże jest ten żal? Niektórzy uważają, że wtedy dobrze i właściwie
żałują za grzechy, kiedy chodzą posępni
i ze spuszczoną głową
przed Spowiedzią i po niej, inni żal za grzechy kojarzą z wylewaniem potoku łez… A tymczasem,
nie o to chodzi!
Owszem, może się zdarzyć,
że ktoś tak głęboko i autentycznie
przeżywa swoje postępowanie,
że szczerze płacze, bo uświadamia sobie, ile
czasu i łaski Bożej zmarnował i jest już zmęczony życiem, jakie prowadził.
Jeżeli zatem ktoś naprawdę i w pełni
szczerze przeżywa tak swoje nawracanie się,
że będzie przy tym płakał, to
jest to piękne świadectwo wielkich
rzeczy,
jakie w jego sercu się dokonują.
Jednakże nie może to nas
prowadzić do wniosku, że jeżeli ktoś nie płacze przy konfesjonale, to nie
żałuje za grzechy! Nie, tak nie możemy myśleć. Bo żal za grzechy to nie jakiś wybuch emocji, to nie szloch i
histeryczne zawodzenie,
czasami rzeczywiście czynione przez niektórych
ludzi na pokaz, dla dowartościowania siebie, albo zwrócenia na siebie uwagi, albo zademonstrowania przed innymi
swojej rzekomo wielkiej pobożności. W tych wszystkich sytuacjach, o których tu
sobie mówimy, najczęściej nie ma żadnego
żalu, a jest tylko jakaś potworna pycha,
która każe człowiekowi wszystko
zrobić, byle tylko być w centrum uwagi i stać się obiektem powszechnego podziwu.
Nie na tym jednak polega
rzeczywisty żal za grzechy. I w ogóle, zechciejmy jakoś tak mocno wziąć sobie
do serca tę prawdę, że wiara, modlitwa,
szeroko rozumiana pobożność – to nie emocje!
Emocje spełniają w tym
wszystkim rolę pomocniczą,
dodatkową, one mogą wzmacniać nasze postanowienia,
nasze działania, mogą je jakoś mocniej wyrażać. Ale wiara, modlitwa, w ogóle –
pobożność jako taka – nie może się
sprowadzać jedynie do emocji! I także żal za grzechy nie może się sprowadzać do
emocji!
Przeto żal za grzechy –
żeby to jeszcze raz mocno i jasno uświadomić sobie – to nie histeryczne
zawodzenie i płacz na pokaz, ale to wewnętrzne,
głęboko w sercu i umyśle podtrzymywane przekonanie, że mi jest źle z grzechem,
który popełniam.
To jest – innymi słowy mówiąc – bardzo świadome,
zdecydowane nieakceptowanie grzechu w
sobie
. To jest bardzo świadome i zdecydowane pragnienie zerwania z grzechem! Zerwania
jednoznacznego i absolutnego!
A zatem – żal za grzechy to
nie jakiś wybuch emocji, ale wynik
refleksji,
to świadoma decyzja mojego umysłu, to jest bardzo mocne przekonanie, że grzech jest zły, że ja go nie chcę, że go
nie akceptuję nawet w najmniejszym wymiarze, że chcę z nim zerwać całkowicie!
Wiemy,
że to wcale nie jest taka prosta sprawa, bo chyba wszyscy musimy sobie jasno tu
powiedzieć, że nam niekiedy z naszymi grzeszkami
– przynajmniej niektórymi – jest niestety dobrze
i jakoś tak wcale do końca
nie chcemy z nimi zrywać… Niby mówimy, że chcemy, ale tam głęboko w sercu
ukrywa się takie przeświadczenie, że jeżeli nadarzy się okazja, to aż tak
bardzo nie będziemy się bronić…
Tymczasem jednak żal za
grzechy zakłada całkowite zerwanie z
każdym złem, z każdym grzechem i – uwaga! – z przywiązaniem do jakiegokolwiek,
nawet najmniejszego grzechu!
Jest to więc w o wiele większym stopniu świadomie, na trzeźwo i wręcz na chłodno
podjęta decyzja,
że już nie chcę grzeszyć, niż jakieś emocjonalne
manifestacje.
Tak na marginesie, warto
przypomnieć katechizmową prawdę, że żal
za grzechy dzielimy na doskonały i niedoskonały (albo lepiej: mniej doskonały),
a kryterium rozróżnienia stanowi motyw, dla którego żałujemy za zło.
Jeżeli
żałujemy z miłości do Boga – miłości, na którą odpowiedzieliśmy taką
niewdzięcznością i taką niewłaściwą postawą – to mamy do czynienia z żalem doskonałym. Jest to bowiem bardzo wysoka motywacja, dla której chcemy
zerwać ze złem. Jeżeli natomiast żałujemy
jedynie ze strachu przed karą Bożą,
która spotka nas, gdybyśmy nie żałowali
– wtedy mamy do czynienia z niższą
motywacją
i żalem mniej doskonałym.
Przypomnę w tym momencie,
że akt żalu doskonałego, a więc tego
podjętego z wyższej motywacji, w
przypadku obiektywnej niemożliwości przystąpienia do Sakramentu Pokuty w niebezpieczeństwie
śmierci – zastępuje ten Sakrament i gładzi nasze grzechy.
Naturalnie, po
ustaniu niebezpieczeństwa śmierci, trzeba jednak do Spowiedzi przystąpić, ale w
takiej sytuacji ekstremalnej należy z możliwości tej skorzystać.
Z właściwie pojmowanego
żalu za grzechy musi, podkreślam: musi
wynikać – jako jego prosta konsekwencja – mocne postanowienie poprawy.
MOCNE
POSTANOWIENIE POPRAWY
Zawsze starajmy się o to, aby było ono konkretne, bo tylko wtedy
będzie ono prawdziwe i tylko wtedy uda się je zrealizować. Nie może się ono
zatem wyrażać w słowach: „będę lepszy”, „poprawię się”, „coś tam w życiu trzeba
by zmienić”… Z takich postanowień nic
nie wynika
i o żadnej poprawie nawet nie ma co myśleć. Podobnie, kiedy chcemy brać się za wszystko naraz,
za wszystkie swoje grzechy i słabości i wszystkie chcieć bardzo intensywnie
pokonywać – też nic z tego nie będzie,
bo jest to działanie ponad nasze siły.
Postanowienie poprawy musi
być konkretne i szczegółowe! Po
Spowiedzi powinniśmy wziąć się do pracy – takiej intensywnej pracy – nad jednym, wybranym grzechem. Oczywiście,
nad innymi sprawami zachowujemy takie ogólne czuwanie, ale intensywnie pracujemy nad jednym grzechem. Powinniśmy wybrać ten
spośród naszych grzechów, który jest źródłem
innych,
albo który jakoś tak szczególnie
dotkliwie ciąży nam na sumieniu,
albo ten, który jakoś tak najbardziej boleśnie wewnętrznie nas
„rozbija”
… Nie bierzmy się zatem za coś mniej istotnego, zostawiając na
święte: „później”, sakramentalne: „kiedyś tam”, rozwiązywanie najcięższych
problemów. Nie! Weźmy się właśnie za ten
grzech najcięższy, najbardziej bolesny, rzutujący na całą naszą postawę – i nad
tym grzechem, nad jego pokonywaniem, cierpliwie pracujmy!
Niekiedy Spowiednicy pod
koniec wyznawania przez penitenta grzechów, pytają, z którego grzechu chce się on szczególnie poprawić. To właśnie o to
chodzi: konkretna poprawa z jednego
grzechu powoduje stopniowe dźwiganie się także z innych.
Natomiast taka
ogólna deklaracja poprawy, bez ukonkretnienia, zwykle kończy się… niczym.
I jeszcze jedna, bardzo
istotna uwaga. Niekiedy ludzie skarżą się przy konfesjonale, że właściwie spowiadają się ciągle z tych samych grzechów,
że ciągle te same słabości jakoś tak powracają.
To prawda, ale myślę, że do
takiego stanu rzeczy to chyba każdy z nas musiałby się przyznać. Bo przecież
już tacy jesteśmy, że z pewnymi sprawami radzimy sobie dobrze, a z innymi gorzej – i z tych drugich zwykle
się spowiadamy.
Natomiast musimy tutaj – zgodnie z pouczeniem Jana Pawła
II, zawartym w adhortacji o Sakramencie Pokuty – bardzo zdecydowanie i jasno
rozróżnić: czym innym jest świadomość,
że dany grzech może mi się znowu przytrafić, a czym innym jest to, że ja go
chcę popełnić!
To jest zasadnicza różnica!
W pierwszym przypadku –
jest to wynik naszego życiowego doświadczenia: uświadamiamy sobie po prostu, że
z tym i owym mamy problem i prawdopodobnie
– niestety! – znowu nam się to przydarzy.
Jednak ta sytuacja wcale nie
przekreśla żalu za grzechy. Wręcz przeciwnie, człowiek mający taką świadomość bardzo często chce się pozbyć tego grzechu,
ale nie od razu mu wychodzi.
Natomiast w drugim przypadku – nie ma żalu za
grzechy ani prawdziwej chęci poprawy!
Dlatego rozróżniajmy obie te sytuacje i nie
załamujmy się
z tego powodu, że nie od razu udaje się nam pokonać zło w
sobie, że ono wraca. Tylko cierpliwą
pracą, wspartą modlitwą, można coś w tych sprawach osiągnąć!
Niecierpliwość
natomiast jest wrogiem wszelkiej naszej pracy duchowej, stanowi za to wielką radość i satysfakcję dla szatana,
któremu zależy na tym, aby nas przekonać do tego, iż nie ma sensu się wysilać,
nie ma sensu dalej się zmagać, że to jest trud bezowocny… Nie uwierzmy nigdy szatanowi w te sugestie i nie rezygnujmy z pracy
duchowej!
Cierpliwy trud, konkretna praca nad sobą, wsparta modlitwą – musi przynieść owoce.
Natomiast brak żalu za grzechy i związanego z nim
postanowienia poprawy,
stwierdzony przy Spowiedzi, stanowi przeszkodę do udzielenia penitentowi
rozgrzeszenia.
A nawet, gdyby wskutek jakiegoś oszustwa rozgrzeszenie
takowe zostało udzielone, będzie ono
nieważne, a Spowiedź – świętokradzka!
SZCZERA
SPOWIEDŹ
Spowiedź Święta jest aktem wyraźnego zawrócenia z drogi błędnej, a
wkroczenia na drogę właściwą.
Jakże zatem ważnym jest, aby była ona potraktowana bardzo poważnie i przeprowadzona
starannie!
Niestety, szczególnie w ostatnim czasie zwraca uwagę pewna „bylejakość” w przygotowaniu się do
Spowiedzi wielu penitentów.
To musi budzić niepokój i jednak mobilizować do
tego, żeby coś tu zmienić, coś tu poprawić. A może lepiej powiedzieć: wrócić do pierwotnej gorliwości. Jak to
zrobić? Trzeba przypomnieć sobie raz jeszcze, jak powinna wyglądać dobra Spowiedź.
Tak zatem, przed rozpoczęciem
Spowiedzi – zakładamy, że należyty rachunek sumienia został już zrobiony –
powinniśmy w skupieniu przez chwilę
pomodlić się o światło Ducha Świętego,
tak bardzo potrzebne do dobrej
Spowiedzi, oraz w intencji Spowiednika,
który będzie nas wysłuchiwał i rozgrzeszał.
Po tej modlitwie
podchodzimy do konfesjonału, czyniąc
Znak Krzyża.
Ale – uwaga! Czynimy go starannie, dokładnie wykonując gest z tym związany i wypowiadając – przynajmniej
w myślach – słowa: „W imię Ojca i Syna,
i Ducha Świętego. Amen”.
Zresztą, nie tylko przy Spowiedzi, ale przy każdej okazji postarajmy się, żeby
ten święty znak właśnie tak starannie był wykonywany, ponieważ to, co czasami
nawet w naszych kościołach widzimy, a więc jakieś
bliżej nie określone i trudne do zidentyfikowania figury geometryczne i
magiczne,
czynione ręką na wysokości oczu i piersi, mogą nasuwać przeróżne skojarzenia, ale w
najmniejszym stopniu – ze Znakiem Krzyża!
Dlatego uczyńmy go przed
konfesjonałem starannie, a następnie wypowiedzmy wyraźnie słowa chrześcijańskiego pozdrowienia: „Niech będzie pochwalony Jezus
Chrystus!”,
na które też pozwólmy kapłanowi odpowiedzieć. I tutaj znowu
wielka prośba, abyśmy zawsze w takiej
pełnej formie pozdrowienie to wypowiadali,
wszak chwalimy samego Pana
Jezusa, a nie tego, czy innego księdza! Dlatego nie wystarczy forma: „Niech
będzie pochwalony…”, albo w ogóle: „Pochwalony…” – taka wersja „mini”… W
odniesieniu do spraw Bożych – ani żadnych innych – nie powinniśmy sobie pozwalać na takie niedbalstwo. Zatem wypowiadamy
– po Znaku Krzyża – słowa chrześcijańskiego pozdrowienia, można ewentualnie
powiedzieć: „Szczęść Boże!”, na co
ksiądz odpowie.
I w tym momencie wypowiadamy
kilka ważnych informacji. Zasadą, jaka nam powinna przyświecać, jest konieczne wypowiedzenie przy Spowiedzi rzeczy
istotnych i potrzebnych, natomiast pomijanie rzeczy nieważnych, nic nie
wnoszących.
Dlatego na początku nie mówimy: „Przystępuję do Spowiedzi
Świętej” – bo to jest oczywiste. Po to ksiądz siedzi w konfesjonale, po to penitent
do konfesjonału podchodzi. Nie ma też
potrzeby deklamowania aktu pokutnego ze Mszy Świętej,
jak to czynią
niektórzy, mówiąc: „Spowiadam się Bogu wszechmogącemu i Tobie, Ojcze, że bardzo
zgrzeszyłem myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem…” – i tak dalej. To jest
zupełnie niepotrzebne, to nic nie wnosi, szkoda na to czasu i energii!
Natomiast ważne trzy informacje trzeba podać. A
są nimi: stwierdzenie, kim jestem?
(bardzo ogólnie, na przykład: ojcem rodziny, studentem, uczniem liceum,
kandydatem do Bierzmowania, narzeczonym przygotowującym się do ślubu – bez opowiadania
całego życiorysu i wszystkich związków rodzinnych); następnie – wskazanie, kiedy ostatnio byłem u Spowiedzi?  (przy czym nie musimy podawać dokładnej daty,
nie wystarczy jednak powiedzieć: „kilka miesięcy”, czy: „kilka lat” – trzeba
powiedzieć, ile tych miesięcy, ile tych lat było); i wreszcie – czy wypełniłem zadaną pokutę? Po co te
informacje?
Nie po to, żeby ksiądz mógł
sobie zrobić statystyki, czy zaspokoić ciekawość. Takie informacje pomogą Spowiednikowi skierować odpowiednie
pouczenie
i właściwie poprowadzić całą Spowiedź. Bo przecież oczywistą jest
sprawą, że inaczej się rozmawia z dzieckiem,
inaczej ze studentem, inaczej z osobą na emeryturze… Innych wskazań udzieli
się kandydatowi do Bierzmowania, innych – kandydatowi do ślubu… To właśnie
dlatego ważne są te trzy informacje: kim
jestem?, kiedy byłem ostatnio u Spowiedzi?, czy wypełniłem zadaną pokutę?
Po nich następuje wyznanie grzechów. Zaczynamy je od
grzechów ciężkich, które wyznajemy co do liczby i okoliczności.
I znowu:
chodzi o to, aby przede wszystkim samemu
jasno uświadomić sobie
swoje grzechy, ale też i o to, aby Spowiednik mógł odpowiednio
pouczyć. Bo przecież inna będzie rozmowa z osobą, która raz nie była na Mszy Świętej z lenistwa – co jest grzechem ciężkim
– a inna z osobą, która przez ten ostatni czas raz była na Mszy Świętej. Dlatego ważna jest liczba, ale też i okoliczności, które modyfikują wartość
moralną każdego czynu,
może się więc okazać, że ten czy tamten czyn, akurat
w tych okolicznościach, nie jest grzechem ciężkim, a ten znowu jest. Spowiednik
zawsze pomoże to ocenić.
Po grzechach ciężkim
następuje wyznanie grzechów powszednich,
które wymieniamy tylko ogólnie, unikając nieco śmiesznego wyliczania, w stylu:
„zakląłem – siedem razy; źle pomyślałem – pięć razy; krzywo popatrzyłem na
innych – osiem razy” – i tak dalej… Zawsze zastanawiam się, jak takie osoby to liczą: na komórce,
czy może supełki zawiązują na sznurówce?… Przeto unikajmy takiej sztuczności.
Jeszcze, co do wyznania
grzechów, to warto zwrócić uwagę, aby obejmowało ono wymienienie konkretnych czynów, a nie zjawisk abstrakcyjnych.
Dlatego nie mówmy: „byłem niegrzeczny, byłem leniwy, za mało miałem miłości” –
tylko wskażmy na konkretne czyny, które
to potwierdzą!
Podobnie, nie mówmy: „zgrzeszyłem przeciwko czwartemu
przykazaniu, szóstemu przykazaniu” – tylko jakie
czyny były tym grzechem?
Bo w takiej sytuacji ksiądz też mógłby powiedzieć
– na przykład: „To za pokutę proszę: książeczka
do nabożeństwa, strona czternasta”.
A przecież – nie o to chodzi. Chodzi
natomiast o wyznanie spójne i konkretne: „to zrobiłem, to zrobiłem, to mi nie wyszło”…
Mówię o tym dlatego, że my,
Spowiednicy, nieraz spotykamy się z takimi pewnymi – jak to niektórzy z
uśmiechem nazywają – kategoriami
penitentów.
Są na przykład penitenci
z kategorii „morskiej”.
Ich wyznanie grzechów, to: „może zrobiłem to, może
zrobiłem tamto, a może zakląłem, a może się pokłóciłem…”. Ma się ochotę
odpowiedzieć takiemu komuś: „To ja ci może
udzielę rozgrzeszenia, a może nie
udzielę…”.
Inna znowu kategoria
penitentów – to kategoria
„zegarmistrzowska”.
Ich wyznanie zawiera stwierdzenia w stylu: „Czasem zakląłem, czasem się zdenerwowałem, czasem
coś pomyślałem, a czasem nie
pomyślałem…”. Przecież wiadomo, że wszystko
robi się „czasem”,
przecież nikt nie klnie ciągłym potokiem słów, bez
chwili przerwy, tylko robi to „czasem”. Jest to zatem niedbalstwo przy wyznawaniu grzechów.
Starajmy się przeto konkretnie wskazać uczynki – swoje uczynki!
– unikajmy natomiast przysłowiowego „bicia się w czyjeś piersi”… Naturalnie, nieraz jest konieczne wskazanie kontekstu,
w jakim doszło – na przykład – do kłótni w małżeństwie… Jeżeli mam jakiś
problem ze współmałżonkiem, to trzeba to zasygnalizować. Nie może to jednak przerodzić się w faktyczne wybielanie siebie,
a przerzucanie całej winy na innego.
Nieraz się bowiem zdarza,
że ktoś o swoich grzechach tylko bardzo
delikatnie napomknie,
ale o innych to już tak szeroko i barwnie opowiada,
że można odnieść wrażenie, iż tak naprawdę to tylko ci „inni” grzeszą, a on –
jedyny święty i sprawiedliwy – musi
wśród takich grzeszników męczyć się codziennie
i dlatego nieraz zdarzy mu
się – oczywiście, z ich winy! – nieznacznie się zdenerwować… Nie możemy tak do tego podchodzić! Jak
najbardziej, trzeba wskazać na kontekst, ale mówimy o swoich grzechach.
 Naturalnie, bardzo byłoby wskazane
poinformowanie Spowiednika, nad czym się
szczególnie pracuje, jakie postanowienie się realizuje, jakie są wyniki tej
pracy;
co wychodzi, a co nie wychodzi, z czym mam największe trudności… To
pokazuje, że ktoś do tych spraw podchodzi bardzo poważnie i w sposób
zaplanowany, przemyślany…
Całe wyznanie grzechów
kończymy stwierdzeniem: „Więcej grzechów
nie pamiętam, żałuję za nie, chcę się poprawić i proszę kapłana o
rozgrzeszenie”.
Właśnie, niektórzy kończą wyznawanie swoich grzechów
stwierdzeniem: „i już”, albo: „to wszystko”, albo: „więcej grzechów nie mam”!
To wszystko nieprawda! „Nie pamiętam” –
to jest zgodne z prawdą.
Stwierdzenie o żalu i chęci poprawy jest koniecznym warunkiem do uzyskania rozgrzeszenia!
Przeto trzeba to wyraźnie powiedzieć.
Naturalnie, Spowiednik zakłada, że
ten, kto podszedł do konfesjonału, to żałuje za swoje grzechy, ale trzeba to wyraźnie zadeklarować.
I jeszcze prośba o pokutę,
o rozgrzeszenie, do której można dodać jeszcze prośbę o pouczenie – ta prośba kierowana jest do księdza, do Spowiednika.
On – oczywiście – działa w imieniu Chrystusa, ale to on ma ocenić, czy może udzielić rozgrzeszenia i on go udziela. Dlatego nie mówimy:
„Ciebie, Boże Ojcze, proszę o rozgrzeszenie”, „Ciebie, Ojcze Wszechmogący…”, ani też: „Ciebie, Ojcze Święty” –
jakkolwiek to ostatnie może sprawić niejaką radość księdzu
i rozbudzić w
jego sercu takie, czy inne nadzieje! Ale jednak prośbę kierujemy do tego, konkretnego kapłana. I to on w tym momencie
wygłasza krótkie pouczenie, zakończone
zadaniem pokuty.
Pamiętajmy, że jeżeli
zadana pokuta jest z jakiegoś powodu za
trudna, lub niemożliwa do spełnienia,
od razu sygnalizujemy to
Spowiednikowi i prosimy o zmianę! Mamy takie prawo! Podobnie, jeżeli zapomnimy, jaka została zadana
pokuta,
to nie wracajmy już do konfesjonału, żeby dopytać, tylko sami sobie jakąś wyznaczamy i tę wypełniamy,
informując o tym Spowiednika przy następnej Spowiedzi.
Po zadaniu pokuty, kapłan udziela rozgrzeszenia, a my w
tym czasie albo trwamy w skupieniu, albo – bijąc się w piersi – mówimy: „Boże,
bądź miłościw mnie grzesznemu!”. Po udzieleniu rozgrzeszenia, kapłan może
skierować do nas słowa: „Wysławiajmy
Pana, bo jest dobry!”,
na co my powinniśmy odpowiedzieć: „Bo Jego miłosierdzie trwa na wieki”.
Wtedy kapłan mówi: „Bóg odpuścił tobie
grzechy, idź w pokoju!”,
na co odpowiadamy: „Bóg zapłać!” – i odchodzimy. Możemy jeszcze ucałować stułę,
chociaż to nie jest konieczne do ważności Spowiedzi. Po odejściu od konfesjonału
koniecznie, w krótkiej modlitwie, podziękujmy
Bogu.
A zatem, zbierzmy to raz
jeszcze jednym zdaniem. Jak powinna
przebiegać Spowiedź?
Modlitwa do
Ducha Świętego, Znak Krzyża, pozdrowienie chrześcijańskie, informacje wstępne:

kim jestem, kiedy byłem u Spowiedzi i czy wypełniłem zadaną pokutę. Potem – wyznanie grzechów, począwszy od
ciężkich, które wymieniamy co do liczby i okoliczności, potem powszednie. Kończymy
stwierdzeniem: „więcej nie pamiętam, żałuję za nie, chcę się poprawić, proszę
kapłana o rozgrzeszenie i pokutę”. Słucham
pouczenia, przyjmuję pokutę, otrzymuję rozgrzeszenie,
ewentualnie
odpowiadam na wezwania końcowe księdza. Kończę
osobistą modlitwą dziękczynną.
I to wszystko! Żadnych dodatkowych wypowiedzi nie
potrzeba!
Natomiast pamiętajmy o tym, że Prawo Kościoła daje nam absolutną wolność w wyborze Spowiednika,
przeto nigdy nikt nie może nam nakazać iść do Spowiedzi do tego, czy innego księdza.
Poza tym, pamiętajmy, że Spowiednika obowiązuje absolutna tajemnica
Spowiedzi,
przeto nie może on nigdy w niczym zdradzić penitenta – i to nie tylko, gdy chodzi o grzechy, ale w
ogóle co do wszystkiego, co na Spowiedzi usłyszał!
Nawet, gdyby nie mógł
udzielić rozgrzeszenia! Ta tajemnica jest tak surowa i tak kategoryczna, że Spowiednik nigdy nie może być od niej
dyspensowany, nawet w niebezpieczeństwie śmierci,
a za jej złamanie grożą
mu najcięższe sankcje, łącznie z
ekskomuniką, czyli wyłączeniem z Kościoła, zastrzeżonym Stolicy Apostolskiej.
Chodzi tu o sytuację wyjawienia konkretnej
osoby i jednoczesnego wyjawienia tego, co ona mówiła.
Nie jest natomiast
takową zdradą mówienie ogólne o problemach, poruszanych na Spowiedzi, chociaż w
tym względzie księża powinni zachować
bardzo daleko idącą roztropność
i poruszać te kwestie tylko w obliczu wyraźnej
konieczności, jak na przykład uświadomienie wiernym ważnych spraw, związanych
ze Spowiedzią.
Granice obowiązywania tej
tajemnicy są tak zarysowane, że nawet
wobec samego penitenta, którego przed chwilą ksiądz spowiadał, powinien on
zachować powściągliwość
i nawet gdyby doszło do jakiejś rozmowy po
Spowiedzi na temat wyznanych grzechów, to ksiądz powinien poprosić o powtórzenie poza Spowiedzią danego grzechu, czy
danego problemu.
Dlatego też nie powinniśmy
martwić się i zastanawiać, co ksiądz
sobie o mnie pomyśli,
albo że po moim wyznaniu grzechów to na pewno zmieni
o mnie zdanie na gorsze! Nie przejmujmy się! Ksiądz też się spowiada, i też ma z czego, a sam fakt, że ileś
Spowiedzi jednak wysłuchał, sprawia, że naprawdę
już trudno jest go czymkolwiek zaskoczyć
… Nie obawiajmy się zatem!
Poza tym, zwykle nasze
grzechy nie są tak wyjątkowe i
oryginalne, jak by się nam wydawało,
zwykle powtarzają się one także u
innych. Tak więc i z tego powodu nie powinniśmy się obawiać Spowiedzi. Tego
typu obawy pomoże też przełamać wybór
stałego
Spowiednika – takiego,
którego styl najbardziej będzie nam odpowiadał. Trzeba jednak pamiętać, że stałego Spowiednika nie znajduje się z dnia
na dzień:
trzeba pójść do różnych księży do Spowiedzi, spróbować różnego
stylu i kogoś wybrać. Wtedy uniknie się różnych nieprzyjemnych zaskoczeń.
Co do częstotliwości przystępowania do Spowiedzi, to należałoby się
spowiadać po popełnieniu jakiegokolwiek
grzechu ciężkiego,
który zrywa naszą przyjaźń z Bogiem i odbiera nam stan
łaski uświęcającej. Jeżeli natomiast nie stwierdzamy grzechu ciężkiego, to dobrze
byłoby spowiadać się nie rzadziej, jak
co miesiąc.
Wtedy właściwie możemy stale przystępować do Komunii Świętej.
ZADOŚĆUCZYNIENIE
BOGU I BLIŹNIEMU
Jest ono tym, co wyraża
nazwa tej czynności, a więc uczynieniem
zadość Bożej i ludzkiej sprawiedliwości;
jest staraniem się o odpłacenie
się za zło, za krzywdę, za szkodę, jaką spowodowaliśmy swoim postępowaniem.
Trzeba jednak koniecznie zastrzec, że w
odniesieniu do Boga absolutnie nie możemy mówić o pełnym zadośćuczynieniu, o
faktycznym i pełnym wypłaceniu się Bożej sprawiedliwości.
Absolutnie – nie
możemy nawet tak myśleć!
Trzeba nam bowiem najpierw
uświadomić sobie, kim jest Bóg – a kim
my jesteśmy.
Potem, zdać sobie sprawę z wagi naszych grzechów i – właśnie –
komu tak naprawdę się sprzeciwiamy, jak
wielki jest majestat i potęga Tego, od którego my odwracamy się plecami.
A
w związku z tym – jak bardzo surowa kara powinna spotkać kogoś, kto znieważa
taki majestat, taką potęgę, kogoś tak znaczącego. Spróbujmy to sobie chociaż w przybliżeniu wyobrazić w relacjach
ludzkich
– przecież taki winowajca, po pierwszym przestępstwie, zapewne
zginąłby marnie i słuch o nim szybko by przepadł bezpowrotnie!
Tymczasem Bóg nie dość, że
tego nie czyni, to jeszcze posyła swego
Jedynego Syna,
aby to On wziął na
siebie grzechy człowieka i to On za nie odpokutował,
człowiekowi zostawiając
tylko najmniejszą cząstkę, jakby ostatni element, bardzo drobny i minimalny – tegoż
wynagradzania Bogu. Musimy zatem pamiętać, że to, co określamy mianem pokuty, zadanej
na Spowiedzi, a więc modlitwa, czy dobry uczynek – to bardzo minimalny, drobny, symboliczny wręcz gest z naszej strony.
On w żaden sposób nie jest w stanie w pełni wynagrodzić Bogu za nasze grzechy.
Jest natomiast sygnałem, wysłanym do Boga, że nam zależy na odzyskaniu pełnej z Nim jedności i na powrocie do Niego.
Dlatego trzeba, abyśmy
zadaną pokutę, zadane zadośćuczynienie, wypełniali
zawsze, wypełniali dokładnie,
ze szczerym zaangażowaniem serca i najlepiej –
jak najszybciej po Spowiedzi. Jeżeli
nie odprawiliśmy zadanej pokuty, powinniśmy to powiedzieć w ramach informacji
wstępnych, na początku następnej Spowiedzi. Jeżeli kapłan nie odniesie się do tego,
to należy odprawić potem i tę zadaną
aktualnie pokutę, i tę zaległą.
Być może jednak, Spowiednik zamieni tamtą
pokutę na inną, albo zaproponuje inne rozwiązanie.
Trzeba zatem zgłosić to na
początku, jakkolwiek – mówiąc szczerze – trudno
sobie wyobrazić racjonalną przyczynę, dla której ktoś pokuty tej nie spełnił.

Przecież, jeżeli zapomnieliśmy, co było zadane, albo stwierdziliśmy w domu, po
powrocie ze Spowiedzi, że jednak tej lub innej modlitwy nie mamy w książeczce i
jej nie znamy, to możemy wybrać inną
modlitwę i tę inną odmówić,
informując potem tylko Spowiednika o takiej
zamianie.
Podobnie, kiedy z powodu
dość długiego czasu od ostatniej Spowiedzi zwyczajnie nie pamiętamy, czy
odmówiliśmy zadane zadośćuczynienie, to naprawdę jednak nie zaszkodzi coś wypełnić, odmówić jakąś modlitwę. Nawet, gdyby się
okazało, że jednak ta kiedyś zadana pokuta została wypełniona. Czyż bowiem po
tak długim czasie od ostatniej Spowiedzi, kiedy już zdecydowaliśmy się przyjść
do następnej – nie powinno nam zależeć
na tym, żeby przekonać Boga, iż naprawdę chcemy się z Nim pojednać?

Chociażby z tego powodu powinniśmy odmówić nawet niejedną modlitwę, czy podjąć
jakieś inne dobro…
Tymczasem niekiedy odnosi
się wrażenie, że niektórzy to już tak
temu Bogu wyliczają te „modlitewki”,
żeby się tylko przypadkiem nie
przemęczyć i nie za dużo odmówić. Szkoda,
że kiedy grzeszą, to nie stosują takiej minimalnej taryfy, tylko wtedy angażują
się całym sobą.
Trochę się tu przypomina film Jacka Bromskiego „U Pana Boga
za piecem” i historia z „pagierami”, kiedy to proboszcz, z taką nutą pewnego
rozżalenia, pyta Najświętszą Panienkę, jak to jest, że ludzie, kiedy grzeszą,
to robią to dokładnie, z namysłem, starannie, a jak przyjdzie pokutować – to
tylko tak szybko, byle jak, „po łebkach”? Właśnie,
jak to jest?
Dlatego może by tak
spróbować nie ograniczać się tylko do
tej symbolicznej formy zadośćuczynienia,
jaką ksiądz zadał na Spowiedzi,
ale podejmować też inne, własne formy – z dobrej woli, ze szczerego serca?… A
może w tej intencji ofiarować swoje
cierpienia, niedogodności, życiowe przeciwności
– zamiast przeklinać świat
i ludzi, że tak fatalnie nam się życie układa?… Może by tak dać Bogu coś więcej
z siebie – w tej właśnie intencji? Nie
obawiajmy się, nigdy tego nie będzie za dużo!
Z zadośćuczynieniem Bogu nierozerwalnie łączy się zadośćuczynienie
bliźniemu,
o którym – powiedzmy to już od razu – zwykle zapominamy. O ile
bowiem pamiętamy, żeby odmówić zadaną
pokutę
i chociaż w ten symboliczny sposób zadośćuczynić Bogu, o tyle jakoś
tak nam trudno uświadomić sobie i wziąć sobie do serca, że nie wystarczy – na
przykład – wyspowiadać się z kradzieży, ale trzeba jeszcze oddać rzecz ukradzioną, oraz korzyści, jakie się
zyskało z jej używania, a których to korzyści pozbawiony był właściciel.
I nie wystarczy wyspowiadać
się z kłamstwa – trzeba je jeszcze
odwołać, a dać świadectwo prawdzie.
I nie wystarczy wyspowiadać się z obmów
i oszczerstw – trzeba jeszcze odbudować
nadszarpniętą komuś opinię
… I nie wystarczy wyspowiadać się z kłótni, wyzwisk
i poniżania drugiego – trzeba go za to
przeprosić,
także publicznie, jeżeli publicznie się go znieważyło… I tak
dalej, i tak dalej…
Czy my o tym zawsze pamiętamy? Zdajemy sobie sprawę, że nie, a tymczasem jest to obowiązkowe
dopełnienie łaski przebaczenia, jaką za darmo, z Bożej miłości, otrzymujemy w
Sakramencie Pojednania. Jednocześnie powiedzmy tu sobie – być może dla pewnego
ułatwienia sprawy – że nie zawsze musimy
wprost wypowiadać słowo: „przepraszam”,
nie musimy wykonywać żadnych
teatralnych gestów upokarzania i uniżania się.
Nauka Kościoła dopuszcza tak zwane gesty równoważne, a więc
zamiast słowa „przepraszam” – faktyczne zadziałanie w kierunku pojednania przez
chociażby jakieś ciepłe słowo, jakiś żarcik, rzucony ot, tak sobie – tylko nie
taki, który jeszcze pogorszy całą sprawę i będzie tylko dolaniem „oliwy do
ognia”… To może być także dyskretna
pomoc,
albo propozycja pomocy przy jakiejś pracy… To może być – tak
najzwyczajniej – nawiązanie rozmowy,
bez wyjaśniania od razu wszystkich trudności i zawiłości. To znaczy – w końcu będzie musiało dość do bardzo spokojnego,
ale rzeczowego wyjaśnienia,
co zaszło, co się stało i dlaczego się stało.
Natomiast nie musi to nastąpić od razu! Na początek – jakieś delikatne zagadanie,
próba przełamania lodów… To jest naprawdę dobra droga do pojednania i do wyraźnego pokazania temu drugiemu, że
żałujemy za zło
i zdajemy sobie sprawę z tego, cośmy zrobili – i chcemy to
jakoś naprawić.
Ponadto, rzecz ukradzioną też można oddać
dyskretnie.
Po prostu – odłożyć ją po cichu na miejsce, z którego została
nieprawnie zabrana. Skoro bowiem Spowiedź odbywa się w wielkiej dyskrecji i nie
musimy się publicznie przyznawać do zła, a robimy to w atmosferze bardzo surowo
pojmowanej i strzeżonej tajemnicy, to i
naprawienie zła może się tak dokonać.
Dlatego nie musimy
paradować przez całe osiedle z zawieszoną
na szyi tabliczką z napisem – na przykład – „skruszony złodziej” i nieść na
tacy dwóch jogurtów,
które po uroczystym wniesieniu do sklepu, zostaną w
asyście personelu i ochrony ustawione na półce! Można to zrobić dyskretnie i po
cichu postawić na półce taką samą rzecz
– oczywiście kupioną w innym sklepie.
Jeżeli zabraliśmy komuś jakąś rzecz,
to po cichu, dyskretnie, powinniśmy oddać
taką samą – tyle, że nową,
bo tamta była jednak przez nas używana.
Jeżeli coś wynosiliśmy z
pracy czy zaniedbywaliśmy obowiązki poprzez spóźnianie się, czy wychodzenie
przed czasem, to dobrze byłoby z raz czy
dwa zostać po godzinach i w tej intencji popracować dłużej.
Ja wiem, że
wiele osób w tej chwili zaprotestuje, mówiąc, że i tak o wiele ciężej pracują,
niż są wynagradzani – i to w wielu przypadkach jest prawdą! Jednak wszystkich będzie sądził Bóg, który na szczęście widzi
i tę naszą krzywdę,
my natomiast nie możemy zła zwalczać złem, ale – jak
uczył Błogosławiony Ksiądz Jerzy, powtarzając za Świętym Pawłem – powinniśmy zło zwyciężać dobrem. Dlatego
nawet mimo poczucia krzywdy, żeby samemu
być w sumieniu spokojnym,
właśnie z intencją wynagrodzenia za swoje
zaniedbania, moglibyśmy właśnie trochę dłużej popracować.
Z kolei, na grzech
obmawiania, plotkowania powinniśmy zareagować w ten sposób, że od następnego
razu przy każdej rozmowie postaramy się
naprowadzać rozmówców na dobro,
podsuwać im pozytywne opinie o tej osobie,
o której mowa; starać się konsekwentnie tworzyć dobry obraz tej „obmawianej”
osoby…
Jeżeli natomiast okazałoby
się, że nie mamy możliwości
wynagrodzenia
– czy to materialnego, czy moralnego – samej skrzywdzonej osobie, bo już nie żyje, czy może było to bardzo
dawno, a my przypomnieliśmy sobie, że mamy jakiś dług wobec niej, to w każdej takiej
sytuacji powinniśmy wynagrodzić popełnione zło w ten sposób, że wesprzemy osoby aktualnie potrzebujące,
chore, samotne – na przykład, poprzez datek na Caritas.
Pamiętajmy, że
wszystkie nasze drogi i tak ostatecznie
schodzą się u Boga,
więc to On
wyrówna wszystkie rachunki,
gdyż On sam będzie już wiedział, jak to zrobić
najlepiej i najskuteczniej.
Starajmy się zawsze poszukiwać sposobów należytego
zadośćuczynienia bliźniemu!
Pamiętajmy, że nigdy nie możemy poprzestać tylko na samym
wyznaniu grzechów – zło trzeba naprawić!
W razie wątpliwości, jak w danej sytuacji zrobić to najlepiej, skonsultujmy
sprawę ze Spowiednikiem. Ale jestem przekonany, że raczej nie zabraknie nam w tej kwestii inwencji i pomysłowości.

19 komentarzy

  • Отец Яцек , спасибо вам за такое полное руководство исповеди . Так много , и есть мысли над которыми можно подумать . Мысли , которые можно выделить лично для себя.

  • Kiedyś podczas spowiedzi w pouczeniu Kapłan powiedział mi jedno zdanie, lecz za chwilę "Nie to chciałem powiedzieć" i mówił mi na zupełnie inny temat. Dla mnie to pierwsze zdanie było bardzo ważne. Podczas tej spowiedzi doświadczyłam, że to Jezus przemawia do nas przez usta Kapłana.
    Przed Spowiedzią proszę również Matkę Bożą o pomoc, by była przy mnie.
    Dziękuję Ojcze Jacku za tak bogatą treść. Bardzo potrzebne.
    Celina

  • Ten "wielkopostny poradnik" to naprawdę genialny pomysł i cenna pomoc i to zarówno dla tych, którzy przy konfesjonale są "wielkanocnymi gośćmi – jak to Ksiądz Jacek mówi – z dwoma grzechami" jak i dla tych, którzy zaglądają tam częściej ("z większą torbą swoich słabości i wykroczeń"). Tym pierwszym niewątpliwie pokazuje "jak" dobrze skorzystać z sakramentu pokuty, ale i ci z drugiej grupy znajdą w tych refleksjach cenne wskazówki do tego, by z sakramentu pokuty korzystać jeszcze pełniej i jeszcze owocniej, by do niego coraz bardziej dorastać. Kiedys pewna starsza kobieta powiedziała mi w czasie rekolekcji "korzystam ze spowiedzi ponad pięćdziesiąt lat mojego życia i zawsze zastanawiam się czy robię to dobrze". Pomyślałam sobie wtedy w pierwszej chwili, że przez tyle lat powinna była się nauczyć, a dziś z perspektywy czasu myslę, że korzystania z tego sakramentu trzeba się uczyc nieustannie i że zawsze można postarać się o to by robic to lepiej, zagłębiać się w jego bogactwo coraz bardziej i czerpać z niego coraz pełniej.
    Dołączam się do wszystkich pochwał i podziękowań, które zdążyli napisać inni. Są w pełni zasłużone i jak zawsze pozdrawiam serdecznie. J.B.

  • Z innej beczki :): dzisiaj w Warszawie odbyło się marnej jakości przedstawienie pt. "Manifa" – poziomem zbliżone do pewnego upadłego polityka, który powoli zamiast szarych komórek zaczyna miec w głowie liśc konopny, skoro życzył kobietom 8 marca "mniej Matki Boskiej, a więcej seksu".

  • Ojej 🙁 Robercie, zgorszyłam się. Temat spowiedzi, a tu taka historyjka.
    Myślę, że na tym blogu, to tak nie można pisać.
    Celina

    • Przecież napisałem "z innej beczki", co sugeruje oderwanie od głównego tematu.
      "Myślę, że na tym blogu, to tak nie można pisać." – dlaczego? Mamy udawac, że jest cudownie i miło? Nie poruszac tematów związanych z aktualnymi tendencjami kulturowo – religijno – obyczajowymi i zagrożeniami z tego wynikającymi dla nas wszystkich? Nie wiem czym Celino się zgroszyłaś, bo bieżące tematy poruszane były na blogu już wiele razy 🙂 – sprawdź np. wpisy pod datą z tegorocznym finałem WOŚP :). A tak, w ogóle dokonałem tego wpisu po obejrzeniu kilku fragmentów z relacji Manify wraz z jej wcześniejszą konferencją, gdzie parodiowano księży i biskupów – czy to Ciebie "nie gorszy"?

    • Celino

      Pozwól, że granice tego, co i kiedy możemy pisać, ustali Gospodarz tego miejsca.
      Nie jestem adwokatem Roberta, ale..
      Robert jest osobą która wnosi w to miejsce, wiele dobra,mądrości, i niejednokrotnie poczucia humoru.

      W Rodzinie nie porusza się w ciągu dnia, tylko jednego tematu. Rozmawia się o wielu ważnych sprawach.
      Tutaj, też podobno tworzymy Rodzinę… 🙂

    • "sprawdź np. wpisy pod datą z tegorocznym finałem WOŚP :)."
      jaki tekst o WOŚP, takie reakcje.

      Rysiek z Clanu

    • "jaki tekst o WOŚP, takie reakcje" – a jak to się ma do mojego spostrzeżenia o tym, że na blogu poruszamy również bieżące tematy społeczne? No, ale co ma piernik do wiatraka Rysio z Clanu pewnie wie 😀

  • Bardzo, bardzo dziękuję i ja 🙂 Dobrego dnia-tygodnia Wszystkim, bo nie wiem, czy dam radę pisać na bieżąco. Asia (Karaczi)

  • Dziękuję bardzo!:) Poradnik Wielkopostny – owo, co dla mnie trzeba. Bóg codziennie czeka na nas. Józefa.

  • Czy słowo "czasami" jest aż tak niemile widziane? Zwykle panuję nad językiem, ale – niestety, czasami ponoszę porażki. Nie używam przekleństw zamiast przecinka i nie prowadzę statystyk ile razy niewłaściwe słowo wypsnęło mi się. Używam słowa czasami, choć nie rozpoczynam każdego grzechu od tego słowa.

    Ech, widzę sporo braków u siebie, w jezuickim duszpasterstwie nasłuchałam się o codziennym rachunku sumienia, o ciekawej rzeczy – rozpoczynaniu spowiedzi od dziękczynienia. Trudno się na to zdobyć.

    Sissi

  • Chodzi o sytuację, w której ktoś każdy jeden grzech zaczyna od wstawki: "czasami". Słowo to nie tyle jest niemile widziane, co jest niepotrzebne, bo jak wyjaśniałem w swoim tekście – przecież wszystkie grzechy czynimy "czasami"… Ks. Jacek

Archiwum wpisów

Ks. Jacek Jaśkowski

Witam serdecznie! Kłania się Ks. Jacek Jaśkowski. Nie jestem ani kimś ważnym, ani kimś znanym. Jestem księdzem, który po prostu chce rozmawiać. Codzienna kapłańska posługa pokazuje mi, że tematów do rozmów z księdzem jest coraz więcej i dzisiaj żaden ksiądz nie może od nich uciekać, ale – wprost przeciwnie – podejmować nowe wyzwania. To przekonanie skłoniło mnie do próby otwarcia tegoż bloga, chociaż okazji do rozmów na co dzień – w konfesjonale i poza nim – na szczęście nie brakuje. Myślę jednak, że ten blog będzie jeszcze jednym sposobem i przestrzenią nawiązania kontaktu z ludźmi dobrej woli, otwartymi na dialog.