Szczęść Boże! Bardzo serdecznie pozdrawiam Was, Drodzy moi, z Lublina. Po 14:00 wyjadę do Celestynowa – na rodzinne (tak mogę śmiało określić) spotkanie z Rodziną Olendrów: Państwem Ewą i Włodzimierzem oraz Państwem Magdaleną i Szymonem – i Ich Dziećmi. Planowaliśmy je w okresie świątecznym, ale wtedy trudno było je zorganizować. Dlatego spotykamy się dzisiaj. Ale opłatkiem się przełamiemy… Już się cieszę z tego spotkania, bo u Państwa Olendrów zawsze czuję się jak w rodzinie!
Potem przejadę do Siedlec, gdzie będę się przygotowywał do jutrzejszej niedzieli.
Drodzy moi, dzisiaj, o godzinie 20:05, w telewizji wPolsce24 ma być wyemitowany film o męczeństwie Unitów Podlaskich. Serdecznie zachęcam do obejrzenia!
Dzisiaj także, o 4:00 naszego czasu, otrzymałem wiadomość, że Ksiądz Paweł Czeluściński, Wikariusz Parafii w Surgucie, przebywający ostatnio przez trzy tygodnie w Polsce, szczęśliwie dotarł już do swej Parafii. W czasie tego pobytu dwa razy dane nam się było spotkać! Bardzo dziękuję Księdzu Pawłowi za te spotkania i proszę o przekazanie serdecznych pozdrowień Proboszczowi i całej Parafii!
A teraz już zapraszam do pochylenia się nad Bożym słowem dzisiejszej liturgii. Oto słówko Księdza Marka na dziś:
https://www.youtube.com/c/CatholicSurgut
Zatem, co mówi do mnie Pan? Z jakim przesłaniem właśnie do mnie i właśnie dzisiaj – zwraca się tak konkretnie? Niech Duch Święty będzie światłem i wsparciem!
Niech Was błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec + i Syn, i Duch Święty. Amen
Gaudium et spes! Ks. Jacek
Sobota 2 Tygodnia zwykłego, rok II,
Wspomnienie Św. Franciszka Salezego,
Biskupa i Doktora Kościoła,
24 stycznia 2026.,
do czytań: 2 Sm 1,1–4.11–12.19.23–27; Mk 3,20–21
CZYTANIE Z DRUGIEJ KSIĘGI SAMUELA:
Po śmierci Saula, po zwycięstwie nad Amalekitami, wrócił Dawid i zatrzymał się przez dwa dni w Siklag. Na trzeci dzień przybył jakiś człowiek z obozu, z otoczenia Saula. Odzienie miał podarte, a głowę posypaną ziemią. Podszedłszy do Dawida, padł na ziemię i oddał mu pokłon. Dawid zapytał go: „Skąd przybywasz?” Odpowiedział mu: „Ocalałem z izraelskiego obozu”. Rzekł do niego Dawid: „Opowiedz mi, proszę, co się tam stało?” Opowiedział więc, że ludzie uciekli z pola walki, wielu żołnierzy zginęło, i że również ponieśli śmierć Saul i jego syn Jonatan.
Dawid, schwyciwszy swe szaty, rozdarł je. Tak też uczynili wszyscy mężowie, którzy z nim byli. Potem lamentowali i płakali, i pościli aż do wieczora, ponieważ padli od miecza Saul i syn jego, Jonatan, i lud Pana, i dom Izraela.
„O Izraelu, twa chwała na górach umarła. Jakże zginęli bohaterowie? Saul i Jonatan, kochający się i mili przyjaciele, za życia i w śmierci nie są rozdzieleni. Wszak oni bystrzejsi od orłów, dzielniejsi od lwów. O, płaczcie nad Saulem, córki izraelskie: On was ubierał w prześliczne szkarłaty, złotymi ozdobami upiększał stroje. Jakże zginęli wśród boju bohaterowie? Jonatan zabity na wzgórzach. Żal mi ciebie, mój bracie, Jonatanie. Tak bardzo byłeś mi drogi! Więcej ceniłem twą miłość niżeli miłość kobiet. Jakże zginąć mogli wśród boju bohaterowie? Jakże przepadły wojenne oręża?”
SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO MARKA:
Jezus przyszedł do domu, a tłum znów się zbierał, tak że nawet posilić się nie mogli. Gdy to posłyszeli Jego bliscy, wybrali się, żeby Go powstrzymać. Mówiono bowiem: „Odszedł od zmysłów”.
Słuchamy tych dramatycznych i rozrywających słów Dawida, jakie wypowiedział na wieść o śmierci Saula i Jonatana – i zastanawiamy się, o co tu chodzi?!
Słyszymy: O Izraelu, twa chwała na górach umarła. Jakże zginęli bohaterowie? Saul i Jonatan, kochający się i mili przyjaciele, za życia i w śmierci nie są rozdzieleni. Wszak oni bystrzejsi od orłów, dzielniejsi od lwów. O, płaczcie nad Saulem, córki izraelskie: On was ubierał w prześliczne szkarłaty, złotymi ozdobami upiększał stroje. Jakże zginęli wśród boju bohaterowie? Jonatan zabity na wzgórzach. Żal mi ciebie, mój bracie, Jonatanie. Tak bardzo byłeś mi drogi! Więcej ceniłem twą miłość niżeli miłość kobiet. Jakże zginąć mogli wśród boju bohaterowie? Jakże przepadły wojenne oręża?”
Właśnie, o co tu chodzi? Owszem, śmierć Jonatana mogła wywołać wielki żal i ból serca Dawida, bo ten syn króla Saula – w totalnym przeciwieństwie do swego ojca – darzył Dawida braterską miłością, osłaniał go przed agresją ojca, a nawet narażał się ojcu, wywołując jego furię, skierowaną do siebie! Dlatego trudno się dziwić temu rozdzierającemu żalowi, z jakim Dawid żegna Jonatana. Ale Saula?
Chciałoby się powiedzieć: bez przesady! Wszak jeszcze wczoraj słyszeliśmy, z jak wielką armią – bo liczącą trzy tysiące wojowników, i to wyborowych! – Saul ruszył w pościg za Dawidem! A jeśli zagłębimy się w lekturę obu Ksiąg Samuela, to wręcz zdziwimy się, ile tych ataków Saula na Dawida było – a oto dzisiaj takie słowa pożegnania! Słowa tak wielkiego żalu, rozgoryczenia…
I to określenie Saula mianem bohatera… Cóż to za bohater – chciałoby się zapytać – który napada na niewinnego? Cóż to za bohater – chciałoby się zapytać – który Boga nie słucha, przeciwko Bogu się buntuje, robi wszystko po swojemu?… Cóż to za bohater – chciałoby się zapytać – którego nie stać na to, by wznieść się ponad własną zazdrość, zawiść, podejrzliwość – i inne, tego tylu najniższe reakcje i uczucia, zupełnie niegodne króla! Cóż to za bohater?!
Dlaczego zatem Dawid obu ich – i ojca, i syna – określił jednym i tym samym mianem, chociaż nawet my, mając do dyspozycji jedynie te zwięzłe relacje, jakie zapisane są w Księgach Samuela, widzimy, że porównania tu nie ma żadnego?… Trudno chyba podejrzewać Dawida o jakąś kokieterię i fałszywą uprzejmość – bo to nie w jego stylu i to nie jego poziom. Zresztą, jaka też korzyść z takiej ewentualności? Co niby miałby na tym zyskać?
Zwłaszcza, jeśli dzisiaj już widzimy całą tę trudną dla niego sytuację, spowodowaną agresją Saula, jako rozstrzygniętą i zakończoną. Teraz więc już Dawid bez żadnych zahamowań – i obaw o jakiekolwiek konsekwencje – mógłby wyrzucić z siebie cały żal i ból, nagromadzony przez ten czas, kiedy musiał uciekać przed Saulem, a wręcz ratować życie. Teraz mógłby już odpłacić „pięknym za nadobne”. A on rozdziera szaty, wylewa łzy i lamentuje po śmierci człowieka, uważającego go za największego swego wroga.
Patrząc na całą sprawę, moglibyśmy ocenić taką postawę Dawida dokładnie tym zdaniem, jakim obserwatorzy ocenili dziś niezwykle aktywną działalność Jezusa. A mówili o Nim: Odszedł od zmysłów! Dlaczego tam mówili?
Słyszymy w Ewangelii, że Jezus przyszedł do domu, a tłum znów się zbierał, tak że nawet posilić się nie mogli. Gdy to posłyszeli Jego bliscy, wybrali się, żeby Go powstrzymać. Bo tak się zaangażował, wręcz zapamiętał w tej swojej posłudze, czynionej z miłością ludziom, że nawet nie miał czasu na posiłek! A z Nim – Jego uczniowie. Słyszymy bowiem dzisiaj tę informację, podaną w liczbie mnogiej, przeto możemy się domyślać, że chodzi nie tylko o Jezusa, ale i o Apostołów.
Chociaż akurat – gdy idzie o Apostołów – to Jezus nieraz nad nimi się „zlitował” i nawet kazał im iść odpocząć! Ale sam w tym czasie nadal uzdrawiał i spotykał się z ludźmi. Aczkolwiek – wspomnijmy i to – także i On sam szukał chwil totalnego wyciszenia, a wtedy udawał się gdzieś na miejsca pustynne, albo na jakąś górę, albo po prostu na jakieś odosobnienie – i tam odpoczywał, rozmawiając z Ojcem.
Natomiast to Jego bezgraniczne i pełne miłości oddanie ludziom musiało być na tyle częste, że było dla wszystkich widoczne, a nawet wywoływało taką właśnie reakcję: Odszedł od zmysłów! Zatem, to dzisiejsze wydarzenie nie mogło być wydarzeniem jednostkowym czy rzadkim, bo wówczas takiej reakcji by nie wywoływało. Skoro zaś wywołało, to znaczy, że Jezus zaskoczył wszystkich skalą swego zaangażowania. Ale też – że pokazał jakiś inny sposób myślenia, niż prezentowali Jego obserwatorzy.
Tak samo, jak Dawid pokazał jakiś inny sposób myślenia, aniżeli ten, który my byśmy zapewne zaprezentowali w takiej sytuacji i jakiego na dobrą sprawę należałoby się spodziewać. Ale to talko pokazuje, że w sprawach Bożych trzeba się nieraz wznieść ponad takie czysto ludzkie spojrzenie i myślenie! W sprawy Boże po prostu trzeba się zaangażować totalnie, na sto – a nawet na dwieście procent! Angażując się w sprawy Boże – także: w świadectwo, dawane wierze – nie można się nastawiać jedynie na swój zysk czy korzyść.
Nie można przeliczać, czy mi się opłaca – na przykład: przebaczyć drugiemu, wydobyć z historii jego życia to, co dobre, jak czynił Jezus – czy mi to nie opłaca… I jaką korzyść odniosę z tego, że się w coś zaangażuję tak na całego? Czy nie będę uznany za naiwnego? Czy ludzie mnie zrozumieją? A może nawet zlekceważą, wyśmieją?…
Może tak być. Ale Jezus na pewno nie wyśmieje, nie zlekceważy! On podziękuje i nagrodzi! A nagrodzi tym obficiej, im większy dar złożymy z samych siebie: ze swego „racjonalnego” spojrzenia na rzeczywistość, ze swego czysto interesownego myślenia, także może – ze swoich obaw, a może nawet strachu przed konsekwencjami.
Dzisiejszy przykład Jezusa i Jego Apostołów, a także przykład Dawida i jego niezwykłej miłości do tak wrednego typa, jak król Saul, pokazuje nam jasno i dobitnie, że nie da się być solidnym uczniem Pana, nie da się wejść na wyższy poziom relacji z Nim, jeżeli będzie się chciało przy tym jak najwięcej dla siebie ugrać lub zachować. Im więcej zaś damy z siebie, im bardziej – dosłownie – odejdziemy od tych ludzkich zmysłów i zamysłów, a odważymy się na Boże myślenie i spojrzenie, tym więcej zyskamy! Naprawdę! I to nie tylko w tym wymiarze wiecznym, ale już w tym doczesnym, ziemskim…
Oczywiście, nieraz nie będzie łatwo i ludzie nieraz popukają się w czoło, a może wręcz – brutalnie skrytykują lub wyśmieją. W takich sytuacjach warto sobie jednak przypomnieć nasze polskie, bardzo mądre przysłowie: „Ten się śmieje naprawdę, kto się śmieje ostatni”. I tu nie chodzi o złośliwe wyśmianie tych, którzy nas teraz złośliwie wyśmiewają. Chodzi o wewnętrzną radość, szczęście i poczucie prawdziwego spełnienia. Ale ono dane będzie tym, którzy odważą się wznieść ponad myślenie i postrzeganie czysto ludzkie.
Tak, jak tego przykład mamy w postawie Patrona dnia dzisiejszego, którym jest Święty Franciszek Salezy, Biskup i Doktor Kościoła.
Urodził się w Alpach Wysokich pod Thorens, 21 sierpnia 1567 roku. Jego ojciec, także Franciszek, był kasztelanem w Nouvelles. Matka, Franciszka, pochodziła również ze znakomitego rodu. Spośród licznego rodzeństwa Franciszek był najstarszy. W domu otrzymał wychowanie głęboko katolickie, przy czym wpływ decydujący na to miała matka. Wyszła ona za mąż za człowieka czterdziestopięcioletniego, mając zaledwie lat piętnaście. Mąż mógł być zatem dla niej raczej ojcem, niż współmałżonkiem.
Wychowała trzynaścioro dzieci. Jej opiece było zlecone ponadto całe gospodarstwo i służba. Franciszka umiała znaleźć czas na wszystko, była bardzo pracowita, systematyczna, spokojna i zapobiegliwa. Właśnie przykład matki stał się dla Franciszka wzorem postawy, jaką później proponował osobom żyjącym w świecie, by nawet wśród najliczniejszych zajęć umiały jednoczyć się z Panem Bogiem.
W roku 1573, jako sześcioletni chłopiec, Franciszek rozpoczął regularną naukę w kolegium. W tym też czasie, w roku 1577, przyjął Pierwszą Komunię Świętą i Sakrament Bierzmowania. Kiedy miał jedenaście lat, zgodnie z ówczesnym zwyczajem, otrzymał tonsurę jako znak przynależności do stanu duchownego. Kiedy zaś miał zaledwie piętnaście lat, udał się do Paryża, by studiować na tamtejszym słynnym uniwersytecie. Dodatkowo w kolegium jezuitów studiował klasykę.
W czasie tychże studiów owładnęły nim wątpliwości, czy się zbawi, czy nie jest przypadkiem przeznaczony na potępienie. Właśnie wtedy bowiem wystąpił we Francji Kalwin ze swoją nauką o przeznaczeniu. Franciszek odzyskał spokój dopiero wtedy, gdy oddał się w niepodzielną opiekę Matki Bożej.
Ponadto, Franciszek studiował na Sorbonie teologię i zagadnienia biblijne. Do rzetelnych studiów biblijnych przygotował się przez naukę języka hebrajskiego i greckiego. Posłuszny woli ojca, by rozpoczął studia prawnicze, które mogły mu otworzyć drogę do kariery urzędniczej, Franciszek z Sorbony udał się do Padwy. Studia na tamtejszym uniwersytecie uwieńczył doktoratem. Po ukończeniu studiów w Padwie, udał się do Loreto, gdzie w 1591 roku złożył ślub dozgonnej czystości. Rok później, odbył pielgrzymkę do Rzymu.
Kiedy powrócił do domu, ojciec miał już gotowy dla niego plan na życie: zamierzał go wprowadzić jako adwokata i prawnika do senatu w Chambery i czynił starania, by go ożenić z bogatą dziedziczką. Franciszek jednak, ku wielkiemu niezadowoleniu ojca, obie propozycje stanowczo odrzucił. Natomiast zgłosił się do swojego biskupa, by ten przyjął go w poczet swoich duchownych.
Święcenia kapłańskie otrzymał w roku 1593, przy niechętnej zgodzie rodziców. Po upływie zaledwie roku, za zezwoleniem biskupa, Franciszek udał się w charakterze misjonarza, by umocnić w wierze katolików i aby próbować odzyskać dla Chrystusa tych, którzy odpadli od wiary i przeszli na kalwinizm. Wśród niesłychanych trudów, musiał przełęczami pokonywać wysokości Alp, dochodzące miejscami do ponad czterech tysięcy metrów.
Odwiedzał wioski i poszczególne zagrody wieśniaków. Miał dar nawiązywania kontaktu z ludźmi prostymi, umiał ich przekonywać, swoje spotkania okraszał złotym humorem. Na murach i parkanach rozlepiał ulotki – zwięzłe wyjaśnienia prawd wiary. Dlatego właśnie Kościół ogłosił Świętego Franciszka Salezego Patronem katolickich dziennikarzy.
Wśród jego cnót na pierwszy plan wybijała się niezwykła łagodność. Co ciekawe, z natury był raczej popędliwy i skory do wybuchów. Jednakże długoletnią pracą nad sobą potrafił zdobyć się na tyle słodyczy i dobroci, że porównywano go do samego Chrystusa. W epoce fanatyzmu i zaciekłych sporów, Franciszek objawiał wprost wyjątkowy umiar i łagodność. W kontaktach z ludźmi wyznawał zasadę, że więcej much złapie się na kroplę miodu, aniżeli na całą beczkę octu. Według podania, miał w ten sposób odzyskać dla Kościoła kilkadziesiąt tysięcy wyznawców kalwinizmu.
W swojej żarliwości apostolskiej Franciszek posunął się do tego, że kilkakrotnie w przebraniu udawał się do Genewy, by złożyć wizytę głowie Kościoła kalwińskiego i nakłaniać go do powrotu na łono Kościoła katolickiego. Nie przyniosło to jednak zamierzonych owoców.
W roku 1599 Papież Klemens VIII mianował Franciszka biskupem pomocniczym, a w 1602 roku – biskupem diecezjalnym Genewy. Z właściwą sobie żarliwością nowy Biskup zabrał się natychmiast do dzieła. Rozpoczął od wizytacji czterystu pięćdziesięciu parafii swojej diecezji, położonej po większej części w Alpach. Niestrudzenie przemawiał, spowiadał, udzielał Sakramentów Świętych, rozmawiał z księżmi, nawiązywał bezpośrednie kontakty z wiernymi. Wizytował także klasztory. Zreformował kapitułę katedralną.
Zdając sobie sprawę, jak wielkie spustoszenia może sprawić brak wiedzy religijnej, popierał Bractwo Nauki Chrześcijańskiej. Za podstawę nauczania wiary służył katechizm, ułożony niewiele wcześniej przez Świętego Kardynała Roberta Bellarmina. Sam także cały wolny czas poświęcał nauczaniu. Stworzył nowy ideał pobożności, polegający na tym, że życie duchowe, wewnętrzne, praktykowane w klasztorach, wydobył z ukrycia, aby „wskazywało drogę tym, którzy żyją wśród świata”. W roku 1604 zapoznał się ze Świętą Joanną Franciszką de Chantal i przy jej współpracy założył nową rodzinę zakonną – sióstr Nawiedzenia NMP, czyli sióstr wizytek, które w 1654 roku przybyły nawet do Polski i zamieszkały w Warszawie.
Franciszek zmarł nagle, w Lyonie, podczas powrotu ze spotkania z królem Francji, w dniu 28 grudnia 1622 roku. Jego ciało przeniesiono do Annecy, gdzie spoczęło w kościele macierzystym sióstr wizytek. Jego serce zatrzymały jednak wizytki w Lyonie. Beatyfikacja odbyła się w roku 1661, a Kanonizacja już w roku 1665. Papież Pius IX ogłosił Świętego Franciszka Salezego Doktorem Kościoła, a Papież Pius XI – Patronem dziennikarzy i katolickiej prasy. Jego pisma wyróżniają się tak pięknym językiem i stylem, że do dnia dzisiejszego zalicza się je do klasyki literatury francuskiej.
W jednym z jego dzieł, zatytułowanym „Wprowadzenie do życia pobożnego”, czytamy: „Bóg stwarzając świat rozkazał roślinom przynosić owoc – każdej według swego rodzaju. Podobnie też nakazuje chrześcijanom, żywym roślinom swego Kościoła, aby przynosili owoce pobożności odpowiednio do stanu i powołania. Inaczej rozwijać ma pobożność człowiek wyżej postawiony, inaczej rzemieślnik lub sługa, inaczej książę, inaczej wdowa, inaczej dziewica lub małżonka. Nawet i to nie wszystko. Trzeba jeszcze, aby każdy rozwijał pobożność odpowiednio do swych sił, zajęć i obowiązków.
Powiedz mi, proszę, Filoteo, czy byłoby rzeczą właściwą, gdyby biskupi zapragnęli żyć w samotności jak kartuzi, gdyby ludzie żonaci nie więcej starali się o powiększenie dóbr materialnych niż kapucyni, gdyby rzemieślnik cały dzień spędzał w kościele jak zakonnik, a znowu zakonnik był wystawiony na wszelkiego rodzaju spotkania i sprawy, jak ci, którzy zobowiązani są śpieszyć bliźnim z pomocą, na przykład biskup? Czyż taka pobożność nie byłaby śmieszna, nieuporządkowana i nieznośna? A tymczasem tego rodzaju pomyłki i nieporozumienia zdarzają się bardzo często.
Otóż nie, moja Filoteo: pobożność, jeżeli jest prawdziwa i szczera, niczego nie rujnuje, ale wszystko udoskonala i dopełnia. Kiedy zaś przeszkadza i sprzeciwia się prawowitemu powołaniu lub stanowi, z pewnością jest fałszywa.
Pszczoła tak zbiera miód z kwiatów, iż nie doznają one żadnej szkody. Pozostawia je nienaruszone i świeże, tak jak je zastała. Otóż prawdziwa pobożność czyni więcej: nie tylko nie przeszkadza żadnemu powołaniu, żadnemu zajęciu, ale przeciwnie, wszystko doskonali i ozdabia. […] Gdziekolwiek zatem jesteśmy, możemy i powinniśmy dążyć do doskonałości.” Tyle z dzieła naszego dzisiejszego Patrona.
Widzimy zatem, że uczył on ludzi otwierania się na Boga i wprowadzania Go w najzwyklejsze okoliczności życia. Jego droga do świętości polegała – jak słyszeliśmy – na praktykowaniu pobożności odpowiedniej do swego stanu i powołania oraz na tym, aby solidnie wypełniać swoje codzienne obowiązki, poczynając od tych najprostszych i najbardziej zwyczajnych. A wszystko – z miłości do Boga.
Jego droga do świętości była więc – jeśli tak można powiedzieć – bardzo praktyczna! Jednej z kobiet, która dopytywała go o jakąś dobrą radę, bo chciała być świętą, kazał na początek przestać trzaskać drzwiami. A innej – wyczyścić buty i ubrać się czysto i schludnie. Taki zwyczajny styl i taka „praktyczna” duchowość, jaką proponuje dzisiejszy Patron, to chyba dobra propozycja dla nas wszystkich!
Wpatrzeni w tę jego postawę, oraz zasłuchani w Boże słowo dzisiejszej liturgii, zapytajmy raz jeszcze samych siebie: Czy mamy odwagę wyjść poza ramy czysto ludzkiego postrzegania rzeczywistości i spróbować spojrzeć na nią tak, jak patrzy Jezus? Na czyim osądzie bardziej nam zależy: na ludzkim – czy jednak tym Jezusowym?…
