Ja w nich – a Ty we Mnie!

J

Szczęść Boże! Moi Drodzy, w dniu dzisiejszym imieniny przeżywają:

Arcybiskup Andrzej Dzięga – przed laty Dziekan Wydziału Prawa, Prawa Kanonicznego i Administracji KUL, a w tym czasie: mój Profesor i Promotor drugiej mojej pracy magisterskiej, z prawa kanonicznego;

Ksiądz Kanonik Andrzej Polak, który jako starszy Kolega wprowadzał mnie w arkana życia seminaryjnego;

Ksiądz Andrzej Szpura – Kolega z jednego liceum i z jednej miejscowości; także: wczorajszy Jubilat;

Ksiądz Andrzej Witkowski – były Proboszcz mojej rodzinnej Parafii.

Rocznicę ślubu przeżywają natomiast Państwo Marta i Dawid Błaszczakowie, także z Białej Podlaskiej.

Urodziny zaś przeżywa Grzegorz Pałyska, należący w swoim czasie do Wspólnoty młodzieżowej w Trąbkach.

Wszystkim świętującym życzę, aby swoją modlitwą i przykładem życia – jak dzisiejszy Patron – jednoczyli ludzi z Bogiem i ludzi pomiędzy sobą! Zapewniam o swojej modlitwie w tej intencji!

Drodzy moi, pozdrawiam Was z Lublina, gdzie dane mi będzie przeżyć jedną piękną uroczystość, a potem wyjechać na drugą. Najpierw – o 12:00 – Pierwsza Komunia Święta, jaką przeżywać będzie Cyprian Józef Sulowski, Syn Łukasza i Żanny, bardzo bliskich mi Osób.

Gdyby ktoś chciał być z nami duchowo i wizualnie, to zapraszam:

https://www.youtube.com/c/Parafia%C5%9BwJanaKantegowLublinie/streams

Potem udam się do Leopoldowa, gdzie o 17:00 mam celebrować Mszę Świętą w intencji Proboszcza tejże Parafii, Księdza Kanonika Andrzeja Polaka, z okazji imienin. Dzisiejsze rozważanie to słowo, które zamierzam wygłosić na tej Mszy Świętej – może w nieco krótszej formie.

Potem wracam do Lublina.

Wczoraj natomiast, po Mszy Świętej wieczorowej u Jana Kantego, miałem możliwość włączyć się do pomocy w Spowiedzi przed dzisiejszą Pierwszą Komunią Świętą. I tak się jakoś złożyło, że Koledzy już skończyli i wyszli, i pojechali sobie, a do mnie ciągle ktoś podchodził… Odbyliśmy wiele naprawdę dobrych i mocnych rozmów. Niech Pan błogosławi tym, z którymi miałem możliwość wczoraj rozmawiać na tej płaszczyźnie sakramentalnej!

I dziękuję Księdzu Kanonikowi Bogdanowi Zagórskiemu – naszej Najdostojniejszej Eminencji – za życzliwość, gościnność i możliwość włączenia się w życie tej pięknej Parafii i prawdziwej kapłańskiej Wspólnoty! Naprawdę, jest to dla mnie wielkim ubogaceniem!

A teraz już zapraszam do pochylenia się nad Bożym słowem dzisiejszej liturgii. Oto słówko Księdza Marka na dziś:

https://www.youtube.com/c/CatholicSurgut

Zatem, co dziś mówi do mnie osobiście Pan? Jakich konkretnych wskazań właśnie mi udziela? Duchu Święty, podpowiedz…

Niech Was błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec + i Syn, i Duch Święty. Amen

Gaudium et spes! Ks. Jacek

Święto Świętego Andrzeja Boboli,

Kapłana i Męczennika, Patrona Polski,

16 maja 2026., 

do czytań z t. VI Lekcjonarza:

Ap 12,10–12a; 1 Kor 1,10–13.17–18; J 17,20–26

CZYTANIE Z KSIĘGI APOKALIPSY ŚWIĘTEGO JANA APOSTOŁA:

Ja, Jan, usłyszałem donośny głos mówiący w niebie: „Teraz nastało zbawienie, potęga i królowanie Boga naszego i władza Jego Pomazańca, bo strącony został oskarżyciel naszych braci, który dniem i nocą oskarża ich przed naszym Bogiem. A oni zwyciężyli dzięki krwi Baranka i dzięki słowu swojego świadectwa i nie umiłowali życia aż do śmierci.

Dlatego radujcie się, niebiosa oraz ich mieszkańcy”.

ALBO:

CZYTANIE Z PIERWSZEGO LISTU ŚWIĘTEGO PAWŁA APOSTOŁA DO KORYNTIAN:

Upominam was, bracia, w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa, abyście byli zgodni i by nie było wśród was rozłamów; byście byli jednego ducha i jednej myśli.

Doniesiono mi bowiem o was, bracia moi, przez ludzi Chloe, że zdarzają się między wami spory. Myślę o tym, co każdy z was mówi: „Ja jestem Pawła, a ja Apollosa; ja jestem Kefasa, a ja Chrystusa”. Czyż Chrystus jest podzielony? Czyż Paweł został za was ukrzyżowany? Czyż w imię Pawła zostaliście ochrzczeni?

Nie posłał mnie Chrystus, abym chrzcił, lecz abym głosił Ewangelię, i to nie w mądrości słowa, by nie zniweczyć Chrystusowego krzyża. Nauka bowiem krzyża głupstwem jest dla tych, co idą na zatracenie, mocą Bożą zaś dla nas, którzy dostępujemy zbawienia.

SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO JANA:

W czasie ostatniej wieczerzy Jezus, podniósłszy oczy ku niebu, modlił się tymi słowami:

Ojcze Święty, proszę nie tylko za nimi, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie, aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili jedno w Nas, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał.

I także chwałę, którą Mi dałeś, przekazałem im, aby stanowili jedno, tak jak My jedno stanowimy. Ja w nich, a Ty we Mnie. Oby się tak zespolili w jedno, aby świat poznał, żeś Ty Mnie posłał i żeś Ty ich umiłował tak, jak Mnie umiłowałeś.

Ojcze, chcę, aby także ci, których Mi dałeś, byli ze Mną tam, gdzie Ja jestem, aby widzieli chwałę moją, którą Mi dałeś, bo umiłowałeś Mnie przed założeniem świata.

Ojcze sprawiedliwy! Świat Ciebie nie poznał, lecz Ja Ciebie poznałem i oni poznali, żeś Ty Mnie posłał. Objawiłem im Twoje imię i nadal będę objawiał, aby miłość, którą Ty Mnie umiłowałeś, w nich była i Ja w nich”.

Dzisiejszy nasz Patron, Święty Andrzej, urodził się 30 listopada 1591 roku, w Strachocinie koło Sanoka. Pochodził ze szlacheckiej rodziny, bardzo przywiązanej do religii katolickiej. Nauki humanistyczne wstępne i średnie – wraz z retoryką – pobierał w jednej ze szkół jezuickich, prawdopodobnie w Wilnie, w latach 1606–1611. Tu opanował sztukę wymowy i posiadł doskonałą znajomość języka greckiego, co ułatwiło mu w przyszłości rozczytywanie się w pismach greckich Ojców Kościoła i dyskusjach z teologami prawosławnymi.

Dnia 31 lipca 1611 roku, w wieku lat dwudziestu, wstąpił do Zakonu jezuitów w Wilnie, gdzie 12 marca 1622 roku otrzymał Święcenia kapłańskie. Po Święceniach był rektorem kościoła, kaznodzieją, spowiednikiem, misjonarzem ludowym i prefektem bursy dla ubogiej młodzieży w Nieświeżu. Jako misjonarz, Andrzej obchodził zaniedbane wioski, chrzcił, łączył pary małżeńskie, wielu grzeszników skłonił do Spowiedzi, nawracał prawosławnych.

W latach 1624–1630 kierował Sodalicją Mariańską mieszczan, prowadził konferencje z Pisma Świętego i dogmatyki. Wreszcie został mianowany rektorem kościoła Świętego Kazimierza w Wilnie. Następnie pracował kolejno w Bobrujsku, Połocku, Warszawie, Łomży, w Wilnie i w Pińsku.

Z relacji jemu współczesnych wynika, że Andrzej był skłonny do gniewu i zapalczywości, do upierania się przy własnym zdaniu, a do tego jeszcze niecierpliwy! Jednak świadectwa przełożonych, zostawione na piśmie, podkreślają, że pracował nad sobą, że miał wybitne zdolności, był dobrym kaznodzieją, miał dar obcowania z ludźmi. Wytrwałą pracą nad sobą doszedł do takiego stopnia doskonałości chrześcijańskiej i zakonnej, że pod koniec życia powszechnie nazywano go świętym. Dzięki współpracy z Bożą łaską potrafił wznieść się ponad przeciętność, na wyżyny heroizmu!

Przez całe swe pracowite życie Andrzej wyróżniał się żarliwością o zbawienie dusz. Dlatego był niezmordowany w głoszeniu kazań i w spowiadaniu. Mieszkańcy Polesia żyli wówczas w wielkim zaniedbaniu religijnym. Szerzyła się ciemnota, zabobony, pijaństwo. Andrzej chodził po wioskach – od domu do domu – i nauczał. Nazwano go apostołem Pińszczyzny i Polesia. Nawrócił wielu prawosławnych. Jego gorliwość, którą najlepiej określa nadany mu przydomek „łowcy dusz” – tak zwanego „duszochwata” – stała się powodem wrogości ze strony prawosławnych. W czasie wojen kozackich przerodziła się wręcz w nienawiść i miała dramatyczny finał.

Pińsk, jako miasto pogranicza, był w tamtym okresie często miejscem walk i zatargów. Do roku 1657 był w rękach polskich i jezuici mogli tu w miarę normalnie pracować. Ale już w tym właśnie roku wkroczyli Kozacy. Najbardziej zagrożeni jezuici – wśród nich nasz Patron – ratowali się ucieczką. Udawało się to do czasu, kiedy pod wsią Mogilno Andrzeja pochwycił oddział żołnierzy.

Wtedy zdarto zeń suknię kapłańską i na pół obnażonego zaprowadzono pod płot, gdzie przywiązanego do słupa, zaczęto bić nahajami. Kiedy ani namowy, ani krwawe bicie nie złamało kapłana, aby się wyrzekł wiary, oprawcy ucięli świeże gałęzie wierzbowe, upletli z niej koronę na wzór Chrystusowej i włożyli ją na jego głowę. Zaczęto go policzkować, aż wybito mu zęby, wyrywano mu paznokcie i zdarto skórę z górnej części ręki. Przywiązano go wreszcie do konia, za którym musiał biec, popędzany kłuciem lanc.

Nie sposób nawet opisywać okrucieństw, których doznał potem, ale trzeba powiedzieć, iż były to wyjątkowo wymyślne i straszne tortury, między innymi – odzieranie ze skóry i przypalanie ogniem. Ostatecznie, zamęczony został 16 maja 1657 roku, w Janowie na Polesiu.

I tak, jak za życia zmieniał miejsca swojej działalności, tak i po śmierci – z powodu różnych uwarunkowań historycznych, jak chociażby kasata jezuitów – jego ciało zmieniało miejsce spoczynku. A spoczywało i w Pińsku, i w Moskwie (w muzeum medycznym…); następnie w Kaplicy Świętej Matyldy na Watykanie, a wreszcie w Warszawie, w kościele jezuitów, gdzie znajduje się do dziś. Andrzej Bobola został beatyfikowany 30 października 1853 roku, a kanonizowany 17 kwietnia 1938 roku, w uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego, przez Papieża Piusa XI.

W kwietniu 2002 roku, Kongregacja Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, przychylając się do prośby Prymasa Polski, Kardynała Józefa Glempa, nadała Świętemu Andrzejowi Boboli tytuł drugorzędnego Patrona Polski.

Natomiast z okazji trzechsetnej rocznicy śmierci naszego Patrona, Papież Pius XII wydał jemu poświęconą encyklikę: Invicti athletae Christi”, w której między innymi napisał:

Życie Andrzeja Boboli jaśniało blaskiem prawdziwej wiary. Jej moc, mająca swe źródło w Bożej łasce, rozwijała się i wzrastała z biegiem lat, ozdabiała go szczególnie i uczyniła niezłomnym w obliczu męczeństwa. […] Z głębi duszy przyjmował wszystko, co Kościół katolicki naucza i każe czynić, i całym sercem do tego się przykładał. Już w młodości tłumił w sobie burzące się złe skłonności, które po nieszczęsnym upadku Adama tak bardzo targają naszą ludzką naturą – przeciwstawiał się im oraz je ujarzmiał, a także usilnie wyrabiał w sobie chrześcijańską postawę i cnoty.

Płonął wielkim umiłowaniem Boga i bliźnich. Gdy tylko mógł, spędzał długie godziny przed Najświętszym Sakramentem i wedle sił wspierał wszelką nędzę i wszelkie potrzeby. Boga miłował ponad wszystko i […] szukał jedynie chwały Bożej. Nic zatem dziwnego, że ten bojownik Chrystusa, wyróżniający się takimi przymiotami ducha, tyle zdziałał, i że jego praca apostolska przyniosła tak wiele zbawiennych owoców. Bo gdy został kapłanem, oddał się cały pracy apostolskiej i jako wędrowny misjonarz nie szczędził sił w głoszeniu prawdziwej wiary, która przynosi owoce dobrych uczynków.

Ów niestrudzony wyznawca Chrystusa sam żył tą wiarą i za nią oddał w ofierze własne życie. Przerazić może wspomnienie okrutnych cierpień, które zniósł nieustraszony w wierze polski Męczennik, a świadectwo przez niego złożone zalicza się do najszlachetniejszych wśród tych, które sławi Kościół.

Dzisiaj również religia katolicka jest w świecie wystawiona na ciężką próbę i ze wszelkich sił trzeba jej strzec, głosić ją i szerzyć. Wiele tu trzeba przezwyciężyć trudności i wiele ofiar ponieść, nie godzi się jednak od nich uchylać, bo chrześcijanin ma być niezachwiany w działaniu i w przeciwnościach. Ale Bóg stokrotnie mu to wynagrodzi szczęśliwością wiecznego życia.

Jednakże, jeżeli istotnie chcemy mężnie dążyć do doskonałości chrześcijańskiej, wiedzmy, że i ona jest swoistym męczeństwem. Bo nie tylko przez rozlanie krwi dajemy Bogu dowód naszej wiary, ale i przeciwstawiając się powabom grzechu i oddając się całkowicie i wielkodusznie Temu, który jest naszym Stwórcą i Zbawcą, a który będzie kiedyś w niebie naszą nieprzemijającą radością.

Niech więc będzie nam przykładem męstwo Andrzeja Boboli. Bądźmy – jak on – ludźmi niezwyciężonej wiary, zachowajmy ją i brońmy z całą mocą! Niech i nam się udziela jego gorliwość apostolska i niech każdy według swoich sił i możliwości przyczynia się do umocnienia i szerzenia królestwa Chrystusowego na ziemi.” Tyle Papież Pius XII.

A my, słuchając Bożego słowa, przeznaczonego na dzisiejsze święto w liturgii Kościoła, z pewnością zauważamy, że dużo w nim mowy o jedności. Święty Paweł, zwracając się do wiernych Gminy chrześcijańskiej korynckiej – ale oczywiście także do nas wszystkich – stwierdza bardzo stanowczo: Upominam was, bracia, w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa, abyście byli zgodni i by nie było wśród was rozłamów; byście byli jednego ducha i jednej myśli.

A dlaczego musiał skierować to mocne wezwanie? Sam to wyjaśnia tak: Doniesiono mi bowiem o was, bracia moi, przez ludzi Chloe, że zdarzają się między wami spory. Myślę o tym, co każdy z was mówi: „Ja jestem Pawła, a ja Apollosa; ja jestem Kefasa, a ja Chrystusa”. Czyż Chrystus jest podzielony? Czyż Paweł został za was ukrzyżowany? Czyż w imię Pawła zostaliście ochrzczeni?

Jakby pisał o naszych czasach! Jakby pisał o współczesnym Kościele, jakby pisał o współczesnej Polsce, jakby pisał o naszych lokalnych społecznościach – większych i mniejszych – gdzie wielu chciałoby rządzić, wielu chciałoby ustawiać po swojemu życie innych, wielu uważa, że ma jedyną i słuszną rację, nawet bez próby wysłuchania racji drugiego. Ale też – gdzie wielu ulega presji doraźnych przywódców, samozwańczych liderów, chętnie dając posłuch temu, który głośniej wykrzyczy swoje racje albo korzystniej wypadnie w mediach. Grunt, żeby upierać się przy swoim i przypadkiem nie zgodzić się ze zdaniem drugiego – często wręcz dla zasady.

Dlatego to dzisiejsze wezwanie Pawła możemy bez obawy włożyć w usta zarówno dzisiejszego Patrona, jak i wielu innych odważnych Pasterzy Kościoła, ale i wielu świeckich prawdziwych przywódców i przewodników ludu, którzy życie poświęcili dobru wspólnemu i budowaniu wśród ludzi prawdziwej jedności, zgody i współpracy.

A wszyscy oni dlatego mogli uznać za swoje słowa Apostoła Pawła, że wcześniej jeszcze uznali za swoje słowa modlitwy Jezusa z dzisiejszej Ewangelii: Ojcze Święty, proszę nie tylko za nimi, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie, aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili jedno w Nas, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał. I także chwałę, którą Mi dałeś, przekazałem im, aby stanowili jedno, tak jak My jedno stanowimy. Ja w nich, a Ty we Mnie. Oby się tak zespolili w jedno, aby świat poznał, żeś Ty Mnie posłał i żeś Ty ich umiłował tak, jak Mnie umiłowałeś.

Oto jest źródło i podstawa prawdziwej jedności międzyludzkiej: jedność z Bogiem. Jezus bardzo precyzyjnie zarysował dzisiaj – by się tak wyrazić – kierunki budowania tej jedności. Jest to zatem jedność Ojca z Synem – i Syna z Ojcem. Jest to jedność ludzi z Bogiem i Boga z ludźmi. Jedność Jezusa z ludźmi i jedność Jezusa z Ojcem, a przez to jedność Ojca z ludźmi. A gdyby się tak jeszcze mocniej wczytać, wmyśleć w te przytoczone tu słowa, to można by jeszcze drobniejsze i delikatniejsze aspekty tej serdecznej, a wręcz intymnej i czułej jedności zauważyć i podkreślić.

A czytanie z Księgi Apokalipsy uświadamia nam, że tę jedność Jezus najmocniej zbudował i scementował swoją Krwią, przelaną w zbawczej Ofierze. I także dzisiejszy Patron przypieczętował całe swoje życiowe i kapłańskie dzieło budowania jedności ludzi z Bogiem i jedności ludzi pomiędzy sobą – także pomiędzy różnymi wyznaniami – swoją krwią, przelaną męczeńsko. On, którego potomni nazwali i nazywają „duszochwatem”, czyli łowcą dusz, nie zdobywał tych dusz dla siebie, ale właśnie dla Jezusa i dla Świętego Kościoła Katolickiego. I nie zdobywał ich inaczej, jak swoim osobistym poświęceniem, zaangażowaniem, zapracowaniem, cierpieniem, a w końcu – męczeństwem.

Drodzy moi, to nam uświadamia tę jasną prawdę, że tego, co dobre, co trwałe, co święte – nie da się osiągnąć bez daru z siebie, bez ofiary, złożonej ze swego życia, i to niekoniecznie w sposób męczeński. Jezus złożył Ofiarę męczeńską, Paweł Apostoł i pozostali Apostołowie – poza Janem – także. I Andrzej. I tylu Męczenników. Ale wszyscy oni – zanim oddali życie w sposób męczeński – i pozostali Święci, którzy nie ponieśli śmierci męczeńskiej: wszyscy składali ofiarę ze swego życia na sposób pięknie przeżywanej codzienności.

Poprzez ofiarowanie swego życia na sposób codzienny. A mówi się, że właśnie codzienność jest najwnikliwszym i najprawdziwszym egzaminatorem z wiary, z miłości… Codzienność! Codziennie składana ofiara ze swego życia, ze swoich sił i talentów, ze swojego zaangażowania i zapracowania… Także – w rozsądny sposób – ze stanu swego posiadania, ze swoich pieniędzy.

Muszą o tym zawsze pamiętać wszyscy ci, którym zależy na Bogu – i na drugim człowieku. Którym zależy na jedności. Muszą o tym pamiętać wszyscy uczniowie Jezusa Chrystusa – Jego wyznawcy, naśladowcy, świadkowie i głosiciele – zarówno duchowni, jak i świeccy. I właśnie my wszyscy – a szczególnie my, księża – wpatrzeni w przykład życia i śmierci Świętego Andrzeja (i tego, co działo się z jego ciałem po śmierci), uświadamiamy sobie na nowo, że nasza posługa, jeśli ma przynosić owoce, musi kosztować.

Przypominają nam się w tym momencie na pewno te wszystkie sytuacje, w których nam już ręce opadały, serca stygły i gasły; kiedyśmy doświadczali bezowocności swoich działań; kiedy nasze słowa, kierowane do drugiego człowieka, albo wygłaszane przez nas, księży, na kazaniach i w ramach katechezy, zupełnie nie docierały do świadomości tych, do których je kierowaliśmy; a nasze modlitwy – niczym groch o ścianę…

Kiedy na naszych oczach – niczym domki z kart – rozpadały się, a może rozpadają się właśnie kolejne nasze dzieła i działania, nasze inicjatywy i pomysły, z którymi wiązaliśmy takie nadzieje, w które włożyliśmy tyle entuzjazmu, zapału, potu i łez, czasu i pieniędzy – a teraz ludzie albo oficjalnie odchodzą (i to jeszcze często z jakimiś niezrozumiałymi pretensjami), albo odchodzą po cichu, zrywając po prostu kontakt…

W takich sytuacjach ja osobiście wielokrotnie stawiałem Panu naszemu pytanie, gdzie popełniłem błąd? Co zrobiłem nie tak? Czy może „grałem” bardziej na siebie, niż na Jezusa? Czy może bardziej wokół siebie budowałem wspólnotę i jedność, niż wokół Jezusa i z Jezusem? Nie wiem! Na pewno, wiele rzeczy – jako kapłan – dzisiaj zrobiłbym inaczej, mądrzej, spokojniej, po prostu lepiej… Ale to dzisiaj, mając to doświadczenie, które mam, po dwudziestu ośmiu latach kapłaństwa.

Natomiast doświadczając tego właśnie – przez te wszystkie lata – że tyle tego mojego zapału i zaangażowania poszło na marne (według mojej ludzkiej oceny), nie przyniosło żadnych owoców i nawet ludzie, z którymi wiązałem największe nadzieje, po prostu odeszli (tak, wiem, wielu z nich zawiodło się na mnie, nie spełniłem ich oczekiwań, często słusznych…), przeto nieraz na modlitwie mówię Panu naszemu: „I cóż ja Ci mogę dać? Zobacz, masz przed sobą totalnego nieudacznika, który za co się nie zabrał, to wszystko spaprał! I tak naprawdę to trudno mi dzisiaj pokazać i podarować Ci coś, co mi się – tak po ludzku patrząc – do końca udało. Tylko tyle więc mogę Ci dać: moją nieudolność… I moją dobrą wolę… I mój zapał, który dalej chcę angażować, o ile Ty mi pomożesz… Ja wiem, że Ty mi pomożesz! Ty mnie na pewno nie zostawisz – choćby ludzie, nawet ci najbliżsi, kiedyś odeszli…”

Drodzy moi, wybaczcie tę szczerość i ten osobisty ton świadectwa, którym się z Wami dzielę… Może okazja nie jest najlepsza, bo to w końcu imieniny Proboszcza. Ale mówię to dzisiaj właśnie dlatego – w dniu imienin Kapłana, który mnie osobiście uczył kapłaństwa, wprowadzając mnie w tajniki życia seminaryjnego na samym jego początku – że mam świadomość, iż takim samym doświadczeniem może się podzielić wielu kapłanów, w tym także może i nasz Solenizant. Ileż to rzeczy nam tak po ludzku nie wyszło! Ileż spraw chcielibyśmy rozstrzygnąć inaczej, ile relacji z ludźmi ułożyć lepiej…

Wiemy jednak, że czasu się nie cofnie. Ale wiemy też, że moc naszego świadectwa i naszej posługi jest w Jezusie, a nie w nas. Bardzo czytelnie przekonuje nas o tym życie i posługa dzisiejszego Patrona! Ileż on doświadczył sprzeciwu, cierpienia, upokorzeń – przez całe życie, już nie mówiąc o tym ostatnim etapie, czyli tym etapie męczeństwa. Ale i po śmierci jego ciało nie zaznało spokoju… A jednak dzisiaj jest jednym z najpopularniejszych polskich Świętych, kolejne Parafie zabiegają o jego relikwie, uroczyście wprowadzając je do swoich świątyń. I wpatrują się w przykład tego wyjątkowego Człowieka, któremu za życia – można by rzec – tak niewiele wyszło… A teraz jego świadectwo tak bardzo porusza serca!

Bo tak właśnie jest na służbie Jezusa! Tu trzeba zastosować zupełnie inną miarę, niż ta nasza, ludzka miara. Według kategorii Jezusowego myślenia i spojrzenia: w tych wszystkich sytuacjach, w których wydaje się nam, że totalnie przegrywamy – choć jesteśmy wręcz przekonani, iż wszystko robimy należycie i zgodnie z wolą Bożą – to kroczymy po właściwej drodze. Przykład Świętego Andrzeja przekonuje nas i mobilizuje do tego, byśmy nigdy nie mierzyli swojego życia i swojego świadectwa ludzką miarą, bo wówczas nigdy nie będzie miało ono sensu. I żebyśmy nie oczekiwali ludzkiego poklasku, bo wtedy zwykle okazuje się, że nie jest to świadectwo, dawane Jezusowi, a sobie samym.

Szczególnie zaś nas, kapłanów, Święty Andrzej mobilizuje swoim przykładem do tego, byśmy doceniali nasze kapłaństwo i dawali z siebie więcej, jeszcze więcej, codziennie więcej, niczego za to od nikogo nie oczekując. NICZEGO – OD NIKOGO! I abyśmy nigdy naszej mocy i odwagi, naszej miłości i wiary, naszej radości i nadziei, nie budowali na sobie, ale na Jezusie. I TYLKO NA NIM!

Na tym Jezusie, który także został totalnie odrzucony, sponiewierany i zabity – ale który zmartwychwstał! A więc – zwyciężył! On zwyciężył – a nie Jego prześladowcy! On, Jezus Chrystus, Najwyższy Kapłan, który dzisiaj w Ewangelii modli się: Ojcze sprawiedliwy! Świat Ciebie nie poznał, lecz Ja Ciebie poznałem i oni poznali, żeś Ty Mnie posłał. Objawiłem im Twoje imię i nadal będę objawiał, aby miłość, którą Ty Mnie umiłowałeś, w nich była i Ja w nich.

Drogi Solenizancie, to jest moje jedyne życzenie dla Ciebie, w dniu Twoich imienin: Niech miłość Jezusa Cię przepełnia! Niech Cię przepełnia w takiej obfitości, byś do ostatniego dnia swojej kapłańskiej posługi mógł się nią dzielić ze wszystkimi, których On sam na Twojej drodze postawi: zarówno w tej Parafii, jak i w każdej innej, którą także On sam – mocą decyzji Biskupa – Ci wskaże! Niech dzięki Twojej posłudze Jezus codziennie znajduje swoje miejsce w sercach ludzkich! Swoje trwałe i pewne miejsce!

I obyś miał zawsze przekonanie, że wszystko, co robisz z Jezusem, dla Jezusa i ze względu na Jezusa – ma sens i jest potrzebne. Tak, jest nam wszystkim naprawdę bardzo potrzebne!

1 komentarz

  • Chcę podzielić się tym, jak Duch Święty otwiera mnie na potrzeby innych.
    W mieście Kirow znajduje się Centrum pomocy kobietom z dziećmi „Betlejem w Wiatce”, założony w 2009 roku przez katolickiego księdza z Polski, Grzegorza Zwolińskiego.
    W sierpniu ubiegłego roku zobaczyłam na stronie internetowej Centrum, że ​​potrzebują pieluch №3. Ale jak mogłam je zdobyć, skoro mieszkam w zupełnie innym mieście? Duch Święty natchnął mnie, żebym zamówiła je online z dostawą do centrum. Właśnie to zrobiłam, wcześniej umawiając się z kurierem, który miał przyjechać z personelem Centrum.
    Obecnie mieszkańcy Centrum potrzebują mleka modyfikowanego №1 i przecierów owocowych dla dzieci (dowolnej marki). Jeśli ktoś chce praktykować miłość bliźniego, proszę o kontakt z księdzem Grzegorzem, który doradzi, jak zorganizować pomoc dla Centrum z Polski: https://www.facebook.com/betlejem.wwiatce/

Archiwum wpisów

Ks. Jacek Jaśkowski

Witam serdecznie! Kłania się Ks. Jacek Jaśkowski. Nie jestem ani kimś ważnym, ani kimś znanym. Jestem księdzem, który po prostu chce rozmawiać. Codzienna kapłańska posługa pokazuje mi, że tematów do rozmów z księdzem jest coraz więcej i dzisiaj żaden ksiądz nie może od nich uciekać, ale – wprost przeciwnie – podejmować nowe wyzwania. To przekonanie skłoniło mnie do próby otwarcia tegoż bloga, chociaż okazji do rozmów na co dzień – w konfesjonale i poza nim – na szczęście nie brakuje. Myślę jednak, że ten blog będzie jeszcze jednym sposobem i przestrzenią nawiązania kontaktu z ludźmi dobrej woli, otwartymi na dialog.