Szczęść Boże! Moi Drodzy, w dniu dzisiejszym urodziny przeżywa moja Siostrzenica, Weronika Niedźwiedzka. Życzę Jej, aby tak, jak Jan Chrzciciel, we wspomnienie którego się urodziła, była odważnym Świadkiem Jezusa i przebojem szła przez życie, rozwijając swoje rozliczne talenty, którymi obdarzył Ją Pan! Niech będzie – jak dotąd – wielką dumą i radością całej naszej Rodziny! O to dzisiaj będę się modlił – i nie tylko dzisiaj.
A oto pozdrawiam Was z Rzymu. Wczoraj bardzo dobrze wypadł nam wyjazd do Asyżu. Odwiedziliśmy Bazylikę Świętego Franciszka – górną i dolną, w której znajduje się sarkofag z jego relikwiami – po czym przeszliśmy uliczkami Asyżu do Bazyliki Świętej Klary, a potem do kościoła Matki Bożej Większej, gdzie złożone jest ciało Świętego Carlo Acutisa. Tam też sprawowaliśmy Mszę Świętą. Po czym – już wyjeżdżając z Asyżu – odwiedziliśmy jeszcze kościół Porcujnkuli.
Dzisiaj spotykamy się na wspólnej Jutrzni o 8:30, po czym wyruszamy do Bazyliki Świętego Pawła za Murami, gdzie przeżyjemy Mszę Świętą, odmówimy nasze wspólne modlitwy, zwiedzimy Bazylikę, po czym większa część Grupy uda się nad morze, a ja z Natalką powrócimy do hotelu. Wcześniej jeszcze udamy się na Watykan, aby odebrać zdjęcia z Audiencji generalnej, dokumentujące osobiste powitanie niektórych naszych Uczestników z Ojcem Świętym. Potem zapewne pogadamy sobie z Natalką o sprawach bieżących, po czym będę chciał trochę popracować i pomodlić się w ciszy.
Zapewniam o mojej stałej modlitwie za Was!
Tymczasem, zapraszam już do zgłębienia Bożego słowa na dziś. Oto słówko Księdza Marka:
https://www.youtube.com/c/CatholicSurgut
Zatem, co dziś mówi do mnie Pan? Z jakimi konkretnym przesłaniem zwraca się właśnie do mnie – w tym kontekście, w jakim żyję? Duchu Święty, bądź natchnieniem i mądrością!
Niech Was błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec + i Syn, i Duch Święty. Amen
Gaudium et spes! Ks. Jacek
Wspomnienie Męczeństwa Św. Jana Chrzciciela,
29 sierpnia 2026.,
do czytań z t. VI Lekcjonarza: Jr 1,17–19; Mk 6,17–29
CZYTANIE Z KSIĘGI PROROKA JEREMIASZA:
Pan skierował do mnie następujące słowa: „Przepasz swoje biodra, wstań i mów wszystko, co ci rozkażę. Nie lękaj się ich, bym cię czasem nie napełnił lękiem przed nimi. A oto Ja czynię cię dzisiaj twierdzą warowną, kolumną ze stali i murem spiżowym przeciw całej ziemi, przeciw królom judzkim i ich przywódcom, ich kapłanom i ludowi tej ziemi. Będą walczyć przeciw tobie, ale nie zdołają cię zwyciężyć, gdyż Ja jestem z tobą – mówi Pan – by cię ochraniać.”
SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO MARKA:
Herod kazał pochwycić Jana i związanego trzymał w więzieniu, z powodu Herodiady, żony brata swego Filipa, którą wziął za żonę.
Jan bowiem wypominał Herodowi: „Nie wolno ci mieć żony twego brata”. A Herodiada zawzięła się na niego i rada byłaby go zgładzić, lecz nie mogła. Herod bowiem czuł lęk przed Janem, znając go jako męża prawego i świętego, i brał go w obronę. Ilekroć go posłyszał, odczuwał duży niepokój, a przecież chętnie go słuchał.
Otóż chwila sposobna nadeszła, kiedy Herod w dzień swoich urodzin wyprawił ucztę swym dostojnikom, dowódcom wojskowym i osobom znakomitym w Galilei.
Gdy córka Herodiady weszła i tańczyła, spodobała się Herodowi i współbiesiadnikom. Król rzekł do dziewczęcia: „Proś mię, o co chcesz, a dam ci”. Nawet jej przysiągł: „Dam ci, o co tylko poprosisz, nawet połowę mojego królestwa”.
Ona wyszła i zapytała swą matkę: „O co mam prosić?”
Ta odpowiedziała: „O głowę Jana Chrzciciela”.
Natychmiast weszła z pośpiechem do króla i prosiła: „Chcę, żebyś mi zaraz dał na misie głowę Jana Chrzciciela”.
A król bardzo się zasmucił, ale przez wzgląd na przysięgę i na biesiadników nie chciał jej odmówić. Zaraz też król posłał kata i polecił przynieść głowę jego. Ten poszedł, ściął go w więzieniu i przyniósł głowę jego na misie; dał ją dziewczęciu, a dziewczę dało swej matce.
Uczniowie Jana, dowiedziawszy się o tym, przyszli, zabrali jego ciało i złożyli je w grobie.
Rozważając w dniu dzisiejszym męczeństwo Jana Chrzciciela, chcemy sobie przypomnieć, iż był on jedynym synem kapłana Zachariasza i Elżbiety, krewnej Najświętszej Maryi Panny. Jego cudowne narodzenie i posłannictwo zwiastował Anioł Gabriel Zachariaszowi, kiedy ten sprawował w świątyni swe funkcje kapłańskie. Do chwili urodzenia dziecka Zachariasz był niemy za to, że nie chciał dać wiary słowom Anioła. Odzyskał mowę dopiero w momencie nadawania imienia swemu dziecku.
Jan urodził się sześć miesięcy przed narodzeniem Chrystusa. Nie znamy z całą pewnością miejsca jego urodzenia. Tradycja wskazuje jednak, że było nim Ain–Karim, około siedmiu kilometrów na zachód od Jerozolimy. Bardzo wcześnie, może już w dzieciństwie, Jan udał się na pustynię. W piętnastym roku panowania cesarza Tyberiusza rozpoczął swą misję poprzednika i zwiastuna Zbawiciela. Czynił to na pustkowiu, nad Jordanem.
Zjawienie się Jana i jego wystąpienia rozeszły się szerokim echem po Palestynie i okolicznych krajach. Sprawiła to wiadomość, że oczekiwany Zbawiciel już pojawił się na ziemi. Jan prowadził pokutniczy i pustelniczy tryb życia. Chrzcił wodą ciągnące do niego tłumy. Ochrzcił również Jezusa. Wielokrotnie widział Go i świadczył o Nim wobec ludu.
Na jego działalność zwracała uwagę starszyzna żydowska, zajmując jednak stanowisko wyczekujące. Zainteresował się nim także władca Galilei, Herod II Antypas. Być może sam Jan udał się do niego, by rzucić mu w oczy: Nie wolno ci mieć żony twego brata. Rozgniewany władca nakazał go aresztować i osadzić w twierdzy Macheront. W czasie uczty urodzinowej pijany król pod przysięgą zobowiązał się dać córce Herodiady, Salome, wszystko, o cokolwiek poprosi. Ta po naradzie z matką zażądała głowy Jana Chrzciciela. Zginął on ścięty mieczem. Był ostatnim Prorokiem Starego Testamentu.
W Kościele jest on jedynym świętym, którego wspomina się w liturgii w ciągu roku dwukrotnie: 24 czerwca – w uroczystość jego narodzenia – i 29 sierpnia, we wspomnienie jego męczeńskiej śmierci.
W swojej homilii, której fragment odnajdujemy dzisiaj w brewiarzowej Godzinie czytań, anglosaski benedyktyn Beda Czcigodny tak komentuje wydarzenie, które my dziś przeżywamy w liturgii Kościoła:
„Bez wątpienia Święty Jan został uwięziony i skazany za świadectwo złożone naszemu Odkupicielowi, którego zapowiadał. Dla Niego też poniósł śmierć. Umarł za Chrystusa, mimo iż prześladowca nie nakazywał się wyprzeć Chrystusa, lecz tylko zamilczeć prawdę.”
A to pokazuje, jak bardzo Jan wierny był zasadom, które wyznawał. Nie swoim zasadom, które sobie gdzieś tam kiedyś w głowie ułożył i przy których się upierał – by się tak wyrazić – „dla samej zasady”. Ale dlatego, że były to zasady Boże, a on był na służbie Bożej, powołany przez Boga, aby przygotował drogi Jego Synowi. Jan potraktował niezwykle poważnie to wezwanie. Można chyba nawet powiedzieć, że potraktował je śmiertelnie poważnie! Stąd jego twarde i bezkompromisowe słowa, skierowane do Heroda: Nie wolno ci mieć żony twego brata!
Co na to Herod? Co na to żona jego brata, z którą zaczął wspólnie żyć? Słyszymy: Herodiada zawzięła się na niego i rada byłaby go zgładzić, lecz nie mogła. Herod bowiem czuł lęk przed Janem, znając go jako męża prawego i świętego, i brał go w obronę. Ilekroć go posłyszał, odczuwał duży niepokój, a przecież chętnie go słuchał.
Bardzo ciekawa jest ta reakcja Heroda na słowa Jana. Wściekły na niego za tak ostre upomnienia, wtrącił go do więzienia, ale jednocześnie odczuwał przed nim lęk. A nawet – i to może zupełnie zaskakiwać – chętnie go słuchał! O czym tu więc mówimy? O jakichś resztkach sumienia?… O jakimś odruchu człowieczeństwa?
Zwłaszcza, że kiedy podstępna Herodiada doprowadziła – za pomocą próżnej i tak samo, jak ona sama, zdemoralizowanej i rozkapryszonej swojej córki – do wyroku skazującego Jana na śmierć, król bardzo się zasmucił, ale przez wzgląd na przysięgę i na biesiadników nie chciał jej odmówić. Taką bowiem przysięgę złożył – jak słyszeliśmy. Nie taką, że zetnie Jana, ale że da owej rozkapryszonej i zdemoralizowanej smarkuli wszystko, czego zażąda. A ona zapytała swoją matkę, czego ma zażądać. A matka – tylko czekała na to pytanie.
Skoro zaś padło owo mordercze żądanie – jak dalej słyszymy – król posłał kata i polecił przynieść głowę [Jana]. Ten poszedł, ściął go w więzieniu i przyniósł głowę jego na misie; dał ją dziewczęciu, a dziewczę dało swej matce. Uczniowie Jana, dowiedziawszy się o tym, przyszli, zabrali jego ciało i złożyli je w grobie.
Dlaczego zatem Jan zginął? Po co? Czy była to – by się tak wyrazić – potrzebna śmierć? Żadna śmierć nie jest potrzebna. Odkąd tylko istnieje, czyli od początku istnienia człowieka na świecie, śmierć nie jest potrzebna. Pojawiła się ona jednak z powodu ludzkiego grzechu i ciągle dotyka tych, po których przychodzi, a jednocześnie tych, których zostawia w żałobie po tych pierwszych. Ale dla tych pierwszych nieraz staje się okazją do złożenia najbardziej przekonującego świadectwa o wierności zasadom, które wyznają.
Bo chyba nie ma mocniejszego świadectwa, jak to właśnie, że człowiek życie jest w stanie oddać i faktycznie oddaje, aby potwierdzić, że nie ma dla niego ważniejszej sprawy, jak wierność temu wewnętrznemu Prawu, które nie od niego pochodzi, ale które dla niego jest programem życia i jego sensem. A takim prawem jest oczywiście to, które ustanowił Bóg, pod którym On się podpisał. I to właśnie za to Prawo człowiek winien oddawać życie.
Owszem, znamy takich, którzy na miejscu tegoż Prawa umieścili jakieś swoje własne. I można nawet życie oddać za swoje wizje i pasje, za jakieś swoje wyobrażenia o świecie, o ludziach i o sobie samych. Trudno tu raczej mówić o wyobrażeniach o Bogu, bo gdyby takowe były, to nie doszłoby do absurdalnych nieraz rozstrzygnięć – właśnie takich, że ktoś całe swoje życie (może nawet nie w sensie złożenia go w ofierze, ale poświęcenia w całości) oddaje jakiejś wydumanej idei. Jan dzisiaj pokazuje, że życie można – a nawet należy – oddać za wierność Bożym zasadom. Bo w ten sposób oddaje się je samemu Bogu. A On – już będzie wiedział, co z tym darem zrobić.
Tak, bo to właśnie On – sam Bóg – wezwał Jana słowami Proroctwa Ezechiela, które usłyszeliśmy w pierwszym czytaniu: Przepasz swoje biodra, wstań i mów wszystko, co ci rozkażę. Nie lękaj się ich, bym cię czasem nie napełnił lękiem przed nimi. A oto Ja czynię cię dzisiaj twierdzą warowną, kolumną ze stali i murem spiżowym przeciw całej ziemi, przeciw królom judzkim i ich przywódcom, ich kapłanom i ludowi tej ziemi. Będą walczyć przeciw tobie, ale nie zdołają cię zwyciężyć, gdyż Ja jestem z tobą – mówi Pan – by cię ochraniać.
Trochę może dziwnie brzmią słowa o ochranianiu przez Pana w sytuacji, w której człowiek oddaje życie w obronie Jego zasad. Ale my tu mówimy nie o doraźnym zwycięstwie lub przegranej, ale o działaniu długofalowym, całościowym, dalekosiężnym, obejmującym wręcz całą wieczność! A w takim ujęciu, nie mamy chyba wątpliwości, kto jest zwycięzcą w opisywanym dzisiaj wydarzeniu. Kto? Oczywiście – Jan Chrzciciel!
Ani Herod, ani jego zdeprawowana „partnerka” (mówiąc dzisiejszym językiem), ani jej zepsuta i rozkapryszona córeczka. Ani uczestnicy tamtej pamiętnej uczty, którzy wtedy dobrze zabawili się kosztem Jana. Czy tak samo dobrze bawią się, po drugiej stronie życia?…
Uczmy się, Drodzy moi, wierności Bożym zasadom! Nie jakimś swoim własnym, wydumanym, wynikającym z humorów; nie wiadomo skąd wziętych, dziwnych przekonań, wymyślonych na własny użytek teorii, zasłyszanych opinii, albo z tego jakże częstego przekonania, że to jam mam zawsze rację i „moje” musi być zawsze „na wierzchu” – ale wierności Bożym zasadom! Bo to właśnie za nie – i tylko za nie – można oddać życie! I to właśnie za nie – warto oddać życie! A nawet trzeba!
Niekoniecznie od razu poprzez męczeńską śmierć. Dzisiaj – jak się wydaje – o wiele bardziej potrzeba z naszej strony bezkompromisowej wierności Bożym zasadom! Każdego dnia, w każdej sytuacji i w każdej okoliczności. Bez względu na ludzką opinię. I bez względu na to, ile by to nie kosztowało.
