Ojcostwo duchowe

O

Szczęść Boże! Drodzy moi, do grona wczorajszych Solenizantów dołączam Sylwię Nestorowicz – moją Koleżankę z Klasy w Liceum imienia Kraszewskiego w Białej Podlaskiej. Dziękując za życzliwość – życzę Bożego błogosławieństwa, o które też będę się dla Solenizantki modlił.

Dzisiaj zaś urodziny przeżywa Jacek Sala – Tato Szymona, Autora rozważań wtorkowych na naszym forum.. Życzę Jubilatowi jak najszerszego otwarcia serca na wszelkie Boże natchnienia. Zapewniam o modlitwie!

Drodzy moi, pozdrawiam Was serdecznie z Siedlec, skąd zaraz wyruszam do Domu rodzinnego, skąd wyruszę – wraz z Rodzicami – do Działdowa, do Cioci Teresy Nowickiej, Siostry Taty, u której zatrzymamy się do jutra. Celem naszego wyjazdu jest nawiedzenie grobów rodzinnych i modlitwa w intencji Zmarłych z naszej Rodziny. W tej też intencji odprawię dzisiaj Mszę Świętą o godzinie 18:00, w Parafii Świętej Katarzyna Aleksandryjskiej, w Działdowie.

W związku z tym wyjazdem – nie ma dzisiaj Mszy Świętej o 19:00 w naszym Duszpasterstwie, ani Adoracji Najświętszego Sakramentu.

Zapewniam, że w czasie podróży – kiedy będę się modlił, a często to robię, w końcu to kilka godzin – będę pamiętał o Was!

Teraz zaś już zapraszam do wsłuchania się w Boże słowo dzisiejszej liturgii. Oto słówko Księdza Marka na dziś:

https://www.youtube.com/c/CatholicSurgut

Zatem, co dziś mówi do mnie Pan? Z jakim bardzo konkretnym i osobistym przesłaniem zwraca sie do mnie? Duchu Święty, podpowiedz…

Niech Was błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec + i Syn, i Duch Święty! Amen

Gaudium et spes! Ks. Jacek

Środa 31 Tygodnia zwykłego, rok II,

Wspomnienie Św. Karola Boromeusza, Biskupa,

4 listopada 2026., 

do czytań: Flp 2,12–18; Łk 14,25–33

CZYTANIE Z LISTU ŚWIĘTEGO PAWŁA APOSTOŁA DO FILIPIAN:

Umiłowani moi, skoro zawsze byliście posłuszni, zabiegajcie o własne zbawienie z bojaźnią i drżeniem nie tylko w mojej obecności, lecz jeszcze bardziej teraz, gdy mnie nie ma. Albowiem to Bóg jest w was sprawcą i chcenia, i działania zgodnie z Jego wolą.

Czyńcie wszystko bez szemrań i powątpiewań, abyście się stali bez zarzutu i bez winy jako nienaganne dzieci Boże pośród narodu zepsutego i przewrotnego. Między nimi jawicie się jako źródła światła w świecie. Trzymajcie się mocno Słowa Życia, abym mógł być dumny w dniu Chrystusa, że nie na próżno biegłem i nie na próżno się trudziłem.

A jeśli nawet krew moja ma być wylana przy ofiarniczej posłudze około waszej wiary, cieszę się i dzielę radość z wami wszystkimi: a także i wy się cieszcie i dzielcie radość ze mną.

SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO ŁUKASZA:

Wielkie tłumy szły z Jezusem. On zwrócił się i rzekł do nich: „Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem.

Bo któż z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie wpierw, a nie oblicza wydatków, czy ma na wykończenie? Inaczej gdyby założył fundament, a nie zdołałby wykończyć, wszyscy patrząc na to zaczęliby drwić z niego: «Ten człowiek zaczął budować, a nie zdołał wykończyć».

Albo który król, mając wyruszyć, aby stoczyć bitwę z drugim królem, nie usiądzie wpierw i nie rozważy, czy w dziesięć tysięcy ludzi może stawić czoło temu, który z dwudziestu tysiącami nadciąga przeciw niemu? Jeśli nie, wyprawia poselstwo, gdy tamten jest jeszcze daleko, i prosi o warunki pokoju.

Tak więc nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem”.

Jak odbieramy słowa Apostoła Pawła, skierowane do Filipian – ale przecież także i do nas – w dzisiejszym pierwszym czytaniu? Jaki ton w nich pobrzmiewa? Czyż nie ojcowski? Skoro już w pierwszym zdaniu dzisiejszego fragmentu Apostoł mówi: zawsze byliście posłuszni – to właśnie nawet te słowa kojarzą się nam zapewne z wiekiem dziecięcym, kiedy to wręcz „z definicji” należało być posłusznym swoim rodzicom, nauczycielom i wychowawcom. Całe to zdanie brzmi tak: Umiłowani moi, skoro zawsze byliście posłuszni, zabiegajcie o własne zbawienie z bojaźnią i drżeniem nie tylko w mojej obecności, lecz jeszcze bardziej teraz, gdy mnie nie ma.

Zatem, mamy tu do czynienia z bardzo mądrą pedagogią Pawła, polegającą na tym, iż stara się on tak ukształtować postawy swoich duchowych dzieci, aby niezależnie od tego, czy on, ich duchowy ojciec, jest z nimi i widzi ich postępowanie, czy też go nie ma, więc – tym samym – nie widzi, oni postępowali zawsze tak samo! Oczywiście, tak samo dobrze!

Bo to ostatecznie Bóg jest w [nich] sprawcą i chcenia, i działania zgodnie z Jego wolą. Cała sprawa tak naprawdę Boga dotyczy i ich relacji z Bogiem, a nie Pawła! Paweł – jeżeli nawet uważa się za ich duchowego ojca i oni go za takowego uważają – jest nim tylko i wyłącznie w odniesieniu do Boga, który pozostaje nieustająco w centrum całej tej sprawy. Stąd wypływa bardzo oczywiste moralne zobowiązanie, które Apostoł kieruje – a może lepiej: przypomina, na nowo uświadamia – swoim uczniom w słowach: Czyńcie wszystko bez szemrań i powątpiewań, abyście się stali bez zarzutu i bez winy jako nienaganne dzieci Boże pośród narodu zepsutego i przewrotnego.

Zatem: dzieci Boże! Jeżeli też jego, Pawła, duchowe dzieci, to dlatego, że przede wszystkim: dzieci Boże. I jeżeli mają się porządnie sprawować i dawać świadectwo swoją postawą, to nie po to, by zadowolić Pawła, ale by spełnić oczekiwanie Boga! Aby okazać się Jego «nienagannymi dziećmi»! I jako takie – niech to jeszcze raz mocno wybrzmi: pośród narodu zepsutego i przewrotnego – oni mają jaśnieć jako źródła światła w świecie. A w związku z tym, Apostoł poleca: Trzymajcie się mocno Słowa Życia, abym mógł być dumny w dniu Chrystusa, że nie na próżno biegłem i nie na próżno się trudziłem.

I tutaj padają słowa, które bardzo wyraźnie, a jednocześnie bardzo mocno pokazują, jak Paweł rozumie swoje duchowe ojcostwo: A jeśli nawet krew moja ma być wylana przy ofiarniczej posłudze około waszej wiary, cieszę się i dzielę radość z wami wszystkimi: a także i wy się cieszcie i dzielcie radość ze mną.

Zatem, z jednej strony – i to jest w ogóle kwestia fundamentalna, od której należy wyjść – odniesienie do Boga i postawienie w centrum całego tego spojrzenia Bożego ojcostwa, ale z drugiej strony: bardzo konkretne zaangażowanie Pawła, jako duchowego ojca, i jego troska o zbawienie swoich duchowych dzieci. Troska posunięta do gotowości oddania własnego życia za te swoje ukochane dzieci! Jak wiemy: gotowość da doczekała się spełnienia…

Zatem, ojcostwo duchowe Pawła nie jest postawieniem siebie samego na miejscu Boga, ale nie jest też zrzuceniem wszystkiego na Boga. Bóg jest Ojcem – i to jest kwestia najważniejsza – ale Paweł też jest ojcem, jako przedłużenie ojcowskiej ręki Boga, Jego troski, po prostu: Jego ojcowskiej miłości. Można zatem mówić tak naprawdę o jednym ojcostwie: tym Bożym, ale w konkrecie codzienności realizowanym przez Pawła.

Nie byłby to bowiem dobry ojciec – nie byłby to żaden ojciec – gdyby chciał swoje ojcostwo realizować w konkurencji do tego Bożego, albo obok niego, niezależnie od niego. Wtedy nie byłoby to ojcostwo, ale jakieś przywłaszczenie sobie drugiego człowieka, zniewolenie go. Dlatego wszystko, co Paweł Apostoł czynił, ale i co mówił i pisał w ramach pełnienia swojej misji Apostoła i nauczyciela – to wszystko czynił ze względu na Jezusa i w jedności z Nim.

I takiej postawy Jezus oczekuje od nas wszystkich, gdy w dzisiejszej Ewangelii mówi: Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem.

Oczywiście, my już wiemy, że nie chodzi o nienawiść w takim sensie, w jakim my ją rozumiemy, ale chodzi dokładnie o to, o czym tu sobie dzisiaj rozważamy: o postawienie Jezusa na pierwszym miejscu i odniesienie do Niego całego swego życia, całego swojego myślenia, mówienia i działania, wszystkich swoich planów i zamierzeń. Czyli – chodzi o to, co Jezus wypowiedział w ostatnim zdaniu dzisiejszego fragmentu ewangelicznego: Tak więc nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem.

Drodzy moi, to nie jest naprawdę żadną stratą: owo wyrzeczenie się «wszystkiego, co się posiada». A szczególnie – i na pierwszym miejscu – własnego: „ja”! To nie jest żadną stratą. Owszem, to swoje „ja” trzeba jak najbardziej zaangażować – i to we wszystko. Bo Jezus nie zrobi za nas tego, co my mamy zrobić. I nie podejmie decyzji, które my mamy – w sposób wolny i odpowiedzialny – podjąć. To jest naszym zadaniem.

Ale chodzi o to, aby te nasze życiowe drogi, którymi codziennie kroczymy – czasami, niestety, błądzimy – zbliżyć jak najbardziej do Jezusowej drogi. A docelowo: żeby to była jedna droga. A będzie takową, jeżeli – zgodnie z wezwaniem Jezusa – weźmiemy ten swój ciężki życiowy krzyż i pójdziemy za Nim. A tak naprawdę – z Nim. To jest jedyna dobra droga, na której nie będziemy błądzili teraz, w doczesności, a która doprowadzi nas do szczęśliwej wieczności.

Gdybyśmy zaś potrzebowali konkretnego przykładu, jak tę swoją życiową drogę „zgrać” z tą Jezusową, czyli jak w swoim życiu wszystko czynić z Jezusem, dla Jezusa i ze względu na Niego, to z pewnością warto skorzystać z przykładu, jaki swoim życiem i gorliwą posługą w Kościele daje nam Patron dnia dzisiejszego, Święty Karol Boromeusz.

Urodził się on we Włoszech, na zamku Arona, w dniu 3 października 1538 roku, jako syn arystokratycznego rodu. Jego ojciec wyróżniał się prawością charakteru, głęboką religijnością i miłosierdziem dla ubogich, stając się w ten sposób dla Karola – nawet wówczas, gdy był on już Kardynałem – ideałem życia chrześcijańskiego.

Już w młodym wieku Karol posiadał wielki majątek. Kiedy miał zaledwie siedem lat, miejscowy biskup dał mu suknię klerycką, przeznaczając go w ten sposób do stanu duchownego. Takie były ówczesne zwyczaje. Dwa lata później zmarła Karolowi matka. Dla zapewnienia mu odpowiednich warunków, gdy miał lat dwanaście, mianowano go opatem w rodzinnej miejscowości. Nie przyjął jednak tego daru z entuzjazmem, natomiast wymógł na ojcu, żeby dochody z opactwa przeznaczano na rzecz ubogich.

Pierwsze nauki pobierał Karol na zamku rodzinnym w Arona. Po ukończeniu studiów w domu, wyjechał zaraz na uniwersytet do Pavii, gdzie odbył studia z prawa kościelnego i cywilnego, zakończone w 1559 roku podwójnym doktoratem. W tym samym roku jego wuj został wybrany na Papieża, przyjmując imię: Pius IV. Za jego przyczyną Karol trafił do Rzymu, gdzie w dwudziestym trzecim roku życia, został mianowany Kardynałem i arcybiskupem Mediolanu, mimo że święcenia kapłańskie i biskupie przyjął dopiero dwa lata później, w roku 1563.

W latach następnych Papież mianował siostrzeńca Kardynałem – protektorem Portugalii, Niderlandów, a więc Belgii i Holandii, oraz katolików szwajcarskich, ponadto opiekunem wielu zakonów i Archiprezbiterem Bazyliki Matki Bożej Większej w Rzymie. Urzędy te i tytuły dawały Karolowi rocznie ogromny dochód. Oczywiście, nie da się ukryć, iż było to jawne nadużycie, jakie wkradło się do Kościoła w owym czasie. Jednak Pius IV był znany ze swej słabości do nepotyzmu.

Karol jednak bardzo poważnie traktował powierzone sobie obowiązki, a sumy, jakie przynosiły mu skumulowane godności i urzędy, przeznaczał hojnie na cele dobroczynne i kościelne. Sam żył ubogo jak mnich. Wkrótce stał się pierwszą po Papieżu osobą w Kurii Rzymskiej. Praktycznie nic nie mogło się bez niego dziać. Papież ślepo mu ufał. Nazywano go nawet „okiem Papieża”. Dzięki temu udało się mu uporządkować wiele spraw, usunąć wiele nadużyć, nie miał bowiem żadnego względu na urodzenie, ale na charakter i przydatność kandydata do godności kościelnych. Dlatego stanowczo usuwał ludzi niegodnych i karierowiczów.

Takie postępowanie zjednało mu – co oczywiste – licznych i nieprzejednanych wrogów. Dlatego zaraz po wyborze nowego Papieża, Świętego Piusa V – co dokonało się w roku 1567 – musiał opuścić Rzym. Bardzo się z tego ucieszył, gdyż mógł zająć się teraz bezpośrednio archidiecezją mediolańską. Stał się faktycznym pasterzem swojej owczarni.

Z całą wrodzoną sobie energią zabrał się do pracy. W 1564 roku otworzył wyższe seminarium duchowne. W kilku innych miastach założył seminaria niższe, by dla seminarium w Mediolanie dostarczyć kandydatów już odpowiednio przygotowanych. Przeprowadził też w swojej diecezji dokładną i wnikliwą wizytację kanoniczną, by zorientować się w sytuacji.

Popierał zakony i szedł im z wydatną pomocą. Dla ludzi świeckich zakładał bractwa – szczególnie popierał Bractwo Nauki Chrześcijańskiej, mające za cel katechizację dzieci. Dla przeprowadzenia koniecznych reform i uchwał Soboru Trydenckiego, zwołał aż trzynaście synodów diecezjalnych i pięć prowincjonalnych.

Dla umożliwienia ubogiej młodzieży studiowania na wyższych uczelniach, założył przy uniwersytecie w Pavii osobne kolegium. W Mediolanie założył szkołę wyższą filozofii i teologii, której prowadzenie powierzył jezuitom. Teatynom natomiast powierzył prowadzenie szkoły i kolegium w Mediolanie dla młodzieży szlacheckiej. Był fundatorem sierocińców oraz przytułków: dla bezdomnych, dla upadłych dziewcząt i kobiet.

Kiedy za jego pasterzowania wybuchła w Mediolanie kilka razy epidemia, Kardynał Karol nakazał otworzyć wszystkie spichrze i rozdać żywność ubogim. Skierował także specjalne zachęty do duchowieństwa, aby szczególną troską otoczyło zarażonych oraz ich rodziny. Podczas zarazy w 1576 roku niósł pomoc chorym, organizując posiłek dla siedemdziesięciu tysięcy osób dziennie. Ponadto, zaopatrywał umierających, oddając cierpiącym dosłownie wszystko. Oddał im nawet własne łóżko!

W czasie zarazy ospy, która pochłonęła ponad osiemnaście tysięcy ofiar, zarządził procesję pokutną, w czasie której sam szedł boso ulicami Mediolanu.

Warto tu jeszcze dodać, że ulubioną rozrywką Karola w młodości było polowanie i szachy. Był estetą, znał się na sztuce, pięknie grał na wiolonczeli. Z tych rozrywek zrezygnował jednak dla Bożej sprawy, oddany bez reszty zbawieniu powierzonych sobie dusz. Wyróżniał się szczególnym nabożeństwem do Męki Pańskiej. Dlatego nie rozstawał się z krzyżem. Tkliwą miłością darzył też sanktuaria Maryjne.

Największą zasługą Karola był jednak doprowadzenie do końca Soboru Trydenckiego. Sobór ten bowiem, rozpoczęty z wieloma nadziejami, z powodu złej organizacji wlókł się zbyt długo, bo aż osiemnaście lat: od roku 1545 do 1563. I dopiero dzięki interwencji naszego dzisiejszego Patrona, udało się dokończyć obrady. Na Soborze tym dyskutowano o wszystkich prawdach wiary, atakowanych przez protestantów – i gruntownie je wyjaśniono.

W dziedzinie dyscypliny kościelnej wprowadzono dekrety: nakazujące biskupom i duszpasterzom rezydować stale w diecezjach i parafiach, wprowadzono stałe wizytacje kanoniczne, regularny obowiązek zwoływania synodów, zakazano kumulacji urzędów i godności kościelnych, nakazano zakładanie seminariów duchownych – wyższych i niższych, wprowadzono do pism katolickich cenzurę kościelną, jak też indeks książek zakazanych, wreszcie wprowadzono regularną katechizację.

Większość z tych uchwał wprowadzono z inicjatywy Kardynała Karola Boromeusza. On też był inicjatorem utworzenia osobnej kongregacji Kardynałów, która miała za cel przypilnowanie, by uchwały Soboru były wszędzie zastosowane.

Zmarł w Mediolanie, w nocy z 3 na 4 listopada 1584 roku, wskutek febry. Pozostawił po sobie znaczny dorobek pisarski. Kanonizował go Papież Paweł V w roku 1610. Relikwie Świętego Kardynała spoczywają w krypcie katedry mediolańskiej.

A oto mała „próbka” jego duchowości, którą wyczytamy z  jego własnych słów, wygłoszonych w czasie jednego z synodów. Mówił wówczas tak:

„Wszyscy wprawdzie, przyznaję, jesteśmy słabi, ale Pan Bóg udzielił nam środków, z których jeśli tylko zechcemy, możemy łatwo skorzystać. Spójrzmy więc na kapłana, który wie, że wymaga się od niego świętości życia, wstrzemięźliwości i anielskich obyczajów w postępowaniu. Chciałby tego wszystkiego, ale nie myśli o zastosowaniu prowadzących ku temu środków: postu, modlitwy, unikania złych i szkodliwych rozmów oraz niebezpiecznych poufałości.

Kto inny narzeka, że gdy przychodzi, aby się modlić czy też sprawować ofiarę Mszy Świętej, od razu cisną się mu na myśl tysiące spraw, które odrywają go od Boga. Ale zanim udał się do chóru, zanim rozpoczął Mszę Świętą, cóż czynił w zakrystii, jak się przygotował, jakie zastosował środki do zachowania skupienia?

Chcesz, abym cię pouczył, w jaki sposób możesz skutecznie postępować w cnocie; w jaki sposób, jeśli byłeś skupiony w chórze, następnym razem możesz być jeszcze bardziej uważny, a twoja modlitwa jeszcze milsza Bogu? Posłuchaj, co powiem. Jeśli płomień Bożej miłości zapalił się już w tobie, nie odsłaniaj go pochopnie, nie chciej wystawiać go na wiatr. Pilnuj ognia, aby nie zagasł i nie utracił swego ciepła. Oznacza to: uciekaj, jak dalece możesz, przed rozproszeniami, trwaj w skupieniu przed Bogiem, unikaj próżnych rozmów.

Polecono ci głosić i nauczać? Ucz się i przykładaj do tego, co niezbędne do sprawowania tego urzędu! Staraj się przede wszystkim, abyś przepowiadał życiem i obyczajami, aby inni nie szydzili z twych słów i nie potrząsali głowami, widząc, że co innego głosisz, co innego zaś czynisz.

Jesteś duszpasterzem? Nie chciej z tego powodu zaniedbywać siebie samego i nie udzielaj się tak bardzo wokoło, aby dla ciebie już nic nie zostało. Masz bowiem pamiętać o duszach, którym przewodzisz, ale nie tak, abyś zapomniał o swojej własnej.

Pamiętajcie, bracia, że nic nie jest tak potrzebne ludziom Kościoła, jak modlitwa myślna. Ona to poprzedza wszystkie nasze czynności, towarzyszy im i po nich następuje. […] Jeśli udzielasz Sakramentów – myśl, bracie, o tym, co czynisz. Jeśli odprawiasz Mszę Świętą, zastanów się, co ofiarujesz. Śpiewasz w chórze? Pomyśl, z kim rozmawiasz i o czym mówisz. Jeśli jesteś kierownikiem dusz, pamiętaj, czyją krwią zostały oczyszczone, […].

W taki sposób potrafimy łatwo przezwyciężyć niezliczone przeszkody, których doświadczamy każdego dnia […] i otrzymamy moc rodzenia Chrystusa w nas samych oraz w innych.” Tyle ze słów naszego Patrona.

A my wpatrując się w przykład jego świętości i słuchając jego słów, ale też słuchając Bożego słowa dzisiejszej liturgii, zastanówmy się raz jeszcze, jak blisko Jezusowej drogi jest w tym momencie moja droga życiowa? Czy to już jest jedna i ta sama droga? A jeśli nie do końca – a zapewne tak właśnie jest – to co dzisiaj konkretnie zrobię, żeby te drogi zbliżyć, a wręcz wejść na drogę Jezusa i pójść nią za Nim i z Nim?…

1 komentarz

  • Przepraszam, że wtrącam się do listy imieninników.
    Czy dzisiaj (św. Karol Boromeusz) nie jest imieniny Pana Prezydenta Polski Karola Nawrockiego?

Archiwum wpisów

Ks. Jacek Jaśkowski

Witam serdecznie! Kłania się Ks. Jacek Jaśkowski. Nie jestem ani kimś ważnym, ani kimś znanym. Jestem księdzem, który po prostu chce rozmawiać. Codzienna kapłańska posługa pokazuje mi, że tematów do rozmów z księdzem jest coraz więcej i dzisiaj żaden ksiądz nie może od nich uciekać, ale – wprost przeciwnie – podejmować nowe wyzwania. To przekonanie skłoniło mnie do próby otwarcia tegoż bloga, chociaż okazji do rozmów na co dzień – w konfesjonale i poza nim – na szczęście nie brakuje. Myślę jednak, że ten blog będzie jeszcze jednym sposobem i przestrzenią nawiązania kontaktu z ludźmi dobrej woli, otwartymi na dialog.