Pamiętajmy: jesteśmy na froncie!

P

Szczęść Boże! Moi Drodzy, dzisiejszy Patron to w Królestwie niebieskim Minister odpowiedzialny za profesorów, wykładowców i studentów, nauczycieli i uczniów.

Dlatego Jego szczególnemu wstawiennictwu powierzam całe środowisko akademickie w Polsce, a szczególnie – nasze Duszpasterstwo Akademickie. Także te dyżury na Uczelni, które we wtorki, środy i czwartki podejmuję. Niech Jan Kanty wyprosi nam wszystkim jak najwięcej tej pobożności, wytrwałości i zaangażowania, których sam daje przykład.

Zapraszam już do pochylenia się nad Bożym słowem dzisiejszej liturgii. Co mówi do mnie Pan? Z czym konkretnie dzisiaj do mnie się zwraca? Z jakim konkretnym przesłaniem? Z jaką wyraźną myślą? Duchu Święty, tchnij!

Niech Was błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec + i Syn, i Duch Święty. Amen

Gaudium et spes! Ks. Jacek

Środa 29 Tygodnia zwykłego, rok I,

Wspomnienie Św. Jana Kantego, Kapłana,

20 października 2021.,

do czytań: Rz 6,12–18; Łk 12,39–48

CZYTANIE Z LISTU ŚWIĘTEGO PAWŁA APOSTOŁA DO RZYMIAN:

Bracia: Niech grzech nie króluje w waszym śmiertelnym ciele, poddając was swoim pożądliwościom. Nie oddawajcie też członków waszych jako broń nieprawości na służbę grzechowi, ale oddajcie się na służbę Bogu jako ci, którzy ze śmierci przeszli do życia, i członki wasze oddajcie jako broń sprawiedliwości na służbę Bogu. Albowiem grzech nie powinien nad wami panować, skoro nie jesteście poddani Prawu, lecz łasce.

Jaki stąd wniosek? Czy mamy dalej grzeszyć dlatego, że nie jesteśmy już poddani Prawu, lecz łasce? Żadną miarą. Czyż nie wiecie, że jeśli oddajecie samych siebie jako niewolników pod posłuszeństwo, jesteście niewolnikami tego, komu dajecie posłuch: bądź niewolnikami grzechu, co wiedzie do śmierci, bądź posłuszeństwa, co wiedzie do sprawiedliwości?

Dzięki jednak niech będą Bogu za to, że gdy byliście niewolnikami grzechu, daliście z serca posłuch nakazom tej nauki, której was oddano, a uwolnieni od grzechu oddaliście się w niewolę sprawiedliwości.

SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO ŁUKASZA:

Jezus powiedział do swoich uczniów: „To rozumiejcie, że gdyby gospodarz wiedział, o której godzinie złodziej ma przyjść, nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie”.

Wtedy Piotr zapytał: „Panie, czy do nas mówisz tę przypowieść, czy też do wszystkich?”

Pan odpowiedział: „Któż jest owym rządcą wiernym i roztropnym, którego pan ustanowi nad swoją służbą, żeby na czas wydzielał jej żywność? Szczęśliwy ten sługa, którego pan powróciwszy zastanie przy tej czynności. Prawdziwie powiadam wam: Postawi go nad całym swoim mieniem. Lecz jeśli sługa ów powie sobie w duszy: «Mój pan ociąga się z powrotem», i zacznie bić sługi i służebnice, a przy tym jeść, pić i upijać się, to nadejdzie pan tego sługi w dniu, kiedy się nie spodziewa, i o godzinie, której nie zna; każe go ćwiartować i z niewiernymi wyznaczy mu miejsce.

Sługa, który zna wolę swego pana, a nic nie przygotował i nie uczynił zgodnie z jego wolą, otrzyma wielką chłostę. Ten zaś, który nie zna jego woli i uczynił coś godnego kary, otrzyma małą chłostę. Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą”.

Uleganie grzesznym pożądliwościom, które – niestety – zdarza się każdemu człowiekowi, nawet najbardziej świętemu i oddanemu Bogu, Paweł nazywa «królowaniem grzechu». Warto – jak się wydaje – zwrócić uwagę na niektóre sformułowania Apostoła, zawarte w dzisiejszym pierwszym czytaniu.

Pisząc bowiem o uleganiu pokusom do grzechu – a właściwie o tym, by im nie ulegać – Paweł stwierdza: Niech grzech nie króluje w waszym śmiertelnym ciele, poddając was swoim pożądliwościom. Nie oddawajcie też członków waszych jako broń nieprawości na służbę grzechowi, ale oddajcie się na służbę Bogu jako ci, którzy ze śmierci przeszli do życia, i członki wasze oddajcie jako broń sprawiedliwości na służbę Bogu. Jakby mowa była o jakimś królestwie wrogim Bogu i Jego królestwu, a do tego nie brakuje także elementu wojennego, skoro słyszymy, że członki nasze mamy oddać jako broń sprawiedliwości na służbę Bogu, nie zaś – jako broń nieprawości na służbę grzechowi.

Z tego więc, co pisze Święty Paweł, mamy wywnioskować, że po prostu jesteśmy na wojnie! Tak, na wojnie dobra ze złem, sił poddanych Bogu z siłami wrogimi Bogu. I może dziwi nas trochę stwierdzenie, że także Prawo – to pisane wielką literą, a więc dane przez samego Boga w Starym Testamencie – Paweł umieszcza po stronie sił wrogich Bogu. Zwłaszcza w tym zdaniu: Albowiem grzech nie powinien nad wami panować, skoro nie jesteście poddani Prawu, lecz łasce.

Oczywiście, my wiemy, że samo Prawo było dobre i święte, i potrzebne człowiekowi na drodze do zbawienia. Natomiast instrumentalne jego traktowanie przez żydowską elitę sprawiło, że nie spełniało ono swojej roli. Nie przyczyniało się bowiem do dobra człowieka, ani do jego moralnego wzrostu, skoro miało tylko służyć zniewoleniu ludzi, trzymaniu ich w ciągłym strachu i pod kontrolą, ponieważ zwykły człowiek gubił się w mnogości przepisów, zwłaszcza tych dopisanych przez żydowskich nauczycieli Prawa.

Dlatego potrzeba było łaski Bożej, aby wyrwać ludzi z tego żelaznego uścisku – i dlatego dzisiaj, słuchając Apostoła, odnosimy wrażenie, jakby Prawo było przeciwko łasce, a łaska przeciwko Prawu. Nie! Chodzi o sposób rozumienia jednego i drugiego.

Tak, czy owak, ważna w tym wszystkim jest czujność i wytrwałość, aby stale oddawać swe serce na służbę Bogu i w tej służbie konsekwentnie pozostawać, a nie poddawać się – często zupełnie bezmyślnie – pod panowanie grzechu.

W tym kontekście Paweł stwierdza: Dzięki jednak niech będą Bogu za to, że gdy byliście niewolnikami grzechu, daliście z serca posłuch nakazom tej nauki, której was oddano, a uwolnieni od grzechu oddaliście się w niewolę sprawiedliwości. Zapewne zwróciliśmy uwagę na to dość mocne i ciekawe sformułowanie: «niewola sprawiedliwości». W innym tłumaczeniu mamy to ujęte tak: Uwolnieni od grzechu, staliście się sługami prawości.

To drugie ujęcie jest może nieco łagodniejsze w swej wymowie, za to pierwsze wygląda na stwierdzenie sprzeczne wewnętrznie, bo przecież sprawiedliwość wyzwala, a nie zniewala! Chodzi jednak dokładnie o to, co podpowiada nam drugie tłumaczenie: mamy się bardzo mocno wewnętrznie związać ze sprawiedliwością, mamy się cali oddać sprawiedliwości, mamy służyć sprawiedliwości – aby nie ulegać żadnym skłonnościom do grzechu i nie poddawać się pod jego panowanie.

Mamy być więc czujni i jednocześnie wytrwali – jak nas do tego zachęca Jezus w Ewangelii, mówiąc o rządcy wiernym i roztropnym, którego pan ustanowi nad swoją służbą, żeby na czas wydzielał jej żywność. Jak zaznacza Jezus: Szczęśliwy ten sługa, którego pan powróciwszy zastanie przy tej czynności.

Może jednak mieć miejsce sytuacja całkowicie przeciwna: sługa ów może sobie „poluzować” nieco ową czujność, owo zdyscyplinowane wypełnianie zleconego mu zadania, skoro bowiem pan opóźnia powrót, to on ma teraz swoje „pięć minut” i może sobie na nieco więcej pozwolić. Jak słyszymy, los takiego sługi – po powrocie pana – będzie po prostu tragiczny! W zależności do tego, ile mu dano i ile mu zawierzono, w przypadku niewywiązania się z tego, dostanie wielką chłostę, albo małą chłostę.

To dla nas bardzo jasne wskazanie, moi Drodzy! Bo my sami na pewno jesteśmy w stanie określić, czy dużo nam powierzono, czy mniej. Ile łask Bożych otrzymaliśmy, jaki jest poziom naszej wiary, na ile też dla innych jesteśmy autorytetami w tej kwestii.

I teraz, jeżeli ktoś, kto naprawdę wiele dobrych natchnień otrzymał i miał dobre warunki do ich rozwoju, przeto może swobodnie praktykować swoją wiarę, bo tak został wychowany i tak rzeczywiście żyje – a nagle poddaje się pod panowanie grzechu, tak jak Bóg może kogoś takiego oceniać? Czy tak samo, jak tego, któremu – by tak to ująć – życie aż tak nie sprzyjało w sprawach wiary?

Moi Drodzy, żadna sytuacja i żadna okoliczność nie może uśpić naszej czujności – szczególnie w tym znaczeniu, że nie może nas doprowadzić do wniosku, że jesteśmy już na tyle święci, że nie musimy nad sobą pracować, ani czuwać! Pamiętajmy: jesteśmy na froncie! Na froncie dobra i zła! Na polu walki sił poddanych Bogu z siłami poddanymi szatanowi! To nie jest jakaś bajkowa opowieść zza światów – to realna walka! Walka, w które – niestety – często przegrywamy. Dlatego potrzeba stałej gotowości, czujności i wytrwałości!

Takiej, jakieś przykład – w okolicznościach najbardziej zwyczajnych i codziennych – dawał dzisiejszy Patron, Święty Jan Kanty, Kapłan i Profesor Akademii Krakowskiej.

Urodził się 23 czerwca 1390 roku, w Kętach, niedaleko Oświęcimia. W dokumentach podpisywał się najczęściej po łacinie jako Jan z Kęt – a znanych jest około sześćdziesięciu jego podpisów. Po ukończeniu szkoły w rodzinnej miejscowości – szkoła ta stała na wysokim poziomie! – zapisał się w 1413 roku na Uniwersytet Jagielloński. W roku 1414 w Krakowie przyjął święcenia kapłańskie.

W ciągu dalszych lat pilnych studiów, jako student i kapłan doszedł, w 1415 roku, do stopnia bakałarza nauk wyzwolonych, a w trzy lata później – do stopnia magistra filozofii. Objął wtedy funkcję wykładowcy. Ponieważ stanowisko to było wówczas bezpłatne, dlatego na swoje utrzymanie zarabiał prywatnymi lekcjami i kapłańską pomocą duszpasterską.

Tymczasem, w 1421 roku Akademia Krakowska wysłała go w charakterze kierownika do szkoły klasztornej w Miechowie. Spędził tam osiem lat – do 1429 roku. Zadaniem szkoły było przede wszystkim kształcenie kleryków zakonnych. Wolny czas Jan spędzał na przepisywaniu rękopisów, które były mu potrzebne do wykładów. Jan Kanty pełnił równocześnie przy kościele klasztornym obowiązek kaznodziei. Oprócz tego, musiał się również interesować muzyką, gdyż odnaleziono drobne fragmenty zapisów pieśni dwugłosowych, uczynionych jego ręką.

Kiedy w roku 1429 zwolniło się miejsce w jednym z kolegiów Akademii Krakowskiej, przyjaciele natychmiast zawiadomili go o tym i sprowadzili do Krakowa. Kolegium dawało pewną stabilizację, zapewniało bowiem utrzymanie i mieszkanie. Profesorowie w kolegiach mieszkali razem i wiedli życie na wzór zakonny. W początkach Uniwersytetu tych kolegiów było niewiele i były bardzo szczupłe. Dlatego niełatwo było w nich o miejsce.

Gdy tylko Jan wrócił do Krakowa, objął wykłady na wydziale filozoficznym. Równocześnie jednak zaczął studiować teologię. Jako profesor, wykładał traktaty, które przypadły mu – zgodnie z ówczesnym zwyczajem – przez losowanie. Z nielicznych zapisków wiemy, że komentował logikę, potem fizykę i ekonomię Arystotelesa. Na tym wydziale piastował także okresowo urząd dziekański, a od roku 1434 był również rektorem Kolegium Większego. W roku 1439 zdobył tytuł bakałarza z teologii.

Pod kierunkiem swojego mistrza studiował Pismo Święte, kontynuując studia teologiczne. W związku z tym, co pewien czas trzeba było zdawać egzaminy, brać udział w dysputach, mówić kazania i prowadzić ćwiczenia. Ponieważ Jan był równocześnie profesorem filozofii, dziekanem i rektorem Kolegium Większego – nic dziwnego, że jego studiowanie teologii wydłużyło się aż do trzynastu lat. Dopiero w roku 1443 uzyskał tytuł magistra teologii, który był wówczas jednoznaczny z doktoratem.

W roku 1439 został kanonikiem i kantorem kapituły Świętego Floriana w Krakowie oraz proboszczem w Olkuszu. To jednak było zbyt wiele. Po kilku miesiącach zrzekł się kanonii i probostwa. Jednak sam fakt, że został wybrany na kantora, potwierdza jego znajomość zagadnień muzycznych. Urząd ten nakładał bowiem obowiązek opieki nad muzyką i śpiewem liturgicznym.

Po uzyskaniu stopnia magistra teologii w roku 1443, Jan Kanty poświęcił się do końca życia wykładom z tej dziedziny. A pośród swych rozlicznych zajęć znajdował jeszcze czas na przepisywanie manuskryptów. Jego rękopisy liczą łącznie ponad osiemnaście tysięcy stron! Biblioteka Jagiellońska przechowuje je w piętnastu grubych tomach. Własnoręcznie przepisał dwadzieścia sześć kodeksów. Sprzedawał je zapewne nie tyle na swoje utrzymanie, ile raczej na dzieła miłosierdzia i na pielgrzymki.

Jest rzeczą pewną, że w roku 1450 udał się do Rzymu, aby uczestniczyć w Roku Świętym i uzyskać odpust jubileuszowy. Prawdopodobnie do Rzymu pielgrzymował więcej razy, aby w ten sposób okazać swoje przywiązanie do Kościoła i uzyskać odpusty. Był bowiem człowiekiem żywej wiary i głębokiej pobożności. Słynął z wielkiego miłosierdzia. Nie mogąc zaradzić nędzy, wyzbył się nawet własnego odzienia i obuwia.

Pomimo bardzo pracowitego i pokutnego życia, jakie prowadził, dożył osiemdziesięciu trzech lat. Zmarł w Krakowie, 24 grudnia 1473 roku. Przekonanie o jego świętości było tak powszechne, że od razu pochowano go w kościele Świętej Anny, pod amboną. Kanonizował go Papież Klemens XIII, w dniu 16 lipca 1767 roku. Kult Świętego Jana Kantego jest do dnia dzisiejszego żywy. Jest on bowiem czczony przede wszystkim jako Patron uczącej się i studiującej młodzieży oraz profesorów i wykładowców.

A oto jak scharakteryzował jego postawę i świętość wspomniany przed chwilą Papież Klemens XIII:

Nikt nie zaprzeczy, że Jan Kanty, który w Akademii Krakowskiej przekazywał wiedzę zaczerpniętą z najczystszego źródła, jest godny zaliczenia do wybranego grona znamienitych mężów, wyróżniających się wiedzą i świętością. Postępowali oni tak, jak nauczali, i stawali w obronie prawdziwej wiary przeciwko tym, którzy ją zwalczali. W tych czasach, gdy w sąsiednich krajach panowały błędy i odszczepieństwo, on nawoływał do zachowania chrześcijańskiej postawy i obyczajów, a to, co głosił z ambony i wyjaśniał wiernym, potwierdzał swoją pokorą, czystym życiem, miłosierdziem, umartwieniem i wielu innymi cnotami, cechującymi prawdziwego kapłana i niestrudzonego pracownika.

Jan Kanty stał się więc chlubą i ozdobą wykładowców tejże Akademii! Zostawił też przepiękny przykład przyszłym pokoleniom, by się ze wszystkich sił starały naśladować ten wzór doskonałego mistrza i przykładały wiernie do nauczania wiedzy Świętych oraz innych umiejętności tylko na chwałę i uwielbienie Boga.

Z pobożnością, z którą się odnosił do spraw Bożych, łączył on pokorę. Chociaż przewyższał wszystkich swoją wiedzą, miał się jednak za nic i nigdy się nie wywyższał ponad innych. Co więcej, pragnął być wzgardzonym i niepoważanym, a tych, którzy go obmawiali i byli mu nieprzychylni, znosił z pogodą ducha.

Tej pokorze towarzyszyła rzadko spotykana dziecięca prostota. W jego słowach i postępowaniu nie było fałszu ani obłudy: co myślał, to i mówił. A gdy spostrzegł, że jego słowa, choć słuszne, wzbudzały niekiedy niezadowolenie, wtedy przed przystąpieniem do ołtarza usilnie prosił o wybaczenie, choć winy nie było po jego stronie.

Codziennie po ukończeniu swoich zajęć, udawał się z Akademii prosto do kościoła, gdzie się długo modlił i adorował Chrystusa, utajonego w Najświętszym Sakramencie. Tak więc, zawsze Boga tylko miał w sercu i na ustach.” Tyle z pisma Papieża Klemensa XIII.

Wpatrzeni w przykład Świętego Jana, a jednocześnie zasłuchani w Boże słowo dzisiejszej liturgii, zastanówmy się, czy stać nas na taką wytrwałość, konsekwencję i czujność w sprawach Bożych, jakiej on daje przykład? Czy wszystkie swoje siły, talenty i czas oddajemy na służbę Bogu – i drugiemu człowiekowi?…

Dodaj komentarz

Archiwum wpisów

Ks. Jacek Jaśkowski

Witam serdecznie! Kłania się Ks. Jacek Jaśkowski. Nie jestem ani kimś ważnym, ani kimś znanym. Jestem księdzem, który po prostu chce rozmawiać. Codzienna kapłańska posługa pokazuje mi, że tematów do rozmów z księdzem jest coraz więcej i dzisiaj żaden ksiądz nie może od nich uciekać, ale – wprost przeciwnie – podejmować nowe wyzwania. To przekonanie skłoniło mnie do próby otwarcia tegoż bloga, chociaż okazji do rozmów na co dzień – w konfesjonale i poza nim – na szczęście nie brakuje. Myślę jednak, że ten blog będzie jeszcze jednym sposobem i przestrzenią nawiązania kontaktu z ludźmi dobrej woli, otwartymi na dialog.