Szczęść Boże! Drodzy moi, w dniu dzisiejszym urodziny przeżywają:
►Weronika Bernaciak – moja była Uczennica z Liceum Lelewela w Żelechowie i Osoba bardzo zaangażowana w działalność młodzieżową w swojej Parafii (i nie tylko w swojej!),
►Karol Jobda – za moich czasów: Lektor i Wiceprezes Służby Liturgicznej w Celestynowie.
Niech Im Pan we wszystkim błogosławi! Wspieram modlitwą.
A ja pozdrawiam Was, Drodzy moi, z Siedlec. I już od rana zdążyłem już być u moich Mechaników i podjąć kilka szybkich spraw, dlatego dopiero teraz zamieszczam słówko.
O 11:00 mamy tu Mszę Świętą w intencji Duszpasterstwa Niewidomych i Niedowidzących Wspólnoty siedleckiej, po czym będzie spotkanie przy kawie.
Natomiast o 18:00 spodziewam się wizyty Jakuba Pałysy, którego małżeństwo z Anią miałem radość błogosławić 10 stycznia. A poza tym – sporo różnych prac. Będzie też czas na modlitwę.
Teraz zaś pochylmy się już nad Bożym słowem na dziś. Oto słówko Księdza Marka na dziś:
https://www.youtube.com/c/CatholicSurgut
Zatem, co konkretnie mówi dziś do mnie Pan? Z jakim przesłaniem zwraca się do mnie osobiście? Duchu Święty – podpowiedz…
Niech Was błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec + i Syn, i Duch Święty. Amen
Gaudium et spes! Ks. Jacek
Sobota 2 Tygodnia Wielkanocy,
18 kwietnia 2026.,
do czytań: Dz 6,1–7; J 6,16–21
CZYTANIE Z DZIEJÓW APOSTOLSKICH:
Gdy liczba uczniów wzrastała, zaczęli helleniści szemrać przeciwko Hebrajczykom, że przy codziennym rozdawaniu jałmużny zaniedbywano ich wdowy.
Dwunastu, zwoławszy wszystkich uczniów, powiedziało: „Nie jest rzeczą słuszną, abyśmy zaniedbali słowo Boże, a obsługiwali stoły. Upatrzcież zatem, bracia, siedmiu mężów spośród siebie, cieszących się dobrą sławą, pełnych Ducha i mądrości. Im zlecimy to zadanie. My zaś oddamy się wyłącznie modlitwie i posłudze słowa”.
Spodobały się te słowa wszystkim zebranym i wybrali Szczepana, męża pełnego wiary i Ducha Świętego, Filipa, Prochora, Nikanora, Tymona, Parmenasa i Mikołaja, prozelitę z Antiochii. Przedstawili ich apostołom, którzy modląc się włożyli na nich ręce.
A słowo Boże rozszerzało się, wzrastała też bardzo liczba uczniów w Jerozolimie, a nawet bardzo wielu kapłanów przyjmowało wiarę.
SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO JANA:
Po rozmnożeniu chlebów, o zmierzchu uczniowie Jezusa zeszli nad jezioro i wsiadłszy do łodzi przeprawili się przez nie do Kafarnaum. Nastały już ciemności, a Jezus jeszcze do nich nie przyszedł; jezioro burzyło się od silnego wiatru.
Gdy upłynęli około dwudziestu pięciu lub trzydziestu stadiów, ujrzeli Jezusa kroczącego po jeziorze i zbliżającego się do łodzi. I przestraszyli się. On zaś rzekł do nich: „To Ja jestem, nie bójcie się”. Chcieli Go zabrać do łodzi, ale łódź znalazła się natychmiast przy brzegu, do którego zdążali.
I tak to się zaczęło z diakonami – moglibyśmy powiedzieć po wysłuchaniu pierwszego czytania. Ale dzisiaj może nie o diakonach – jako takich – będziemy mówić. Chociaż – to oczywiste! – ich posługa jest niezwykle ważna i niezwykle potrzebna w Kościele. Szczególnie teraz, kiedy coraz mocniej odczuwamy brak księży, właśnie diakoni stali – czyli powracająca w Kościele „do łask” forma posługi, znana praktycznie od jego początków – będą „ratować sytuację”, wspomagając duszpasterzy w takiej formie, w jakiej prawo kanoniczne będzie im pozwalało.
Podobną „robotę” mają do wykonania nadzwyczajni szafarze Komunii Świętej. Zaledwie wczoraj rozmawiałem z Proboszczem, w Parafii którego kilka lat temu zlikwidowano urząd wikariusza i został on sam, jako Proboszcz, w codziennym duszpasterstwie. Od kilku tygodni jest tam Szafarz Nadzwyczajny. I właśnie komentując ten fakt, Ksiądz Proboszcz stwierdził, że to bardzo ważne, że ów Szafarz jest i bardzo to potrzebne.
Kiedy dopowiedziałem, że może on pomagać w rozdzielaniu Komunii Świętej, bo potrzeby w tej Parafii są na tym odcinku znaczne, wówczas Ksiądz Proboszcz – ku pewnemu mojemu zaskoczeniu – stwierdził, że to jest oczywiście ważne, ale dla Niego bardzo ważnym i podnoszącym na duchu jest sam fakt, iż ów Szafarz w ogóle jest! I że – jak się dokładnie wyraził Ksiądz Proboszcz – „zapełnił On tę pustkę w Parafii, która została po odwołanym już na stałe wikariuszu”. Przyznaję, że pewnym zaskoczeniem było dla mnie to stwierdzenie.
Ale ma ono z pewnością sens. Bo taki szafarz, czy diakon stały, może być dla proboszcza parafii bardzo dużym wsparciem – i to nie tylko na liturgii. Zwykle tacy ludzie cieszą się zaufaniem swoich duszpasterzy i swoich parafii, dlatego mogą być także owym moralnym wsparciem – o czym dokładnie wspomniał cytowany Ksiądz Proboszcz. Mogą coś doradzić, podpowiedzieć, pomóc w zorganizowaniu różnych inicjatyw w parafii.
I to na tej właśnie zasadzie – jak słyszeliśmy – zostali powołani pierwsi diakoni. Ich powołanie było naglącą potrzebą tamtego czasu w młodym Kościele. Jak bowiem usłyszeliśmy dzisiaj – i to już w pierwszych zdaniach – gdy liczba uczniów wzrastała, zaczęli helleniści szemrać przeciwko Hebrajczykom, że przy codziennym rozdawaniu jałmużny zaniedbywano ich wdowy. I dlatego postanowiono tę pracę oddać w inne ręce, niż apostolskie. Dlaczego? Czy dlatego, że Apostołom „korona spadłaby z głowy”, gdyby dalej rozdawali jałmużnę, tylko teraz – być może – bardziej zwracając uwagę na zapomniane wcześniej wdowy?
Nie! Z pewnością dla Apostołów nie byłaby to żadna ujma. Ale oni uznali – zgodnie z prawdą, dobrze odczytując zaistniałą sytuację – że tej pracy jest po prostu za dużo! I że oni sami wszystkiemu nie podołają. Dlatego trzeba się tą pracą i to odpowiedzialnością z kimś podzielić. Oczywiście, nie z byle kim – przepraszając za ostrość stwierdzenia. Wyraźnie określone zostały kryteria owego wyboru.
Miało to być w tamtym momencie siedmiu mężów […], cieszących się dobrą sławą, pełnych Ducha i mądrości. Jak słyszymy, spodobały się te słowa wszystkim zebranym i wybrali Szczepana, męża pełnego wiary i Ducha Świętego, Filipa, Prochora, Nikanora, Tymona, Parmenasa i Mikołaja, prozelitę z Antiochii. Przedstawili ich apostołom, którzy modląc się włożyli na nich ręce. I – jakby na potwierdzenie słuszności dokonanego rozstrzygnięcia – w ostatnim zdaniu słyszymy: A słowo Boże rozszerzało się, wzrastała też bardzo liczba uczniów w Jerozolimie, a nawet bardzo wielu kapłanów przyjmowało wiarę.
Otóż, właśnie! Słowo Boże rozszerzało się, wzrastała też bardzo liczba uczniów – dlatego, że taka była wewnętrzna dynamika tegoż Słowa, jego wewnętrzna moc, która niczym moc, ukryta w ziarnie, eksploduje nowym życiem! Taką moc – tyle, że o wiele większą od tej, ukrytej w zwykłym ziarnie zboża – ma w sobie Boże słowo. Jednak dzisiaj musimy jasno podkreślić, że owa huraganowa wręcz dynamika rozwoju młodego Kościoła była spowodowana także tymi dwoma czynnikami, na które koniecznie trzeba zwrócić uwagę, a które w obecnej rzeczywistości Kościoła często po prostu szwankują.
Po pierwsze: zauważenie problemu i podjęcie działań w kierunku jego rozwiązania. Z podobnym faktem mieliśmy do czynienia w przypadku tak zwanego Soboru Jerozolimskiego. Kiedy doszło do «sporów i zatargów» – i to «niemałych», jak zaznacza Autor Dziejów Apostolskich – pomiędzy członkami młodej Wspólnoty, „Szefostwo” postanowiło spotkać się i na spokojnie sprawę omówić, wzywając przy tym pomocy Ducha Świętego. I znaleziono rozwiązanie, a wielu konfliktów w ten sposób udało się uniknąć.
Tak i w sytuacji, dzisiaj opisanej: już wyczuwało się napięcie, a może nawet konflikt, a może nawet rozłam i odejście z Kościoła owych rozczarowanych wdów, albo osób im bliskich, ale szybka i bardzo trafna diagnoza sytuacji z błyskawicznym postanowieniem, jak jej zaradzić – zażegnała ewentualnym zagrożeniom.
To zatem pierwsza sprawa, na którą zwracamy uwagę: pojawiający się problem trzeba zauważyć, spokojnie i rzeczowo zdiagnozować, a potem z życzliwością i wzajemną otwartością omówić – pomiędzy sobą, ale przede wszystkim: z Panem – i wspólnie coś postanowić, a potem skrupulatnie to postanowienie zrealizować, cały czas wspierając ten proces modlitwą. Na pewno, nie wolno problemów przemilczać – udając, że ich nie ma – ani „zamiatać pod dywan”, ani próbować przeczekać (na zasadzie, że „same” się rozwiążą), ani ich rozwiązania zrzucać na innych.
A druga sprawa, na którą zwracamy tu sobie uwagę, to umiejętność podzielenia się odpowiedzialnością i pracą z innymi. Nie – jak wspomnieliśmy przed chwilą – zrzucenia wszystkiego na innych, ale uniknięcie drugiej skrajności: próby zaradzania samemu wszystkim problemom i robienia wszystkiego za wszystkich. To jest zupełnie niepotrzebne! I niemądre!
Takim ludziom, których zwykłem niekiedy nazywać „wicezbawicielami świata”, trzeba przypomnieć, że świat już został zbawiony przez prawdziwego Zbawiciela, a oni mają z Nim podjąć współpracę, ale niekoniecznie próbować go poprawiać albo zastępować. Niedobrze, kiedy człowiekowi wydaje się, że on sam się na wszystkim najlepiej zna i jak on nie zrobi, to nikt nie zrobi! A przynajmniej – nikt nie zrobi tak dobrze, jak on. Jest to myślenie ewidentnie błędne, bo świadczy o braku zaufania takiego człowieka do innych – i do samego Jezusa, który osobiście kieruje jednak swoim Kościołem i nad nim czuwa, dlatego też zaradzi ewentualnym niedociągnięciom. Taki człowiek nadmiernie ufa samemu sobie, a to nie jest z pewnością najszczęśliwszy kontekst dla dalszych działań Kościoła – i jakiejkolwiek innej wspólnoty.
Inna sprawa, że tacy ludzie często usprawiedliwiają swoje działania tym, że nie mają się na kogo obejrzeć i zwyczajnie muszą sami wiele spraw wykonać, bo nawet jeżeli kogoś poproszą o pomoc, to spotkają się z reakcją w stylu: „Nie mogę!”, „Nie mam czasu!”, „Mam teraz ważniejsze sprawy!” – o ile nie: „Nie chce mi się, daj mi spokój!”, co też nie jest niestety zjawiskiem rzadkim.
Dlatego także i na tym odcinku trzeba szukać rozwiązania sprawy: poprzez większe zaangażowanie jak największej ilości osób we wspólne dobro, a nie zrzucanie wszystkiego na tych, którzy się i tak angażują. Skoro im się chce, to niech się angażują, a inni z założonymi rękami będą się im przyglądać – i co najwyżej potem wszystko skrytykują. Jak to skomentował kiedyś pewien młody Człowiek z jednej z moich Wspólnot, że: „jeden robi, jak się patrzy – reszta patrzy, jak się robi”.
Otóż, właśnie! Jest to z pewnością ważna kwestia w funkcjonowaniu wspólnoty Kościoła – i każdej innej wspólnoty: zaangażowanie jej członków. Poświęcenie czasu, talentów, sił, czasami także pieniędzy – dla wspólnego dobra. A wcześniej jeszcze mówiliśmy o dostrzeżeniu problemu i rzeczowym jego rozwiązaniu. To są rzeczy, które my – jako członkowie wspólnoty Kościoła i może także innych wspólnot – powinniśmy podejmować dla ich właściwego funkcjonowania.
To jest swoistą koniecznością – tego osobistego zaangażowania nie da się zastąpić nawet najpiękniejszą modlitwą, połączoną z biernym oczekiwaniem, aż Pan sam nam nasze problemy rozwiąże. Jak sobie zaznaczaliśmy, ta modlitwa jest konieczna, ale jako wsparcie naszych działań. My mamy zawsze zrobić to, co zrobić możemy, nie oglądając się na nikogo – także na Pana: w tym sensie, że On ma za nas wszystko zrobić, a my sobie poczekamy, popatrzymy, skomentujemy po swojemu… Mówiąc kolokwialnie: tak to nie gra!
Natomiast może zaistnieć taka sytuacja, że nasze możliwości po prostu się skończą. Będziemy próbowali na wszelkie sposoby i z każdej strony – i nic z tego nie będzie. Może być tak, jak opisał to Jan w dzisiejszej Ewangelii, że nastaną ciemności, przyjdą burze i wichry będą smagały. A my nie będziemy dawali rady wiosłować ani sterować naszą życiową łodzią.
Jeżeli tak się stanie – i jeżeli zrobimy wszystko, co w naszej mocy, ale naprawdę nie damy rady – wówczas Pan na pewno nas nie zostawi. Bo właśnie wtedy, w takiej sytuacji, weźmie sprawy w swoje ręce – i nawet po tym wzburzonym morzu przyjdzie do nas, aby nam pomóc. I powie: To Ja jestem, nie bójcie się!
Możemy być tego pewni! On na na pewno nie zostawi z naszą ludzką niemocą. I to On zrobi za nas wszystko. Ale wtedy, kiedy my wcześniej zrobimy wszystko, co będzie mogli zrobić.
