Niech Pan dopełni dobro, które w nas rozpoczął!

N

Szczęść Boże! Witam z dżdżystej Szklarskiej Poręby! Już jutro powrót. Szkoda, bo pogoda w niczym nie przeszkadza nam tworzyć dobrej atmosfery pobytu, więc – jak to zawsze – żal wyjeżdżać… Ale, cóż…
       W dniu wczorajszym na trasę wyruszyła z Włodawy Grupa 17 XXXI Pieszej Pielgrzymki Podlaskiej na Jasną Górę. Dzisiaj wyruszyły Grupy 10a, 10b i 11 z Białej Podlaskiej, mojego rodzinnego miasta, oraz Grupa 13 z Łosic. Jutro, pojutrze i 5 sierpnia – następne Grupy. Polecam Waszej, Kochani, modlitwie to pielgrzymkowe dzieło, z którym byłem związany przez dwadzieścia trzy lata – najpierw jako pielgrzym wędrujący, potem jako pracownik Bazy Pielgrzymki, a przez ostatnich dziesięć lat – jako Zastępca Kierownika Pielgrzymki. Dlatego dzieło to jest mi tak bliskie i drogie, stąd też w tych dniach będę uważnie śledził kolejne jego etapy, będę się włączał duchowo, sprawując także kilka razy Mszę Świętą w intencji Pielgrzymki: zarówno jej Kierownika, Księdza Piotra Wojdata, jak i całego Kierownictwa, Służb Centralnych, Pątników przemierzających kolejne kilometry, jak i Pielgrzymów duchowych. Proszę również Was, abyście włączyli się w tę moją modlitwę, wspierając nie tylko Pielgrzymów z Diecezji Siedleckiej, ale tych, którzy ze wszystkich zakątków naszej Ojczyzny zmierzać będą w tych dniach – lub w drugiej połowie sierpnia – do Tronu Pani Jasnogórskiej.
       A wpatrując się dziś w świadectwo życia i świętości Świętego Alfonsa Marii Liguoriego, prośmy Pana, aby sam dopełniał to dobro, które my zaczynamy, a które z różnych względów tak trudno jest nam dokończyć…
                Gaudium et spes!  Ks. Jacek
Wspomnienie Św. Alfonsa Marii Liguoriego,
do czytań:  Lb 11,4b–15;  Mt 14,22–36
Patron dnia dzisiejszego, Alfons, urodził się 27 września 1696 roku, w Marinelli pod Neapolem, w zamożnej rodzinie szlacheckiej. Już w dwa dni po urodzeniu otrzymał Chrzest. Jego ojciec marzył dla niego o karierze urzędniczej. Dlatego też, gdy Alfons ukończył szkołę podstawową, został wysłany na studia prawnicze na uniwersytet w Neapolu. Miał wtedy zaledwie dwanaście lat.
W rodzinnym pałacu miał doskonałych nauczycieli. Wykazywał także od dziecka niezwykłą pilność do nauki i duże zdolności. Kiedy miał zaledwie siedemnaście lat, był już doktorem obojga praw: prawa świeckiego i kanonicznego. Ojciec zaplanował mu też odpowiednie małżeństwo. Wybrał mu nawet kandydatkę na żonę, która jednak niebawem zmarła. Alfons po kilku latach praktyki adwokackiej, zniechęcony przekupstwem w sądownictwie, ku niezadowoleniu ojca, postanowił spełnić swoje marzenia. Przed obrazem Matki Bożej w Porta Alba złożył swoją szpadę i rozpoczął studia teologiczne. Po czterech latach, w roku 1727, mając lat trzydzieści jeden, przyjął święcenia kapłańskie.
Pragnąc jednak życia doskonalszego, marzył o zakonie. Zamierzał najpierw wstąpić do teatynów, potem do filipinów albo do jakiejś kongregacji misyjnej. Nie mógł się jednak zdecydować. Z zapałem oddał się więc pracy apostolskiej nad młodzieżą rzemieślniczą i robotniczą. Gromadził ją w dni wolne od pracy, grał z nimi na gitarze i śpiewał ułożone przez siebie pieśni, uczył prawd wiary. Zasłynął też jako doskonały kaznodzieja. Po trzech latach nadludzkiej pracy musiał udać się na wypoczynek.
Nie oznacza to bynajmniej, że przestał wówczas pracować. W miejscu swego przebywania zetknął się ze Zgromadzeniem Sióstr Nawiedzenia. Zajął się nimi i przekształcił je na Kongregację Zbawiciela. Był to młody zakon kontemplacyjny. W przyszłości miał on stanowić żeńską gałąź redemptorystów. Alfons zauważył też, że górale, wśród których wówczas mieszkał, nie mają dostatecznej opieki duszpasterskiej. Dojrzała więc w nim myśl utworzenia zgromadzenia męskiego, które oddałoby się pracy wśród najbardziej opuszczonych oraz zaniedbanych. Tak powstało Zgromadzenie Najświętszego Odkupiciela, znane dziś pod nazwą redemptorystów. Był to rok 1732. Na zatwierdzenie reguł nowej rodziny zakonnej Alfons nie czekał długo. Zatwierdził ją niebawem Papież Benedykt XIV, w roku 1749.
Tymczasem, w 1762 roku Papież Klemens XIII mianował Alfonsa biskupem w miasteczku Santa Agata dei Goti. Alfons miał wtedy już sześćdziesiąt sześć lat! Pomimo tego jednak, z młodzieńczym zapałem zabrał się do pracy: wizytował, przemawiał, spowiadał, odwiedzał kapłanów i zagrzewał ich do gorliwości, reformował klasztory, budził nowe powołania kapłańskie i zakonne. Wszystkie dochody, jakie mu pozostawały – prowadził bowiem nader skromne życie – oddawał ubogim i na tworzenie nowych placówek swojego Zgromadzenia. Kiedy nastał głód, sprzedał sprzęty i naczynia domu biskupiego, aby za to kupić chleb dla głodujących.
Jako biskup nie tylko nie zmienił surowego trybu życia, ale go nawet obostrzył, twierdząc, że teraz musi pokutować za swoich wiernych. Sypiał mało, jadł tylko zupę, chleb i jarzyny, nosił włosiennicę i kolczasty łańcuch, biczował się często do krwi. Nadmierne trudy, wiek i surowy tryb życia wyniszczyły jego organizm tak, że poczuł się zmuszony prosić Papieża o zwolnienie z obowiązków pasterza diecezji. Po trzynastu latach pasterzowania powrócił więc, w roku 1775, do swoich duchowych synów.
Ci jednak właśnie wtedy, wskutek jakichś niejasnych zatargów politycznych, rozdzieleni zostali na dwie odrębne grupy: nad redemptorystami, zamieszkałymi na terenie państwa kościelnego, Papież ustanowił osobnego przełożonego, zaś redemptorystów neapolitańskich pozbawił wszelkich przywilejów. Sędziwy Założyciel bardzo to przeżywał, jednak wszystko znosił z poddaniem się woli Bożej. Do tych cierpień duchowych dołączyły się cierpienia fizyczne: reumatyzm, skrzywienie kręgosłupa i inne. Pochylony do ziemi, nie mógł już chodzić i został przykuty do fotela. Wreszcie także Bóg doświadczył go falą udręk moralnych: pokus, oschłości i skrupułów…
Nasz dzisiejszy Patron był ekspertem w tym, co dzisiaj nazywane jest teologią pastoralną. W swojej kapłańskiej pracy wygłosił ponad pięćset misji i rekolekcji! Najwięcej jednak zasłużył się Kościołowi jako pisarz – jeden z najpłodniejszych, jakich znają dzieje chrześcijaństwa. Łącznie wymienia się sto sześćdziesiąt tytułów napisanych przezeń prac, których liczba wydań sięgnęła ponad siedemnaście tysięcy w ponad sześćdziesięciu językach! Alfons Liguori pisał dla wszystkich: dla kapłanów, kleryków, zakonników, spowiedników, wiernych…
Jego dzieła wchodzą swą tematyką w zakres teologii dogmatycznej, moralnej i ascetycznej. Zapewne dlatego, w dniu 26 kwietnia 1950 roku, Papież Pius XII ogłosił Świętego Alfonsa Patronem spowiedników i profesorów teologii moralnej. Jego nauczanie duchowe zdominowało życie chrześcijańskie Italii XVIII wieku. Alfons Liguori zmarł w wieku dziewięćdziesięciu jeden lat, w dniu 1 sierpnia 1787 roku. Jego uroczystej beatyfikacji dokonał w roku 1816 Papież Pius VII, zaś Papież Grzegorz XVI dokonał jego kanonizacji w roku 1839. Papież Pius IX ogłosił go w roku 1871 Doktorem Kościoła.
A my, słuchając dzisiejszego Bożego Słowa, widzimy Jezusa, kroczącego po jeziorze, i Piotra, idącego do Niego tą samą drogą. Piotr jednak zawahał się – i zaczął tonąć. Ale obecność Jezusa i Jego mocna ręka, którą podał Piotrowi, wyratowała zalęknionego Apostoła z opresji. Podobnie zalękniony, czy może wręcz zrezygnowany stanął przed Panem Mojżesz, kiedy usłyszał szemranie ludu, wędrującego przez pustynię, niewdzięcznego za tyle znaków Bożej opieki nad nim.
Patrząc na te sytuacje, uświadamiamy sobie, że – rzeczywiście – w życiu człowieka są takie momenty, kiedy staje przed Bogiem bezradny. I nawet w obliczu dokonanych wielu dobrych czynów, doświadcza rozterek, wątpliwości… Wydaje się, że tyle trudu, tyle wysiłku poszło na marne, że nic z niego nie zostało, nic się nie udało, wszystko jakoś tak „przeciekło przez palce”…  Pod koniec długiego, bardzo przecież pracowitego i owocnego życia, nie ominęło to, niestety, także naszego dzisiejszego Patrona.
Jednak to Pan sam doprowadza do końca dzieła, podejmowane w Jego imię! Dlatego dzieło Świętego Alfonsa Marii Liguoriego przetrwało i dzisiaj możemy wczytywać się jego rozliczne utwory, które pisał z zapałem, a jednocześnie – szczególnie w naszym kraju – cieszyć się owocną posługą Ojców Redemptorystów, realizowaną na wielu płaszczyznach, jednak w sposób szczególny w prowadzeniu tak bardzo dziś potrzebnego nam i sprawie naszej narodowej wolności – Radia „Maryja”.
Niech zatem postawa dzisiejszego Patrona – tak jak postawa Mojżesza i Piotra – stanie się dla nas wzorem pełnego zaufania do Jezusa, wyrażającego się w tym, że kiedy nawet będzie nam brakło sił, czy z powodu zmęczenia lub ludzkiej niewdzięczności tracić będziemy poczucie sensu tego, co robimy, to jednak wtedy uchwycimy się mocnej ręki Jezusa, Jemu wszystko oddamy i prosić Go będziemy, aby – jeżeli to, co robimy, jest dobre i zgodne z Jego wolą – On sam to dopełnił!
Bardzo często okaże się wówczas, że na owoce naszego trudu nie będzie trzeba długo czekać, chociaż może pojawią się one w innym czasie i w inny sposób, niż my byśmy się spodziewali lub oczekiwali. Z pewnością jednak, nasza praca i modlitwa, spełniana w atmosferze najgłębszego zaufania do Jezusa i w pełnej łączności z Nim – nigdy nie zostaną zmarnowane! Nigdy!
W tym kontekście pomyślmy:
·        Czy nie rezygnuję z podjętego dobra, gdy nie od razu widzę jego owoce?
·        Czy podjęte dobro realizuję zarówno wtedy, gdy przychodzi łatwo, jak i wtedy, gdy dużo kosztuje?
·        Czy w chwili, gdy pojawią się rozterki lub poważne wątpliwości co do sensu podejmowanego dobra – od razu zwracam się do Pana, czy bez walki poddaję się owym uczuciom?
Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się!

15 komentarzy

  • Każdy z nas już w swoim życiu miał wiele świetnych pomysłów, rozwiązań, projektów, zapewnień. I co się z nimi stało..Jak mogło życie każdego z nas inaczej wyglądać. Niestety danej łaski nie podjęliśmy. Albo inaczej podjęliśmy, ale przyszła pierwsza trudność, trzecia, dziesiąta, i się skończyło. Obraziliśmy się świat, że się nie poznał na nas, na ludzi, że nam niejednokrotnie kładli kłody pod nogi. Często można przyrównać nas do słomy , która podpalona buchnie płomieniem i gaśnie. Zgasł zachwyt, zapał, i straciliśmy olśnienie. Dlaczego ? Bośmy leniwi, po prostu nam się odechciało pokonywać nowe trudności. Tak często patrzymy na siebie indywidualnie , jak moglibyśmy być innymi ludźmi. Spoglądamy w naszą historię narodową tę bliższą , i tę dalszą jak moglibyśmy jako naród inaczej wyglądać , gdybyśmy … tylko wytrwali.

    Pozdrawiam

    Domownik – A

  • Szczęsć Boże!
    Dzisiaj trochę późno sie odzywam, ponieważ cały dzień "na walizkach urlopowych" :). Ks. Jacku – dołączam się modlitwą w intencji wszystkich, którzy pielgrzymują i organizują pielgrzymki :).
    "Bardzo często okaże się wówczas, że na owoce naszego trudu nie będzie trzeba długo czekać, chociaż może pojawią się one w innym czasie i w inny sposób, niż my byśmy się spodziewali lub oczekiwali" – Dokładnie tak było i z Powstańcami Warszawskimi, ich dzieło i heroizm zdawałoby się został zgnieciony butami niemieckich i (w gruncie rzeczy) sowieckich żołdaków, a jednak gdyby nie Powstanie i ta przelana krew jednocząca przez lata niewoli mysl niepodległosciową nie bylibsymy tym samym narodem. Proszę, gorąco proszę o modlitwę w ten rocznicowy dzień w intencji ojczyzny, w intencji Powstańców, abysmy nie musieli nigdy wydrapywać własnej wolnosci krwawymi paznokciami, abysmy jako naród zrozumieli, że to nie cwaniactwo i lizusostwo wobec "mocniejszych", "silniejszych" swiadczy o prawdziwej wolnosci ale: "Bóg, Honor i Ojczyzna" !!!
    Anno – swietne rozważanie. Życie nasze – tak jak i historia – to ciąg faktów, zdarzeń, a nie ich interpretacji jak wielu ludziom się zdaje. Jest w ekonomii takie pojęcie jak "koszt alternatywny" i to przyszło mi na mysl czytając Twojego posta. Chodzi o to co stracilibysmy lub zyskali, gdybymy podjęli inną decyzję od tej, którą podjęlismy.
    Pozdrawiam serdecznie
    Robert

  • No tak, ale minister Radosław S. (celowo tak piszę – tak się o nim i całym rządzie powinno pisać) był łaskaw nazwać wczoraj Powstanie narodową katastrofą! A co do stwierdzenia Anny: "gdybyśmy… tylko wytrwali", to akurat wczoraj z moją Młodzieżą obejrzałem – już po raz któryś – film "solidarni 2010" i tak się zastanawiam, czemuśmy nie wytrwali? Czemu nie wytrwaliśmy w tym wspaniałym zrywie narodowym? Czemu brudna i lepka od mazi nienawiści i kłamstwa "Jedynie Słuszna Gazeta" znowu jest kupowana, a w ten sposób proces kłamstwa dalej jest wspierany moralnie i finansowo (jak to zauważył jeden z występujących w filmie Uczestników spotkań na Krakowskim Przedmieściu)? Dlaczego tak jest? I dlaczego pan Bronisław K., który w godzinę po Katastrofie niemal siłą przejmował władzę, natychmiast mianując urzędników swojej kancelarii (ciekawe, skąd tak szybko ich miał i przygotował w ciągu taj godziny do pełnienia tak ważnych urzędów) – tenże pan w kilka miesięcy po Katastrofie zostaje jednak powołany na urząd Prezydenta? Co się dzieje z Polakami? Czemuśmy nie wytrwali? Czyżby zawiodła nasza narodowa duma i mądrość?
    Więcej nie napiszę, żeby mi tu ABW nie wkroczyło!
    Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za dwie piękne wypowiedzi! Ks. Jacek

  • Wytrwanie , od braku wytrwania tak naprawdę dzielą tylko, a może aż dwie rzeczy….
    – wiedza, jak to osiągnąć
    – odwaga , żeby to zrobić.

    Pozdrawiam
    Domownik – A

  • Masz rację Anno :). W ramach wiedzy zamknę "umiejętnosć wykorzystania sprzyjających warunków zewnętrznych" :).
    Ks. Jacek spytał "Czyżby zawiodła nasza narodowa duma i mądrość?" – niestety.

  • Radosław S. jest przykładem typowego zaprzaństwa dawnego idealisty na rzecz oportunizmu i konformizmu. Nie jedynym i w naszej historii i teraźniejszosci, a pewnie i nie ostatnim :/.

  • Niestety powstanie było katastrofą, która pochłonęła tyle istnień ludzkich. Czy to mówi minister czy ktokolwiek inny niema znaczenia.
    Pewien biskup powiedział, że światem rządzi przypadek i prawa fizyki. A ja bym powiedział, że wszystko się dzieje z woli lub też przyzwolenia bożego.
    Powstanie nie miało się prawa powieść bo zapomniano, że nawet największa ofiara ludzka bez odniesienia do Boga nie ma znaczenia.
    Dasiek

  • Katastrofą to jest bielmo na oczach i rozmycie wartosci jakie ma obecnie miejsce w naszym narodzie. Martwię się tym, ale wiem, że bywało tak w przeszłosci – i pokładam nadzieję, że Bóg ma inne plany :). Oczywiscie, zgodzę się z tym, że nasze powstania mają wymiar dramatu w sferze smierci ludzi i zniszczeń. Warszawskie, oczywiscie niewspółmiernie wiecej niż pozostałe. Nie wszystko jednak należy sprowadzać do jednego wymiaru. Wymiar moralny jest w tym wszystkim dominujący. Niestety, nawet największy zryw niepodległosciowy są w stanie zniweczyć ludzie, którzy często z dobrymi intencjami nie mieli odpowiednich talentów, aby nim pokierować. Nie mieli być może – jak to okresliła Anna – odpowiedniej wiedzy, a czasem szła za tym i zdrada. Jednak każde z naszych powstań spowodowało w perspektywie czasu całkiem wymierne w sferze pulsu narodowego skutki. Kwestie polityczne zostawiam na boku bo choć równie istotne niewiele mają wspólnego z moralnoscią. O tym czy PW powinno wybuchnąć czy nie spór trwa od początku. Każda ze stron przyjmuje tylko swoje racje i każda zapewne mija się z prawdą :/. Ja, jako wnuk Podolaków i Kielczan o AK-owskich tradycjach osiadłych jeszcze przed wojną w W-wie i okolicach, po prostu rozumiem heroizm Powstańców, którzy z nadzieją i OFIARNOŚCIĄ rzucili się w dziesięciu z jedną sztuka broni na w pełni uzbrojonych Niemców. Od ich dowódców zależało to, jak tę bohaterską armię są w stanie zagospodorować. Pamietajmy też, że Roosevelt sprzedał Europę wschodnią moskiewskiemu satrapie już na przełomie 1942 i 1943 roku! W moim odczuci był to zryw – ostatni krzyk deptanego narodu! Ze strasznymi tego skutkami, ale z podniesioną głową!
    Pozdrawiam
    Robert

  • Pomyślałam sobie, że mogłabym rozróżnić dwa rodzaje pobożności: chorą i zdrową. Chora to ta ubrana tylko w religijność zewnętrzną. Często serce takiego człowieka mającego się za bardzo religijnego jest twarde i niedostępne. Zdrowa, to ta, która powoduje przemianę w naszym sercu. Czasami jest tak, że Ci co poszczą są tacy smutni, poważni. To chyba nie o to chodzi. Myślę, że post ma pomóc człowiekowi w przezwyciężeniu egoizmu, w kształtowaniu pokory. Bóg przecież zna moje myśli, moje serce, a więc jak ja udaję, to On o tym wie.

    Pozdrawiam,
    Urszula

  • Oczywiście, że Bóg wie, kiedy jestem szczery, a kiedy udaję. Czy jednak taką pobożność chorą, fałszywą – można w ogóle jeszcze nazwać pobożnością?
    A co do wypowiedzi Daśka i Roberta, to myślę, że na temat sensu Powstania Warszawskiego należy wypowiadać się nie tyle w kontekście realnych możliwości powodzenia – bo jeśli tak na to patrzeć, to i tak powinno zadziwiać, jak długo Powstanie trwało – ile w kontekście wspomnianej przez Roberta naszej narodowej dumy, która każe z podniesioną głową rozpaczliwie walczyć o niepodległość! Zważywszy jeszcze i to, że Powstańcy nie wiedzieli tego, co my dzisiaj wiemy, gdy idzie o stanowisko państw tak zwanych sojuszniczych. Oni przecież liczyli na pomoc z zewnątrz, której się ostatecznie nie doczekali.
    Dlatego kiedy my dzisiaj dyskutujemy, czy warto było, czy nie warto, posłuchajmy samych żyjących jeszcze Powstańców, którzy mówią, że dzisiaj, po latach, gdyby doszło do konieczności powtórzenia tegoż Zrywu – bez wahania by to uczynili!
    Rodzi się natomiast inna refleksja: w obliczu najazdu, zniewolenia – my, Polacy, jesteśmy w stanie się zjednoczyć i bezgranicznie poświęcić dla dobra Ojczyzny? Czemu na część przynajmniej tego poświęcenia nie stać nas na obszarze zagospodarowywania odzyskanej wolności?
    Ks. Jacek

  • "w obliczu najazdu, zniewolenia – my, Polacy, jesteśmy w stanie się zjednoczyć i bezgranicznie poświęcić dla dobra Ojczyzny? Czemu na część przynajmniej tego poświęcenia nie stać nas na obszarze zagospodarowywania odzyskanej wolności? " – być może "bylismy" w stanie (chociaż i to nie do końca), dzisiaj nie wiem jakby to wyglądało. Może tak jak pod koniec XVIII wieku :(. Wiele rzeczy jest doprawdy bardzo podobnych do tamtego okresu.
    Pozdrawiam
    Robert

  • Mam na myśli to, że jednak łatwiej nam się jednoczyć w obliczu trudności i zniewolenia, aniżeli w warunkach wolności. Nawet jeżeli nie w stu procentach, to jednak w większym stopniu stanowimy jedność właśnie w tym trudnym czasie, niż w tym dobrym… No, cóż… Ks. Jacek

  • Dlatego obawiam się, że tę zdolnosć zatracilismy :/. Ale, Bóg to wie najlepiej :). Byłoby dobrze gdyby państwo nasze było wstanie wypracować politykę historyczną – realizowaną niezależnie od tego czy rządzi partia X czy Y. Byłaby wówczas szansa wychowania młodych Polaków bez kompleksów wobec innych narodów. Tak, niestety nie jest.

  • Zgadzam się z tym. Tylko kto miałby prowadzić taką politykę – niejako niezależnie od swoich politycznych barw, tylko w duchu prawdy i najszczerzej pojętego dobra Ojczyzny? Warto o tym myśleć i postulować! Ks. Jacek

Archiwum wpisów

Ks. Jacek Jaśkowski

Witam serdecznie! Kłania się Ks. Jacek Jaśkowski. Nie jestem ani kimś ważnym, ani kimś znanym. Jestem księdzem, który po prostu chce rozmawiać. Codzienna kapłańska posługa pokazuje mi, że tematów do rozmów z księdzem jest coraz więcej i dzisiaj żaden ksiądz nie może od nich uciekać, ale – wprost przeciwnie – podejmować nowe wyzwania. To przekonanie skłoniło mnie do próby otwarcia tegoż bloga, chociaż okazji do rozmów na co dzień – w konfesjonale i poza nim – na szczęście nie brakuje. Myślę jednak, że ten blog będzie jeszcze jednym sposobem i przestrzenią nawiązania kontaktu z ludźmi dobrej woli, otwartymi na dialog.