Szukać – czy nie szukać – zagubionej owcy?…

S

Szczęść Boże! Moi Drodzy, trwamy w atmosferze duchowej łączności z Kościołem triumfującym w Niebie i Kościołem cierpiącym w Czyśćcu, jednak dzisiaj dołączamy do tego przeżywanie pierwszego czwartku miesiąca. Spróbujmy to połączyć w naszych modlitwach. 
     A ja dzisiaj w pierwszym wpisie umieszczę wypowiedź, skierowaną do mnie na pocztę prywatną z prośbą, żebym się do tego odniósł. Autor zgodził się na zamieszczenie tego na tym forum, abyście i Wy, Kochani, mogli sprawę skomentować.
            Gaudium et spes!  Ks. Jacek
Czwartek 31 tygodnia zwykłego, rok I,
do czytań:  Rz 14,7–12;  Łk 15,1–10
Znawcy tematu mówią, że nawet pomimo wielkiej troski, jaką palestyński pasterz otaczał swoje stado, swój dobytek; pomimo bardzo serdecznego i osobistego wręcz jego odniesienia do swych owiec, w rzeczywistości raczej nie zdobyłby się on na to, aby pozostawić dziewięćdziesiąt dziewięć – bądź, co bądź: w sytuacji realnego zagrożenia, wszak słyszymy, że miałyby one wszystkie zostać na pustyni! – i nie poszedłby szukać tej jednej. On by ją poświęcił, pogodziłby się z jej stratą, a zatroszczył się o pozostałe.
Podobnie kobieta, mająca dziewięć drachm, w sytuacji zgubienia jednej – raczej nie robiłaby z tego problemu. Jakoś by się szybko pogodziła z jej zgubieniem – i to chyba nawet bez większego żalu.
Może zatem zastanawiać, dlaczego Jezus z takim przekonaniem, patrząc prosto w oczy swoim adwersarzom, zdecydowanie pyta ich, który z nich nie zostawiłby pozostałych owiec i nie poszedł szukać tej jednej, wiedząc, że raczej żaden z nich by tak nie zrobił? Dlaczego Jezus zdecydował się na takie ujęcie tematu?
A może właśnie stosując ów swoisty paradoks, chciał z całą mocą wyakcentować wielkość swojej troski o człowieka? O pojedynczego człowieka? Kochani, my też – podobnie jak ewangeliczni słuchacze Jezusa – musimy to dobrze zrozumieć! Otóż, w tym dzisiejszym stwierdzeniu nie chodzi o to, że owi sprawiedliwi, którzy nie potrzebują nawrócenia, są mniej ważni, czy mniej radują serce Boże. Nie, to nie tak!
Chociaż czasami nawet niektórzy duszpasterze ulegają takiemu nazbyt chyba szybkiemu pojmowaniu sprawy i całą swoją energię poświęcają temu czy owemu zabłąkanemu człowiekowi, prowadząc z nim wielogodzinne dyskusje, które często nie prowadzą do niczego, bo są przelewaniem „z pustego w próżne”, a zaniedbują posługę konfesjonału, czy nie przykładają się do pracy z tymi, których na co dzień mają w kościele. To też nie jest właściwy kierunek.
Owszem, z całą pewnością trzeba poszukiwać każdej zagubionej owieczki, ale trzeba jednocześnie wielkie serce okazywać tym, którzy systematycznie praktykują wiarę, modlą się, przeżywają Mszę Świętą, przystępują do Komunii Świętej. Oni wszyscy z całą pewnością zasługują na troskę i uwagę ze strony swoich duszpasterzy, bo oni są wielkim skarbem Kościoła! Oni są wielkim skarbem każdej Parafii! Nie można ich zatem w najmniejszym stopniu lekceważyć!
Nie można patrzeć na nich z taką swoistą pobłażliwością i lekceważeniem, że ta ich pobożność to tylko taka tradycja, albo ich sposób na zajęcie sobie czasu, którego mają za dużo. Powiedzmy sobie szczerze, że takiemu przeświadczeniu zbyt łatwo ulegają zarówno niektórzy duszpasterze, jak też i wiele innych osób, bo w wielu codziennych rozmowach takie mniemanie się gdzieś tam przewija.
Naturalnie, mogą mieć miejsce przykłady pobożności pozornej, mocno eksponowanej na zewnątrz, ale nie mającej żadnego wpływu na życie i na postawę. Mogą być takie sytuacje – i oczywiście zdarzają się takie sytuacje, ale nie można przez ich pryzmat widzieć wspaniałej postawy wielu naprawdę systematycznie i pięknie praktykujących swoją wiarę. To są ci wszyscy, którzy z całym przekonaniem mogliby powtórzyć za Pawłem Apostołem jego słowa, skierowane dziś do Rzymian, ale i do nas wszystkich w pierwszym czytaniu: Nikt z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie. Jeżeli bowiem żyjemy, żyjemy dla Pana; jeżeli zaś umieramy – umieramy dla Pana. I w życiu więc i w śmierci należymy do Pana.
Jeżeli zatem Jezus mówi dziś o większej radości z jednego nawróconego, to z całą pewnością chodzi tu o radość wyjątkową, szczególną, jedyną w swoim rodzaju – radość z tego, że w tym konkretnym człowieku dokonało się prawdziwe zwycięstwo, bo każdy człowiek jest w oczach Bożych ważny! Każdy! Bez wyjątku! Każdy jest ważny! Najważniejszy! Bóg nikogo nigdy nie spisuje na straty, na nikogo z lekceważeniem nie macha ręką, nikogo nie przekreśla, na nikim nie stawia przysłowiowego krzyżyka…
I właśnie takie znaczenie zyskuje dzisiejsze ewangeliczne Jezusowe pouczenie: nie umniejszając znaczenia tych, którzy są przy Bogu, którzy Nim żyją na co dzień – radujemy się z powrotu tych, którzy błądzili, uważając nawrócenie choćby jednego takiego człowieka za wielki triumf łaski Bożej i wielkie zwycięstwo, z którego trzeba się bardzo cieszyć i za które każdorazowo, indywidualnie Bogu trzeba dziękować!
O taką postawę, o takie właściwe spojrzenie i rozumienie całej sprawy módlmy się dla wszystkim kapłanów i osób zakonnych w ten pierwszy czwartek miesiąca, ale módlmy się o to także dla nas wszystkich! I takie mądre spojrzenie codziennie w sobie kształtujmy!
W tym kontekście pomyślmy:
·        Czy nigdy nie patrzę z lekceważeniem na ludzi tradycyjnie praktykujących swoją wiarę?
·        Czy moje pytania o wiarę i sens życia wynikają z prawdziwego poszukiwania, czy są formą dla formy i przekomarzaniem się dla samej zasady?
·        Czy moje nawrócenia, powroty, dobre postanowienia – są trwałe, czy chwilowe?
I w życiu więc i w śmierci należymy do Pana.

15 komentarzy

  • Szczęść boże.Chciałem poruszyć bardzo ważny temat jakim jest religia w szkołach. Przedmiot ten jak wiadomo nie był kiedyś w szkołach ale głównie w salkach katechetycznych.Obecnie uczniowie często traktują ten przedmiot jako 'podwyższacz ocen'. Często uczniowie, którym nie zależy na ocenie, rozbrajają całą lekcję swoim krytycznym zachowaniem .Często katechetki nie potrafią przekazać wiedzy dotyczącej nauczań Jezusa i poglądów Kościoła. Ja osobiście zamiast rozwinąć się w tym kierunku, po prostu się cofam. Wiadomo że są szkoły gdzie uczą księża ale są to wyjątki. Takie uczenie w salkach miało swój klimat bez ocen i bez zbędnych uwag.
    Uczniowie mieli respekt do księdza. Ksiądz był dla nich często mentorem i wzorem. Jakie jest stanowisko księdza w tej sprawie?

  • Drogi Mateuszu, temat przez Ciebie poruszony, jest rzeczywiście ważny. Ja jako uczeń przez prawie całą swoją edukację chodziłem do salki, tylko w trzeciej i czwartej klasie liceum miałem już religię w szkole. I jeśli dobrze pamiętam, to w salce sporo tych problemów, które zdarzają się w sali szkolnej, też miało miejsce: oceny były wystawiane, bo przecież na koniec dostawało się świadectwo nauki religii, z zachowaniem było też bardzo różnie. A poziom nauczania zależał – tak jak dzisiaj – od wiedzy i postawy konkretnego uczącego, bez względu na to, czy był to ksiądz, czy siostra zakonna, czy świecka katechetka, czy katecheta.
    Naprawdę, uważam, iż tak jest również dzisiaj: to, że religii uczy ksiądz, wcale nie oznacza, że będzie ona na jakimś strasznie wielkim poziomie, tak jak uczenie jej przez katechetkę wcale nie skazuje całego dzieła na niepowodzenie! Bo ksiądz może nie czuć się dobrze w katechezie, może być "stworzony" do innych form pracy, a katechetka może być fenomenem katechetycznym! Naprawdę, znam takie osoby!
    Zatem, odpowiadając na Twoje pytania, stwierdziłbym, że jeżeli idzie o poziom nauczania, to nie zależy on od miejsca, ale od konkretnego nauczyciela. Nie uważam również, że szkoły, w których uczą księża, to wyjątki. Przecież, jak świat długi i szeroki, wikariusze, ale też liczni proboszczowie, uczą religii. Inna sprawa, że w przypadku dwóch godzin religii w każdej klasie, wikariusz spełniający obowiązki parafialne nie jest w stanie udźwignąć nauczania w dziesięciu klasach, bo wtedy ma dwadzieścia godzin i coś odbywa się kosztem czegoś: albo katecheza kosztem pracy w parafii, albo odwrotnie. Dlatego uczą też katechetki.
    Co do swoistego – jeśli tak można to określić – "niedouczenia" kadry katechetycznej, to jest to postulat słuszny: wszyscy powinniśmy być na bieżąco w nauczaniu Kościoła, ciągle je studiując i pogłębiając swoją wiedzę i wiarę. Bo faktycznie, w niektórych przypadkach bywa różnie – zgadzam się!
    Co do tego, że religia jest – fajne określenie – "podwyższaczem" ocen i dlatego wielu przychodzi, to jest fakt. Tyle tylko, że do salki znowu przychodzili tacy, których wiara nie interesowała, ale obawiali się, że jak przyjdzie do ślubu, czy do podjęcia funkcji chrzestnego, to będzie problem z zaświadczeniem w kancelarii, więc dla tak zwanego "świętego spokoju" lepiej to zaliczyć. Problem zatem był, tylko od innej strony. I właśnie z tego powodu ja przynajmniej staram się oceniać w miarę obiektywnie, stawiając także jedynki – i także na semestr, co faktycznie wywoływało niejakie zdziwienie nawet na radzie pedagogicznej, bo – jak to – z religii jedynka?…
    Co do samego faktu nauczania religii w szkołach, to widziałbym to pozytywnie przede wszystkim z tego powodu, że jako wierzący nie jesteśmy ludźmi na marginesie, a wiara to nie tylko sprawa prywatna, szczelnie zamknięta za drzwiami domu, albo zakrystii w kościele. Nam w Polsce szczególnie potrzeba takiego przebudzenia i świadomości, że wolno nam, w naszym Polskim Domu, wierzyć i praktykować, co chcemy, a jeżeli większość jest katolików, to w szkołach mamy prawo uczyć się o swojej wierze. Co nie wyklucza prawa innych wyznać do zorganizowania sobie takiego nauczania. A przypominam, że do chodzenia na religię nikt nikogo nie zmusza.
    Z tej strony patrząc, widzę słuszność nauczania religii w szkole, co nie zmienia faktu, że nauczanie w salkach, które dawało też możliwość wejścia do kościoła i przeprowadzenia tam lekcji – miało też swój swoisty urok…
    Bardzo dziękuję za Twoją opinię, którą – jak widzisz – starałem się zobaczyć i skomentować z różnych stron. Serdecznie Cię, Mateuszu, pozdrawiam! Ks. Jacek

  • Póki co napiszę krótko
    Uważam, że nie ma znaczenia gdzie się uczy, i kto naucza.
    Brakuje dziś szacunku, do siebie, do ludzi, do Kościoła.
    Brakuje na pewno, nie boję się użyć tego słowa dyscypliny.
    Kiedyś katecheza była w starych salkach przy plebanii. Z ledowścią mieściliśmy sie w nich.
    Ale nikt nad nami nie stał z przysłowiowym batem. Nie było chamstwa, ani lekceważenia uczącego. Nie byliśmy zastraszani, by się normalnie zachowywać. Były katechezy pełne powagi, jak równiez i radosne, pełne śmiechu. Nieważne, czy uczyła nas katechetka, czy kapłan. Mieliśmy wpojony szacunek , i wiedzieliśmy po co przychodzimy na te lekcje.
    Dziś się młodzież uczy w super przystosowanych klasach, liczących około dwudziestu uczniów, mają za nauczycieli katechetki, katechetów, księży, i co?
    Nie da się przeprowadzić spokojnie, normalnie lekcji
    Czy to wina miejsca, i osób uczących, czy wina nas rodziców, że tak się właśnie dzieje.
    Dzisiaj Rodzice nie potrafią szanować siebie nawzajem, za wszelkie niepowodzenie obwiniają Boga, Kościół, w którego podobno niejednokrotnie nie wierzą. Nie szanują księży, Kościoła.
    To co się dziwić, ze tak wyglądają katechezy.
    Pamiętajmy, że przykład idzie z góry

    Pozdrawiam
    Dmownik – A

  • A ja się upieram przy zdaniu ks. Jacka: "Bo ksiądz może nie czuć się dobrze w katechezie, może być "stworzony" do innych form pracy, a katechetka może być fenomenem katechetycznym". rozciągnę je jednak na ogół nauczania. Prawdą jest, że nasze czasy to czasy braku szacunku. Jak to jednak jest, że na jednych lekcjach (czy to religii czy innych przedmiotów) nauczyciel daje radę okiełznać klasę, a drugiemu będą dla "jaj" zakładać kubeł ze śmieciami? czy nie jest tak, że duża częśc obecnych nauczycieli w ogóle nie powinna nimi być, bo nie to jest ich powołaniem? Owszem przeważającą winę za brak szacunku do wykładowcy ponoszą rodzice często dewaluując jego autorytet przez różne psioczenia za wystawienie negatywnej noty synusiowi czy córuni – często nie dochodząc sedna problemu. To jest znamienny element "kultury pieszczenia ego" – ja, moje, dla mnie. Z drugiej strony też nie jest kolorowo, bo znam przypadki nauczycieli (i jednego katechety), którzy docinkami, złośliwościami, mściwością uwalali uczniów przenosząc np. na teren szkoły animozje między dorosłymi (to akurat w mniejszych miejscowościach). Dlatego Anno nie zgadzam się z tym zdaniem : "Uważam, że nie ma znaczenia gdzie się uczy, i kto naucza"
    Pozdrawiam
    Robert

  • : "Uważam, że nie ma znaczenia gdzie się uczy, i kto naucza''

    Nieważne czy to salka na probostwie, czy szkolna klasa ( to miałam na myśli)
    Nieważne, czy katecheta, czy katechetka, czy kapłan
    Jeśli młodzież nie będzie chciała, to nie będzie słuchała ani katechetki, ani katechety, ani kapłana

    Zgodzę się z Tobą Robercie
    Nie napisałam , że wszyscy katecheci, księża są wspaniali, wyrozumiali, i nadają sie do pracy z młodzieżą.
    W szkole mojego Syna uczy katechetka, która obraża uczniów, wyzywa, uwierz, myślę, ze klasa w której uczy, jest chyba ostatnim miejscem gdzie powinna każdego przebywać.
    Ale to nie znaczy, że z tego powodu mój Syn miałby chamsko, karygodnie się zachowywać na lekcji prowadzonej przez katechetkę.
    Nie mam dzieci aniołów.
    Syn uczęszcza do klasy , w której nauczyciele rozkładają ręcę, czasem wręcz boją się prowadzić lekcje. Ale czy to znaczy, że mam przyzwolić na takie zachowanie, bo tak robi większość ?

    Tak jak napisałeś, są i tacy którzy potrafią zapanować nad tak trudna klasą.
    I czasem się sama zastanawiam, dlaczego tak się dzieje, że jeden nauczyciel potrafi, a inny nie.
    To pytanie można odnieść do każdej dziedziny życia
    Dlaczego jednen Rodzic potrafi, inny nie
    Dlaczego jeden lekarz, kapłan, itd…

    Gdzieś ewidentnie tkwi przyczyna, że jest tak a nie inaczej.
    Często zapominamy o tym, ze nie mamy prawa dawać upustowi swej złosci, porażek, bólu na osobach, które nam w niczym nie zawiniły.
    Ogromną sztuką jest trzymanie nerwów na wodzy.
    Uczymy się tego przez całe życie.
    Szkoda, ze tak rzadko z naszych ust wychodzi słowo przepraszam

    Domownik – A

  • "Ale to nie znaczy, że z tego powodu mój Syn miałby chamsko, karygodnie się zachowywać na lekcji prowadzonej przez katechetkę." – oczywiście, że nie :). Cieszę się, że nie dajemy do końca zwariować i sobie i naszym dzieciom. Ważne aby w małpim gaju chociaż kilka osób umiało trzymać nóż i widelec, znało słowa: poproszę, przykro mi, przepraszam…. będzie miał kto odbudowywać upadłą cywilizację ;). Ten mój defetyzm jest oczywiście żartobliwie wyolbrzymiony, ale jest coś na rzeczy ;).
    "I czasem się sama zastanawiam, dlaczego tak się dzieje, że jeden nauczyciel potrafi, a inny nie.
    To pytanie można odnieść do każdej dziedziny życia
    Dlaczego jeden Rodzic potrafi, inny nie
    Dlaczego jeden lekarz, kapłan, itd…" – myślę, że często ludzie mijają się ze swoim prawdziwym powołaniem, chociaż to pewnie nie jest odpowiedź na wszystkie tego typu przypadki :).
    "Ogromną sztuką jest trzymanie nerwów na wodzy.
    Uczymy się tego przez całe życie.
    Szkoda, ze tak rzadko z naszych ust wychodzi słowo przepraszam" – to prawda Anno i szkoda, że tak jest. Wydaje mi się, że tu też dużą rolę odgrywa egocentryczny stosunek do świata, do ludzi, a nawet do Boga….
    Pozdrawiam
    Robert

  • ''Szkoda, ze tak rzadko z naszych ust wychodzi słowo przepraszam" – to prawda Anno i szkoda, że tak jest. Wydaje mi się, że tu też dużą rolę odgrywa egocentryczny stosunek do świata, do ludzi, a nawet do Boga''

    Tak się właśnie zastanawiam Robercie
    Czy w tym wszystkim chodzi o egocentryczny, czy egoistyczny stosunek do świata, do ludzi, a nawet do Boga.

    Albo i jedno, i drugie rządzi światem
    Przecież każdego dnia spotykamy się z sytuacjami, w których ludzie oceniają wszystko z własnego punktu widzenia, i twierdzą , ze są nieomylni.Jak również spotykamy na codzień ludzi, którzy nawet nie biorą pod uwagę opinii, zdania, drugiego człowieka , stawiają siebie zawsze i wszędzie na pierwszym miejscu.

    Pozdrawiam
    Domownik – A

  • Dzisiaj w ogóle zawód nauczyciela traci na prestiżu. Bywają takie sytuacje, że i angliście wsadza się kosz na głowę.
    Zastanawiam się, gdzie leży granica pomiędzy dyscypliną, a pobłażaniem (trochę złe słowo).
    Kiedyś były w szkole kary cielesne. Dzisiaj nauczyciel nie może rozdzielić bijących się uczniów ("pani mnie molestuje" – cytat z GN).
    Dzisiaj uczniowie nie czytają lektur, pisząc wypracowania z polskiego, czyli języka ojczystego korzystają z gotowców dostępnych w Google.
    I dużo jest innych "podwyższaczy" ocen – plastyka, muzyka.

    A o przemocy w szkole, szykanowaniu słabszych rówieśników nie wspomnę. Wydaje mi się, że kiedyś mniej było takich rzeczy.

    Sissi

  • Wydaje mi się, że nie tyle miejsce jest ważne, co nauczający religii.Większość rodziców pewnie jest za tym, żeby religia odbywała się w szkole, jest to dla nich bardziej praktyczne i bezpieczne.Z religią też można od czasu do czasu wyjść poza mury szkolne.
    Co do nauczających- tu jest wg mnie problem.Nie do końca jestem przekonana, że świeccy katecheci mają wystarczającą wiedzę i wykazują się właściwą postawą.Ja stawiam na osoby duchowne i tylko takie widziałabym w roli nauczycieli katechezy, mało tego koniecznie w sutannach czy habitach.Myślę, że ten ubiór budzi jeszcze jakiś respekt i daje powagę.Tylko nie może być ksiądz ''fircyk''- przepraszam.
    Super sytuacją by było, gdyby właściwi ludzie byli na właściwych miejscach. Wszędzie.

    Urszula

  • '' Super sytuacją by było, gdyby właściwi ludzie byli na właściwych miejscach. Wszędzie ''

    Myślę, ze wtedy życie byłoby prostsze, ale po dłuższym czasie i to by się pewnie nam ''znudziło'' , gdybyśmy mieli wszystko – wszystkich na właściwym miejscu

    Pozdrawiam
    Domownik – A

  • Czyli co- potrzebujemy ciągłych zmian, wtedy życie jest ciekawsze, ale niekoniecznie pełniejsze.Nie mówię, że zmiany nie są konieczne, ale częste zmiany, zmiany, zmiany wprowadzają chaos i przez to czujemy się mniej bezpiecznie.
    Mnie już chyba nie jest potrzebna taka adrenalina.

    pozdrawiam

    Urszula

  • Urszulo

    Napisałam, że gdyby wszystko było na swoim miejscu, to życie byłoby prostsze , ale to nie znaczy, ze pełniejsze
    Wtedy by się niejednokrotnie w życiu szło na łatwiznę. Po co byśmy się mieliśmy starać, jeśli wszystko byłoby w idealnym porządku.

    Wszystko się zmienia, nic nie stoi w miejscu.

    Pozdrawiam

    Domownik – A

  • Dzięki za wspaniałą dyskusję! Z uwagą przeczytałem wszystkie opinie. Widzę, że temat jest ważny, jest drażliwy, a do tego – każdy może ująć go z innej strony. Chociaż wiele było też stwierdzeń zgodnych ze sobą. Tak, czy owak, Mateusz rozgrzał nasze forum do czerwoności. Brakuje tylko jego komentarza do tych opinii. I bardzo przydałaby się wypowiedź jakiegoś nauczyciela, albo katechety… Ks. Jacek

  • Szczęść Boże. Witam serdecznie. Myslę, że Mateusz trochę się zagalopował wrzucając wszystkich katechetów (a dokładniej katechetki) do jednego worka. Z pewnością są tacy, którzy nie przejmują się swoją pracą i nie wykonują jej sumiennie ale jest też cała rzesza "zakochanych w tej pracy", szczerze zatroskanych o rzetelny przekaz Dobrej Nowiny. Najkrócej mówiąc "bycie katechetą" to także powołanie (choć może się zdarzyć, że ktos niewłaściwie je wybrał). O to powołanie trzeba sie nieustannie troszczyć, nieustannie je w sobie rozwijać, ciągle pytać siebie, czy dobrze sie je w życiu realizuje i myslę, że wielu katechetów to robi, choć z pewnością różnie im to wychodzi (w końcu my tez jesteśmy tylko ludźmi i często upadamy, nawet jeśli nasi uczniowie tego nie widzą). Szkoda, że Mateuszowi nie udało się spotkać takiej katechetki. Ale może trzeba popatrzeć na problem z nieco innej strony: może nie spotkał kogoś takiego, bo inni skutecznie mu w tym przeszkadzali: najpierw koledzy w klasie, którzy bedąc sami z różnych względów negatywnie nastawieni do katechezy i katechety nie chcieli skorzystać z tego co on wie i czym może się podzielić ze swoimi uczniami. Spotkałam "kilku" takich uczniów w swoim życiu, którzy zanim posłuchali tego co katecheta ma do przekazania z góry go przekreślili stwierdzeniem, że to "tylko katecheta". A może problem leży jeszcze głębiej na przykład w wychowaniu rodzinnym. Jeszcze kilkanascie lat tem nie do pomyślenia było, żeby w domu rodzice mówili przy dzieciach źle o kapłanach, nauczycielach, katechetach – tak było przynajmniej w moim domu rodzinnym, dziś niestety ten dobry zwyczaj gdzieś przepadł, a wraz z nim zagubilismy potrzebę wychowania do szacunku wobec osób starszych, dorosłych. Nie twierdzę, że trzeba, by nasze dzieci całowały wszystkich po rękach tylko z tego powodu, że są starsi… ale może powinny umieć uszanować rodziców, dziadków, sąsiadów… a gdzies daleko w tym wykazie także kapłanów, nauczycieli czy wychowawców? Niestety nie wszystkie to potrafią. Dlaczego? Czy nie ma w tym przypadkiem choc odrobinę winy tych, którzy wychowują (też rodziców). Warto też popatrzeć na nastawienie do problemu środków społecznego przekazu: raczej trudno aby wszyscy pokochali katechezę szkolną, kiedy wokół co jakiś czas jak mantra powraca dyskusja o tym, że jest ona niepotrzebna. Jakimś dziwnym trafem mało jest tych, którzy ukazują jakie dobro ona niesie ale za to rzesza tych, którzy głosno wołają "trzeba ją wyrzucić bo…). Wydaje mi się, że to także ma wpływ na postrzeganie katechetów i katechezy. Podsumowując, zgadzam się z opinią Gospodarza tego forum, że problem jest złożony i niestety nie da się go rozwiązać wyciągając błędy stron konfliktu, ale może warto zacząć od małych kroków: np.; może uczniowie mający wątpliwości takie jak Mateusz mogliby spróbować choć raz porozmawiać ze swoim katechetą poza katechezą (tylko błagam niech nie robia tego tak, żeby biedak poczuł się zagrożony i natychmiast węszył kolejny atak na swoją osobę) i odkryc choć jedną jego pozytywną cechę… Gwarantuję, że za tą jedną uda się odsłonić też inne (w końcu katecheta to też człowiek, nierzadko wszechstronie wykształcony i z radością dzielący się swoja wiedzą, tylko niestety obawiam się, że kiedy długo próbowało się mu "wejść na głowę" trzeba go bedzie spory czas "oswajać"). Pozdrawiam serdecznie, życząc Mateuszowi by udało mu się jednak spotkać katechetę z pasją. J.B

  • A ja bardzo dziękuję za tę opinię – opinię Katechetki z pasją – Osoby, którą znam i która ku mojej wielkiej radości zaszczyciła to forum swoją wypowiedzią. Właśnie takiego głosu nam brakowało – głosu wielostronnego, szerokiego, wypływającego z osobistego doświadczenia bycia niegdyś uczniem, a obecnie nauczycielem! Raz jeszcze z całego serca dziękuję! I zachęcam innych do wypowiadania się w tej kwestii. Ks. Jacek

Ks. Jacek Autor: Ks. Jacek

Archiwum wpisów

Ks. Jacek Jaśkowski

Witam serdecznie! Kłania się Ks. Jacek Jaśkowski. Nie jestem ani kimś ważnym, ani kimś znanym. Jestem księdzem, który po prostu chce rozmawiać. Codzienna kapłańska posługa pokazuje mi, że tematów do rozmów z księdzem jest coraz więcej i dzisiaj żaden ksiądz nie może od nich uciekać, ale – wprost przeciwnie – podejmować nowe wyzwania. To przekonanie skłoniło mnie do próby otwarcia tegoż bloga, chociaż okazji do rozmów na co dzień – w konfesjonale i poza nim – na szczęście nie brakuje. Myślę jednak, że ten blog będzie jeszcze jednym sposobem i przestrzenią nawiązania kontaktu z ludźmi dobrej woli, otwartymi na dialog.