Stracić – by zyskać…

S

Szczęść
Boże! Moi Drodzy, w dniu dzisiejszym imieniny przeżywa Albert
Kajka, Organista w Miastkowie.
Urodziny
natomiast przeżywa Cezary Kryczka, za moich czasów – Lektor w
Radoryżu Kościelnym, w mojej pierwszej Parafii.
Obu
świętującym życzę, by z postawy dzisiejszego Patrona czerpali
jak najwięcej. I aby zawsze trwali przy Chrystusie! Zapewniam o
modlitwie!
Wszystkim
zaś życzę dobrego i błogosławionego dnia!
Gaudium
et spes! Ks. Jacek

Poniedziałek
11 Tygodnia zwykłego, rok I,
Wspomnienie
Św. Alberta Chmielowskiego, Zakonnika,
do
czytań: 2 Kor 6,1–10; Mt 5,38–42

CZYTANIE
Z DRUGIEGO LISTU ŚWIĘTEGO PAWŁA APOSTOŁA DO KORYNTIAN:
Bracia:
Napominamy was, abyście nie przyjmowali na próżno łaski Bożej.
Mówi bowiem Pismo: „W czasie pomyślnym wysłuchałem ciebie, w
dniu zbawienia przyszedłem ci z pomocą”. Oto teraz czas
upragniony, oto teraz dzień zbawienia.
Nie
dając nikomu sposobności do zgorszenia, aby nie wyszydzono naszej
posługi, okazujemy się sługami Boga przez wszystko: przez wielką
cierpliwość wśród utrapień, przeciwności i ucisków, w
chłostach, więzieniach, podczas rozruchów, w trudach, nocnych
czuwaniach i w postach, przez czystość i umiejętność, przez
wielkoduszność i łagodność, przez objawy Ducha Świętego i
miłość nieobłudną, przez głoszenie prawdy i moc Bożą.
Przez
oręż sprawiedliwości zaczepny i obronny wśród czci i
pohańbienia, przez dobrą sławę i zniesławienie. Uchodzący za
oszustów, a przecież prawdomówni, niby nieznani, a przecież
dobrze znani, niby umierający, a oto żyjemy, jakby karceni, lecz
nie uśmiercani, jakby smutni, lecz zawsze radośni, jakby ubodzy, a
jednak wzbogacający wielu, jako ci, którzy nic nie mają, a
posiadają wszystko.

SŁOWA
EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO MATEUSZA:
Jezus
powiedział do swoich uczniów: „Słyszeliście, że powiedziano:
«Oko za oko i ząb za ząb». A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie
oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw
mu i drugi. Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją
szatę, odstąp i płaszcz. Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc
kroków, idź dwa tysiące. Daj temu, kto cię prosi, i nie odwracaj
się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie”.

Jezus
w Ewangelii mówi dziś: Słyszeliście,
że powiedziano: «Oko za oko i ząb za ząb». A Ja wam powiadam:
Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy
policzek, nadstaw mu i drugi. Temu, kto chce prawować się z tobą i
wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz. Zmusza cię kto, żeby iść
z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące. Daj temu, kto cię prosi, i
nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie.
A
skoro
tak, to Paweł Apostoł, w pierwszym czytaniu stwierdza:
Nie
dając nikomu sposobności do zgorszenia, aby nie wyszydzono naszej
posługi, okazujemy się sługami Boga przez wszystko: przez wielką
cierpliwość wśród utrapień, przeciwności i ucisków, w
chłostach, więzieniach, podczas rozruchów, w trudach, nocnych
czuwaniach i w postach, przez czystość i umiejętność, przez
wielkoduszność i łagodność, przez objawy Ducha Świętego i
miłość nieobłudną, przez głoszenie prawdy i moc Bożą.
Niemalże
dosłownie Paweł i Apostołowie wprowadzili w życie dzisiejsze
zalecenie Jezusa. Jakie to zalecenie? Czego dotyczące? Czy tego, by
dać
sobą poniewierać, pomiatać, lekceważyć,

bo na tym polega chrześcijaństwo? Albo może z innej strony: czy
nie da się być chrześcijaninem, jeżeli się nie zgodzi na takie
traktowanie? Co tak dokładnie oznacza zachęta Jezusa:
Nie
stawiajcie oporu złemu?…

A
może
to właśnie, by nie szukać zemsty, by 
nie
dochodzić swego za wszelką cenę,

co
do najmniejszego szczegółu;

aby też nie budować swojej pozycji i skuteczności swojej misji na
ludzkim uznaniu, aby wreszcie „nie dawać nikomu sposobności do
zgorszenia” –
swoją
małostkowością,

może arogancją, a może pychą…

Zresztą,
przyjęcie
owych
wyliczonych tu trudności i oddanie ich Panu
konkretnie
owocuje

w życiu człowieka – tak, jak zaowocowało w życiu Apostołów.
Paweł tak o tym pisze, charakteryzując postawę swoją i swoich
braci w apostolskim dziele:
Uchodzący
za oszustów, a przecież prawdomówni, niby nieznani, a przecież
dobrze znani, niby umierający, a oto żyjemy, jakby karceni, lecz
nie uśmiercani, jakby smutni, lecz zawsze radośni, jakby ubodzy, a
jednak wzbogacający wielu, jako ci, którzy nic nie mają, a
posiadają

wszystko.
Chciałoby
się powiedzieć:
A
więc jednak warto!

Warto zaufać bezgranicznie Panu! Warto coś doraźnie stracić, aby
o wiele więcej zyskać! I – choć to bardzo trudne – warto
nie
dochodzić do ostatniego, najmniejszego drobiazgu,

swoich praw i krzywd, aby
i
Pan od nas nie dochodził sprawiedliwości za nasze grzechy i
potknięcia, a 
mógł
nam miłosiernie przebaczyć

i okazać bezmiar swojej łaski.
Tak,
moi Drodzy, warto w tych sprawach – w sprawach naszych doczesnych
rozliczeń, w relacjach z ludźmi, a może i z samym Bogiem –
zastosować
Bożą
miarę, Bożą sprawiedliwość, Bożą logikę…

I w jakimś sensie –
Bożą
ekonomię,

kiedy trzeba będzie przeliczyć, co się nam bardziej opłaca: czy
rzeczywiście
za
wszelką cenę bronić swego

do ostatniego, najdrobniejszego elementu (bo nie mówimy, żeby w
ogóle zrezygnować z obrony i dać sobie ludziom wejść na głowę),
czy jednak
tu
i ówdzie ustąpić,

to i owo przemilczeć, coś może utracić ze swojej pozycji i zejść
nieco ze swego piedestału, ale za to 
zyskać
o wiele więcej

trwałych i dobrych Bożych darów?…

Paweł
i inni Apostołowie nie mieli wątpliwości, jak postąpić. Nie miał
ich także Patron dnia dzisiejszego,
Święty
Brat Albert Chmielowski.
Jako
Adam Chmielowski, urodził się 20 sierpnia 1845
roku
w Igołomii pod Krakowem. Pochodził z zubożałej rodziny
ziemiańskiej. Gdy miał sześć lat, matka w czasie pielgrzymki do
Mogiły poświęciła małego Adama Bogu. Kiedy miał lat osiem,
umarł jego ojciec, sześć lat później zmarła matka.

Chłopiec
kształcił się w szkole kadetów w Petersburgu, następnie w
gimnazjum w Warszawie, a potem studiował w Instytucie Rolniczo –
Leśnym w Puławach. Razem z młodzieżą tej szkoły wziął
udział w Powstaniu Styczniowym.
30 września 1863 roku został
ciężko ranny w bitwie pod Mełchowem i dostał się do
niewoli rosyjskiej. W prymitywnych warunkach polowych, bez środków
znieczulających, amputowano mu nogę, co zniósł niezwykle
mężnie. Miał wtedy osiemnaście lat.

Przez
pewien czas przebywał w więzieniu w Ołomuńcu, skąd został
zwolniony dzięki interwencji rodziny. Aby uniknąć represji władz
carskich, wyjechał do Paryża, gdzie podjął studia malarskie,
potem przeniósł się do Belgii i studiował inżynierię, lecz
powrócił wkrótce do malarstwa i ukończył Akademię Sztuk
Pięknych w Monachium.
Wszędzie, gdzie przebywał wyróżniał
się postawą chrześcijańską,
a jego silna osobowość
wywierała duży wpływ na otoczenie.

Po
ogłoszeniu amnestii w 1874 roku powrócił do kraju. Zaczął
poszukiwać nowego ideału życia,
wyrazem czego stało się jego
malarstwo. Oparte dotychczas na motywach świeckich, zaczęło teraz
czerpać natchnienie z tematów religijnych. Jeden z jego
najlepszych
i najbardziej znanych obrazów – „Ecce
Homo”
jest owocem
głębokiego przeżycia tajemnicy bezgranicznej miłości Boga do
człowieka.

W
1880 roku nastąpił duchowy zwrot w jego życiu.
Będąc w pełni
sił twórczych porzucił malarstwo i liczne kontakty towarzyskie, i
mając trzydzieści pięć lat wstąpił do nowicjatu jezuitów
z zamiarem pozostania bratem zakonnym. Po pół roku, w stanie silnej
depresji, opuścił nowicjat. Do stycznia 1882 roku leczył się w
zakładzie dla nerwowo chorych.
Następnie przebywał u swojego
brata na Podolu, gdzie w atmosferze spokoju i miłości powrócił
całkowicie do równowagi psychicznej.

Zafascynowała
go duchowość Świętego Franciszka z Asyżu, zapoznał się z
regułą III zakonu i rozpoczął działalność tercjarską,
którą pragnął upowszechnić wśród podolskich chłopów. Wkrótce
ukaz carski zmusił go do opuszczenia Podola. W 1884 roku przeniósł
się do Krakowa
i zatrzymał się przy klasztorze kapucynów.
Pieniędzmi ze sprzedaży swoich obrazów wspomagał
najbiedniejszych.

Jego
pracownia malarska stała się przytuliskiem.
Tutaj zajmował się
nędzarzami i bezdomnymi, widząc w ich twarzach sponiewierane
oblicze Chrystusa.
Poznał warunki życia ludzi w tak zwanych
ogrzewalniach miejskich Krakowa. Był to kolejny moment przełomowy
w życiu zdolnego i cenionego malarza.

Z
miłości do Boga i ludzi Adam Chmielowski po raz drugi
zrezygnował z kariery i objął zarząd ogrzewalni dla bezdomnych.

Przeniósł się tam na stałe, aby mieszkając wśród biedoty,
pomagać im w dźwiganiu się z nędzy – nie tylko materialnej, ale
i moralnej. 25 sierpnia 1887 roku Adam Chmielowski przywdział
szary habit tercjarski i przyjął imię brat Albert.
Dokładnie
rok później złożył śluby tercjarza na ręce Kardynała Albina
Dunajewskiego. Ten dzień jest jednocześnie początkiem
działalności Zgromadzenia Braci III Zakonu Świętego Franciszka
Posługujących Ubogim,
zwanego
popularnie
„albertynami”.

Zgromadzenie
to przejęło od zarządu miasta opiekę nad ogrzewalnią dla
mężczyzn
przy ulicy Piekarskiej w Krakowie. W niecały rok
później brat Albert wziął również pod swoją opiekę
ogrzewalnię dla kobiet, a grupa jego pomocnic, którymi
kierowała siostra Bernardyna Jabłońska, stała się zalążkiem
zgromadzenia „albertynek”. Formacja dla
kandydatów i kandydatek do obu zgromadzeń organizowana była w
domach pustelniczych.

Najbardziej
znanym stała się tak zwana
„Samotnia” na Kalatówkach
pod Zakopanem.
Nowicjat był surowy, aby wcześniej mogły
wycofać się jednostki słabsze. Do trudnej pracy potrzeba bowiem
było ludzi wyjątkowo zahartowanych – zarówno fizycznie jak i
moralnie.

Przytuliska
znajdujące się pod opieką albertynów i albertynek były otwarte
dla wszystkich potrzebujących,
bez względu na narodowość czy
wyznanie. Wszystkim zapewniano pomoc materialną i moralną,
stwarzano chętnym możliwości pracy i samodzielnego zdobywania
środków utrzymania.

Sam
zaś Albert był człowiekiem rozmodlonym i pokutnikiem.
Odznaczał się heroiczną miłością bliźniego, dzieląc los z
najuboższymi i pragnąc przywrócić im godność. Pomimo swego
kalectwa – wiele podróżował, zakładał nowe przytuliska,
sierocińce dla dzieci i młodzieży,
domy
dla starców i nieuleczalnie chorych oraz tak zwany „kuchnie
ludowe”.

Za
jego życia powstało dwadzieścia jeden takich domów. Przykładem
swego życia Brat Albert uczył współbraci i współsiostry, że
trzeba być „dobrym jak chleb”. Zalecał też
przestrzeganie krańcowego ubóstwa, które od lat wielu było
również jego udziałem.

Zmarł
w opinii świętości, wyniszczony ciężką chorobą i trudami życia
w przytułku, który założył dla mężczyzn, 25 grudnia 1916
roku w Krakowie.
Pogrzeb na Cmentarzu Rakowickim 28 grudnia 1916
roku stał się pierwszym wyrazem czci powszechnie mu oddawanej.
Papież Jan Paweł II beatyfikował go 22 czerwca
1983 roku,
na Błoniach
krakowskich,
a kanonizował 12 listopada 1989 roku, w
Watykanie.

Warto
przy okazji zauważyć, iż Jan Paweł II – co sam nieraz
podkreślał – był zachwycony postawą Brata Alberta, mając do
jego świętości osobiste nabożeństwo.
Jednym z wyrazów tego
nastawienia jest z pewnością homilia, jaką wygłosił jeszcze jako
krakowski Kardynał, z okazji pięćdziesiątej rocznicy śmierci
dzisiejszego Patrona. A mówił w niej między innymi:


Brat
Albert Chmielowski – była to natura bardzo bogata, wszechstronnie
uzdolniona.
Zapowiadał się jako znakomity malarz, był ceniony
przez wszystkich mistrzów pędzla, którzy na zawsze pozostaną w
pamięci naszego narodu jako przedstawiciele wielkiej sztuki. Wiemy,
że była to jeszcze i dlatego natura bogata, że nie szczędził
siebie.
Dał tego dowód, gdy jako niespełna dwudziestoletni
młodzieniec wziął udział w Powstaniu Styczniowym. Wszystko
postawił na jedną kartę dla miłości Ojczyzny. Miłość
Ojczyzny wypaliła na nim dozgonny stygmat: pozostał kaleką do
śmierci

zamiast własnej nogi nosił protezę.

Ponad
to bogactwo natury uderza w nim przede wszystkim bogactwo łaski.
Łaska Boża, to jest sam Bóg udzielający się człowiekowi,
przelewający się niejako do jego duszy. Im bardziej Bóg udziela
się duszy, im bardziej się do niej przelewa przez dary Ducha
Świętego, tym bardziej rzuca ją na kolana. Tak właśnie na
kolana rzucona została dusza Adama Chmielowskiego przed
niewypowiedzianym majestatem Boga, świętością i miłością Boga.


Ale
Bóg w przedziwny sposób działa w dziejach człowieka. Oto rzucając
go przed sobą na kolana, każe mu równocześnie uklęknąć
przed jego braćmi, bliźnimi.
Tak właśnie stało się w życiu
Brata Alberta: rzucony na kolana przed majestatem Bożym, upadł na
kolana przed majestatem człowieka, i to najbiedniejszego,
najbardziej upośledzonego, przed majestatem ostatniego nędzarza!

Może
to porównanie jest wstrząsające, w naszych czasach nie widzimy
takich drastycznych zestawień, tak krzyczącej nędzy, tak jawnego
upokorzenia człowieka. Jest jednak i dzisiaj wiele zestawień
pozornie mniej rażących, a jednak nie mniej rażących.
Jest
dużo ludzkich potrzeb, wiele wołania o miłosierdzie – czasem w
sposób dyskretny, niedosłyszalny. Iluż jest jeszcze ludzi chorych
i opuszczonych w swoich chorobach, bez żadnej opieki? Iluż jest
jeszcze ludzi starych, przymierających głodem i tęskniących za
sercem?
Ile jest trudnej młodzieży, która w dzisiejszej
atmosferze życia nie znajduje dla siebie moralnego oparcia?

Miłosierdzie
i chrześcijaństwo jest wielką sprawą naszych dni.
Jeżeliby
nie było miłosierdzia, nie byłoby chrześcijaństwa: to jest jedno
i to samo.

W służbie miłosierdzia nawet fundusze nie są najważniejsze,
nawet domy, zakłady i szpitale nie są najważniejsze, chociaż są
to środki niezbędne.
Najważniejszy
jest człowiek!

Trzeba świadczyć swoim człowieczeństwem, sobą. Tutaj Brat Albert
jest dla nas niezrównanym wzorem.” Tyle Kardynał Wojtyła.
Wpatrzeni
w przykład świętości Brata Alberta oraz zasłuchani w Boże słowo
dzisiejszej liturgii, zastanówmy się,
ile
jesteśmy w stanie z siebie po ludzku stracić – żeby po Bożemu
zyskać?…

4 komentarze

Ks. Jacek Autor: Ks. Jacek

Archiwum wpisów

Ks. Jacek Jaśkowski

Witam serdecznie! Kłania się Ks. Jacek Jaśkowski. Nie jestem ani kimś ważnym, ani kimś znanym. Jestem księdzem, który po prostu chce rozmawiać. Codzienna kapłańska posługa pokazuje mi, że tematów do rozmów z księdzem jest coraz więcej i dzisiaj żaden ksiądz nie może od nich uciekać, ale – wprost przeciwnie – podejmować nowe wyzwania. To przekonanie skłoniło mnie do próby otwarcia tegoż bloga, chociaż okazji do rozmów na co dzień – w konfesjonale i poza nim – na szczęście nie brakuje. Myślę jednak, że ten blog będzie jeszcze jednym sposobem i przestrzenią nawiązania kontaktu z ludźmi dobrej woli, otwartymi na dialog.