Przez Niego będziemy wskrzeszeni!

P

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Moi Drodzy, w dniu dzisiejszym urodziny przeżywa Ksiądz Wojciech Bazan, dobry Kolega z od czasów seminaryjnych, Prefekt Zespołu Szkół Katolickich, istniejących przy mojej rodzinnej Parafii. Życzę Jubilatowi niegasnącego zapału do pracy z dziećmi i młodzieżą, oraz wszelkiego Bożego błogosławieństwa! Zapewniam o modlitwie.

Moi Drodzy, wczorajszy dzień skupienia Kandydatów do Bierzmowania w Pratulinie był bardzo ciekawym doświadczeniem. Modlę się za te Dzieciaki, aby – jak sobie o tym rozmawialiśmy – widziały w Kościele przestrzeń życiową dla siebie. I aby zawsze były wdzięczne Bogu za to, że w ogóle są w Kościele.

Pamiętałem w modlitwie także o Was – i w Pratulinie, i w Kodniu, do którego po drodze na chwilę wpadłem.

Życzę Wszystkim pięknej niedzieli. I na takie właśnie przeżywanie Dnia Pańskiego – niech Was błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec + i Syn, i Duch Święty. Amen

Gaudium et spes! Ks. Jacek

32 Niedziela zwykła, C,

do czytań: 2 Mch 7,1–2.9–14; 2 Tes 2,16–3,5; Łk 20,27–38

CZYTANIE Z DRUGIEJ KSIĘGI MACHABEJSKIEJ:

Zdarzyło się, że siedmiu braci razem z matką zostało schwytanych. Bito ich biczami i rzemieniami, gdyż król chciał ich zmusić, aby skosztowali wieprzowiny zakazanej przez Prawo.

Jeden z nich, przemawiając w imieniu wszystkich, tak powiedział: „O co pragniesz zapytać i czego dowiedzieć się od nas? Jesteśmy bowiem gotowi raczej zginąć aniżeli przekroczyć ojczyste prawo”.

Drugi zaś brat w chwili, gdy oddawał ostatnie tchnienie, powiedział: „Ty zbrodniarzu, odbierasz nam to obecne życie. Król świata jednak nas, którzy umieramy za Jego prawo, wskrzesi i ożywi do życia wiecznego”.

Po nim był męczony trzeci. Na żądanie natychmiast wysunął język, a ręce wyciągnął bez obawy i mężnie powiedział: „Z nieba je otrzymałem, ale dla Jego praw nimi gardzę, a spodziewam się, że od Niego ponownie je otrzymam”. Nawet sam król i całe jego otoczenie zdumiewało się odwagą młodzieńca, jak za nic miał cierpienia.

Gdy ten już zakończył życie, takim samym katuszom poddano czwartego. Konając, tak powiedział: „Lepiej jest nam, którzy giniemy z ludzkich rąk, a którzy w Bogu pokładamy nadzieję, że znowu przez Niego będziemy wskrzeszeni. Dla ciebie bowiem nie ma wskrzeszenia do życia”.

CZYTANIE Z DRUGIEGO LISTU ŚWIĘTEGO PAWŁA APOSTOŁA DO TESALONICZAN:

Bracia: Sam Pan nasz Jezus Chrystus i Bóg, Ojciec nasz, który nas umiłował i przez łaskę udzielił nam niekończącego się pocieszenia i dobrej nadziei, niech pocieszy serca wasze i niech utwierdzi we wszelkim czynie i dobrej mowie.

Poza tym, bracia, módlcie się za nas, aby słowo Pańskie rozszerzało się i rozsławiało, podobnie jak to jest pośród was, abyśmy byli wybawieni od ludzi przewrotnych i złych, albowiem nie wszyscy mają wiarę. Wierny jest Pan, który umocni was i ustrzeże od złego. Co do was, ufamy w Panu, że to, co nakazujemy, czynicie i będziecie czynić. Niechaj Pan skieruje serca wasze ku miłości Bożej i cierpliwości Chrystusowej.

SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO ŁUKASZA:

Podeszło do Jezusa kilku saduceuszów, którzy twierdzą, że nie ma zmartwychwstania, i zagadnęli Go w ten sposób: „Nauczycielu, Mojżesz tak nam przepisał: «Jeśli umrze czyjś brat, który miał żonę, a był bezdzietny, niech jego brat weźmie wdowę i niech wzbudzi potomstwo swemu bratu». Otóż było siedmiu braci. Pierwszy wziął żonę i umarł bezdzietnie. Wziął ją drugi, a potem trzeci, i tak wszyscy pomarli, nie zostawiwszy dzieci. W końcu umarła ta kobieta.

Przy zmartwychwstaniu więc którego z nich będzie żoną? Wszyscy siedmiu bowiem mieli ją za żonę”.

Jezus im odpowiedział: „Dzieci tego świata żenią się i za mąż wychodzą. Lecz ci, którzy uznani są za godnych udziału w świecie przyszłym i w powstaniu z martwych, ani się żenić nie będą, ani za mąż wychodzić. Już bowiem umrzeć nie mogą, gdyż są równi aniołom i są dziećmi Bożymi, będąc uczestnikami zmartwychwstania.

A że umarli zmartwychwstają, to i Mojżesz zaznaczył tam, gdzie jest mowa o krzaku, gdy Pana nazywa «Bogiem Abrahama, Bogiem Izaaka i Bogiem Jakuba». Bóg nie jest Bogiem umarłych, lecz żywych; wszyscy bowiem dla Niego żyją”.

Przecież chodziło tylko o kawałek mięsa… Po co było się tak narażać, wręcz nadstawiać – nie lepiej było zjeść ten kęs wieprzowiny i mieć święty spokój? Zawsze można było powiedzieć, że to przez pomyłkę, że pod przymusem… A może tak, jak w przypadku starca Eleazara, o którym mowa w innym miejscu, na kartach Starego Testamentu, a którego zmuszano do podobnej rzeczy i podpowiadano, by tylko udawał, że je zakazane mięso, tak i tutaj – być może – władca zadowoliłby się tym, że owi młodzi ludzie udawaliby jedzenie mięsa i dzięki temu uratowaliby życie?…

Oni jednak nie chcieli. Nie chcieli zjeść mięsa, zakazanego Żydom przez Boże Prawo – i udawać też nie chcieli. I to wszyscy, bez wyjątku, co do jednego. W dzisiejszym pierwszym czytaniu słyszymy opis męczeństwa czterech braci, ale w pierwszym zdaniu usłyszeliśmy informację, że było ich siedmiu i z lektury dalszej części Księgi Machabejskiej dowiadujemy się, że także pozostali trzej nie zawahali się postąpić w sposób godny swojej wiary i godny swoich braci.

Księga wychwala także bohaterstwo matki, która musiała patrzeć na brutalne męczeństwo wszystkich swoich synów – możemy się tylko domyślać, co to oznaczało dla matki – i nie tylko, że się nie załamała, ale jeszcze zachęcała swych synów do bohaterstwa i wierności Bogu. Bo – właśnie – nie o kawałek mięsa cała rzecz tu się rozgrywała. Nie o kawałek mięsa i nie o taki lub inny zwyczaj – ale o wierność Prawu Bożemu. A tak jeszcze dokładniej – o wierność samemu Bogu!

Ci młodzi ludzie – młodzi bracia – potraktowali ją bardzo dosłownie. I dlatego uznali, że albo zachowuje się Boże Prawo i jest się mu wiernym – albo się je zdradza, czyli Boga się zdradza. I koniec. Nie ma trzeciej drogi. A dla nich oznaczało to jeszcze jedno – to mianowicie, co czwarty z braci, w obliczu zbliżającej się męczeńskiej śmierci, powiedział do władcy: Lepiej jest nam, którzy giniemy z ludzkich rąk, a którzy w Bogu pokładamy nadzieję, że znowu przez Niego będziemy wskrzeszeni. Dla ciebie bowiem nie ma wskrzeszenia do życia.

Moi Drodzy, to właśnie o to rozgrywała się cała sprawa: o życie wieczne – nie o kawałek mięsa. Jak wielką wiarę w to życie wieczne – i jak wielką wiarę w samego Boga – musieli mieć ci młodzi ludzie, że nie zawahali się położyć na szali swego życia doczesnego i po prostu nim wzgardzić, oddać go bez wahania. W tym momencie próby wszyscy uznali, że to życie nie ma większej wartości – w obliczu życia wiecznego, w obliczu zmartwychwstania, które ich czekało tam, po drugiej stronie…

Zdaje się, że nie aż tak poważnie podeszli do całej sprawy rozmówcy Jezusa z dzisiejszej Ewangelii, czyli grupa saduceuszy. Opowiedziana przez nich historia rzeczywiście zdawała się potwierdzać, iż – jak stwierdza Ewangelista – byli oni przekonani, że nie ma zmartwychwstania. I stąd ta cała historyjka o siedmiu mężach jednej kobiety, którzy umierali jeden po drugim.

To też siedmiu braci – jak w pierwszym czytaniu. Tylko o ile ci bracia ze Starego Testamentu naprawdę wierzyli w zmartwychwstanie i dlatego tak bardzo poważnie potraktowali całą sprawę, o tyle ci z Ewangelii – postacie, jak się zdaje, fikcyjne, zmyślone przez saduceuszy – mieli całą sprawę zbagatelizować, a może nawet ośmieszyć, skompromitować. Wyczuwamy to wyraźnie po tonie tej dziwnej opowieści.

Już sam fakt, że po kolei żenili się z niewiastą, przy której umierali wszyscy poprzedni, pokazywał niepoważne podejście do tematu. W rzeczywistości bowiem, po śmierci trzeciego, z pewnością czwarty bardzo by się obawiał z nią żenić, nie mówiąc już o następnych. Jednakże – powiedzmy raz jeszcze – tu nie o tę historyjką chodziło, ale o to, że saduceusze naprawdę nie wierzyli w zmartwychwstanie do życia wiecznego. Dali temu jasny wyraz.

Jezus jednak wykorzystał tę ich dziwaczną historyjkę – i w ogóle fakt rozmowy z nimi – do tego, by nam wszystkim dać bardzo konkretną i jasną naukę o tym, że jest zmartwychwstanie. Dlatego to powiedział: Dzieci tego świata żenią się i za mąż wychodzą. Lecz ci, którzy uznani są za godnych udziału w świecie przyszłym i w powstaniu z martwych, ani się żenić nie będą, ani za mąż wychodzić. Już bowiem umrzeć nie mogą, gdyż są równi aniołom i są dziećmi Bożymi, będąc uczestnikami zmartwychwstania.

Po czym dodał: A że umarli zmartwychwstają, to i Mojżesz zaznaczył tam, gdzie jest mowa o krzaku, gdy Pana nazywa «Bogiem Abrahama, Bogiem Izaaka i Bogiem Jakuba». Bóg nie jest Bogiem umarłych, lecz żywych; wszyscy bowiem dla Niego żyją.

I właśnie zapewne myśląc o takich ludziach, jak owi saduceusze, Paweł Apostoł pisał do Tesaloniczan, w drugim dzisiejszym czytaniu: Poza tym, bracia, módlcie się za nas, aby słowo Pańskie rozszerzało się i rozsławiało, podobnie jak to jest pośród was, abyśmy byli wybawieni od ludzi przewrotnych i złych, albowiem nie wszyscy mają wiarę.

Tak, nie wszyscy mają wiarę. Ludzie przewrotni wszystko przeinaczają – czasami złośliwie i celowo – bo sami wiary nie mają i jeszcze chcieliby innym w głowach zamotać. Dlatego Paweł przestrzega swych uczniów i wyraża co do nich swoje nadzieje, w słowach: Wierny jest Pan, który umocni was i ustrzeże od złego. Co do was, ufamy w Panu, że to, co nakazujemy, czynicie i będziecie czynić. Niechaj Pan skieruje serca wasze ku miłości Bożej i cierpliwości Chrystusowej.

Otóż, właśnie, moi Drodzy! Wszystko zależy od naszego podejścia do całej sprawy – słowem: od naszej wiary. Oto bowiem dzisiaj mamy przed sobą dwie przeciwstawne postawy: jedna, to postawa wielkiej wiary w Boga i w Jego obietnicę zmartwychwstania człowieka do życia wiecznego; druga z kolei – to postawa braku tej wiary i wręcz próba jej ośmieszania. Tu siedmiu braci oddaje za tę wiarę życie, a tu siedmiu braci też oddaje życie, ale jakby… w ciemno, nie wiadomo, po co i dlaczego, trochę jakby przez pomyłkę.

Jezus zajmuje w całym tym sporze jasne stanowisko, podobnie Święty Paweł. Tesaloniczanie – mamy taką nadzieję – posłuchali Apostoła i czynili to, co on im nakazał, czego ich nauczył.

A my – jakie stanowisko w tych sprawach zajmiemy? I to nie tylko, gdy idzie o prawdę dotyczącą zmartwychwstania do życia wiecznego, ale o każdą inną prawdę wiary – tej wiary, której jesteśmy od dziecka uczeni, w której jesteśmy wychowywani?…

Moi Drodzy, czy my w to wszystko tak naprawdę wierzymy? Ale tak naprawdę – czyli tak, że bylibyśmy w stanie oddać za to życie? Owszem, nie musimy obecnie tego czynić – i obyśmy nigdy nie musieli. Ale gdyby było trzeba?…

W pewnym sensie, już trzeba. Chociaż nie w sposób męczeński, ale trzeba odważnie, zdecydowanie i bez kompleksów codziennie świadczyć o swojej wierze! A w ostatnim czasie wydaje się, że tego świadectwa wyjątkowo potrzeba; w obliczu tego, że – jak to ujął dzisiaj Święty Paweł – nie wszyscy mają wiarę. Widzimy, moi Drodzy, na pewno wokół nas coraz więcej takich, którym brakuje wiary.

A wręcz takich, którzy nie chcą mieć tej wiary, którym na tych sprawach po prostu nie zależy, którzy się tym aktualnie nie przejmują, bo nie uważają tych spraw w ogóle za ważne. Bo oni teraz mają wszystko: mają dostatnie życie, dobrze się ustawili zawodowo i społecznie, pieniądze płyną na konto, w domu i w garażu jest to, co być powinno.

O, z pewnością, może być jeszcze więcej i jeszcze droższego, więc o to trzeba zabiegać, a nie o jakieś tam bzdury, co będzie po śmierci. A kiedyż to przyjdzie ta śmierć! To jeszcze długa perspektywa! Na stare lata się o tym pomyśli, a teraz – trzeba się zająć tym, co w tym momencie najważniejsze: ustawić się, dorobić, wzbogacić, zadbać o wygodę życia… Jaka tam wieczność, jakie tam zmartwychwstanie? Na to będzie jeszcze czas.

Tylko – czy aby na pewno?… Będzie jeszcze na to czas? A jak go nie będzie? To co wtedy? I jak żyć, tak naprawdę, jeżeli się ma przed sobą tylko tę perspektywę doczesną – a choćby nawet obejmującą i sto lat życia na ziemi, ale nic poza nią – jak żyć?… Owszem, teraz się o tym nie myśli, bo to życie doczesne jest na tyle atrakcyjne i na tyle wciągające, że na ten moment wielu to wystarcza. Ale w którymś momencie – jakby na przekór wszystkiemu – powróci pytanie: I co dalej?… Co potem?…

Moi Drodzy, jak często my sobie to pytanie stawiamy? Zapewne listopad, który teraz przeżywamy – miesiąc modlitwy za naszych Zmarłych – trochę nas bardziej mobilizuje do postawienia go sobie. Bo i my, choć nie zaliczamy siebie do tych, o których Paweł pisze, że nie wszyscy mają wiarę, gdyż uważamy się za mocno wierzących – i zapewne tak jest – to jednak chyba aż tak za często nie zastanawiamy się, co dalej, co po śmierci, z czym staniemy na Sądzie Bożym?…

I co my tak naprawdę myślimy o tym przyszłym życiu? Jak często o nim myślimy? Bo i my, moi Drodzy – nie z powodu braku wiary, ale powodu tego zawrotnego tempa, w jakim na co dzień żyjemy – po prostu nie mamy czasu o tych sprawach pomyśleć. Nie mamy do tego głowy.

Bo trzeba pędzić do pracy, a jak się wróci z pracy, to zaraz tyle obowiązków w domu, a tu jeszcze co i raz wypadanie jakaś sprawa poza codziennym „grafikiem” – i tak „w kółko”: człowiek pędzi i pędzi, żeby rozwiązywać kolejne problemy, jakie mu się pojawiają na horyzoncie, więc kiedy tu jeszcze pomyśleć o tym, co jest na tym ostatnim horyzoncie, co jest na końcu, a właściwie: co jest poza nim, jeszcze dalej? Co tam jest?… Co nas tam czeka?

Nie mamy kiedy o tym pomyśleć, moi Drodzy. A chyba jednak warto! Trzeba się do tego zmobilizować. Bo przecież my właśnie po to żyjemy i po to jest cała ta nasza codzienna gonitwa, aby na końcu dobiec do… zmartwychwstania! Tak, do życia wiecznego! Inaczej – jaki sens miałoby to nasze zapędzenie, zapracowanie, wręcz „zarzynanie się” – jaki sens? Jaki cel?…

Cel jest jasny. Tylko nie można o nim zapomnieć. Trzeba sobie o nim jak najczęściej przypominać. I stawiać sobie odważnie to pytanie: Czy ja, człowiek wierzący, tak naprawdę wierzę w życie wieczne? I czy ja – tak naprawdę – pragnę tego życia? Czy mi na nim tak naprawdę zależy? I czy świadomie – a nie tylko tak od niechcenia, jakby przypadkiem, ale tak naprawdę świadomie – do niego dążę?

A jest to, moi Drodzy, w rzeczy samej pytanie o to, czy ja chcę być już na zawsze – z Jezusem? Czy ja to wszystko, co robię dzisiaj, tu i teraz, robię ze względu na Niego i dla Niego? Czy ja mam Go ciągle przed oczami i robię wszystko, aby być z Nim razem: teraz i w wieczności?

Bo powiedzmy sobie jasno jeszcze raz: siedmiu braci, z dzisiejszego pierwszego czytania, oddało życie nie za kawałek mięsa! I nawet nie w obronie takiego czy innego Prawa, zapisanego na papierze. I nawet nie w obronie zasad jako takich. Oni oddali życie z miłości do Boga! Oddali życie, bo byli pewni, że Bóg im to życie zwróci i że już na zawsze będą z Nim. Tak silna była ich wiara, a z niej wypływała równie silna nadzieja, motywem zaś była bezgraniczna miłość do Boga.

Co jest motywem moich wszelkich działań, mojego zabiegania, zapracowania, codziennej krzątaniny: czy ja to wszystko robię dla Jezusa i z myślą o Nim? Czy ja naprawdę – ale tak naprawdę – chcę z Nim być przez całą wieczność? Czy ja o tym w ogóle myślę? Czy ja szczerze do tego dążę?

A jeśli tak, to ile jestem w stanie z siebie dać, ile poświęcić – dla Jezusa, ze względu na moją wiarę w Niego, na moją do Niego szczerą miłość?… Ile jestem w stanie z siebie dać – już dzisiaj?…

3 komentarze

  • Nie byłam jeszcze na Eucharystii, to jest mój pierwszy kontakt z dzisiejszym Słowem. Słowo porusza kwestie fundamentalne; iść z Bogiem ku Bogu, czy żyć tu i teraz i zbytnio się nie przejmować lub przejmować się o tu i teraz, o życie doczesne. Czy ten miesiąc skłania nas do głębszych refleksji nad życiem wiecznym? Pewnie, nie każdego, bo są wyznawcy, że ” i tak do piachu i tak do piachu”, że na cmentarzu wszystko się kończy.
    Ps. Po Mszy Świętej zostaję na ostatniej części Tryptyku zaduszkowego” Nie wszystek umrę”. Cieszę się, że na żywo spotkam Rodzinę Brodów, którą poznałam przez internet.

    • Muszę sprostować, że Tryptyk zaduszny zaszczyciła nie Rodzina Brodów lecz Kapela Brodów i okazało się że równie wspaniali.

      • Na pewno, nie wszystkich listopad skłania do refleksji, ale to tacy, których żaden czas i żadna okoliczność nie skłania do żadnej refleksji o życiu wiecznym. A przecież, każdy kiedyś będzie musiał zdać sprawę ze swego życia…
        xJ

Archiwum wpisów

Ks. Jacek Jaśkowski

Witam serdecznie! Kłania się Ks. Jacek Jaśkowski. Nie jestem ani kimś ważnym, ani kimś znanym. Jestem księdzem, który po prostu chce rozmawiać. Codzienna kapłańska posługa pokazuje mi, że tematów do rozmów z księdzem jest coraz więcej i dzisiaj żaden ksiądz nie może od nich uciekać, ale – wprost przeciwnie – podejmować nowe wyzwania. To przekonanie skłoniło mnie do próby otwarcia tegoż bloga, chociaż okazji do rozmów na co dzień – w konfesjonale i poza nim – na szczęście nie brakuje. Myślę jednak, że ten blog będzie jeszcze jednym sposobem i przestrzenią nawiązania kontaktu z ludźmi dobrej woli, otwartymi na dialog.