Szczęść Boże! Drodzy moi, w dniu dzisiejszym imieniny przeżywa Maksymilian Lipka, były Lider FORMACJI «SPE SALVI», Lektor mojej rodzinnej Parafii, Człowiek zaangażowany w życie Kościoła. Życzę Mu, aby wziął jak najwięcej z charyzmy i świętości swojego Patrona. I o to się dla Niego modlę.
A oto dzisiaj Pielgrzymi z Podlasia, wczesnym rankiem, weszli na Jasną Górę:
Niech tegoroczne pielgrzymowanie zaowocuje wieloraką łaską w życiu wszystkich Pielgrzymów – wędrujących na trasie i pielgrzymujących duchowo.
Wczoraj zaś, o 18:00, w podczęstochowskim Mirowie miała miejsce tradycyjna Msza Święta dla całej Pielgrzymki, pod przewodnictwem siedleckich Biskupów, w trakcie której zawarte zostało jedno Małżeństwo. Na tej Mszy Świętej dokonują się już pierwsze podsumowania kończącej się Pielgrzymki:
Pozdrawiamy także Uczestników Pielgrzymki Radomskiej, Warszawskiej – i wszystkich innych!
A ja dzisiaj pozdrawiam Was z Lublina, gdzie o 18:00 będę koncelebrował Mszę Świętą u Jana Kantego. Zapraszam do duchowej łączności ze mną:
https://www.youtube.com/c/Parafia%C5%9BwJanaKantegowLublinie/streams
I prawdopodobnie zostanę tu na noc, aby jutro rano wyruszyć do Parafii Dąbie. Ale o tym już jutro.
A teraz już zapraszam do pochylenia się nad Bożym słowem dzisiejszej liturgii. Oto słówko Księdza Marka na dziś:
https://www.youtube.com/c/CatholicSurgut
Zatem, co konkretnie mówi dziś do mnie Pan? Jaką wiadomość ma konkretnie dla mnie? Duchu Święty, pomóż ją odkryć i głęboko wziąć do serca!
Niech Was błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec + i Syn, i Duch Święty. Amen
Gaudium et spes! Ks. Jacek
Piątek 19 Tygodnia zwykłego, rok II,
Wspomnienie Św. Maksymiliana Marii Kolbego,
Kapłana i Męczennika,
14 sierpnia 2026.,
do czytań: Ez 16,59–63; Mt 19,3–12
CZYTANIE Z KSIĘGI PROROKA EZECHIELA:
To mówi Pan Bóg: „Postąpię z tobą, Jeruzalem, tak jak ty postępowałaś, ty, któraś złamała przysięgę i zerwała przymierze. Ja jednak wspomnę na przymierze, które z tobą zawarłem za dni twojej młodości, i ustanowię z tobą przymierze wieczne. Ty zaś ze swej strony wspomnisz na swoje postępowanie i zawstydzisz się, kiedy przyjąwszy siostry twoje tak starsze, jak młodsze od ciebie, dam ci je za córki w myśl zawartego z tobą przymierza.
Odnowię bowiem moje przymierze z tobą i poznasz, że Ja jestem Panem, abyś pamiętała i wstydziła się i abyś ze wstydu ust swoich nie otwarła wówczas, gdy ci przebaczę wszystko, coś uczyniła”, mówi Pan Bóg.
SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO MATEUSZA:
Faryzeusze przystąpili do Jezusa, chcąc Go wystawić na próbę, i zadali Mu pytanie: „Czy wolno oddalić swoją żonę z jakiegokolwiek powodu?”
On odpowiedział: „Czy nie czytaliście, że Stwórca od początku stworzył ich jako mężczyznę i kobietę? I rzekł: «Dlatego opuści człowiek ojca i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem». A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co więc Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela”.
Odparli Mu: „Czemu więc Mojżesz polecił dać jej list rozwodowy i odprawić ją?”
Odpowiedział im: „Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych pozwolił wam Mojżesz oddalać wasze żony; lecz od początku tak nie było. A powiadam wam: Kto oddala swoją żonę, chyba w wypadku nierządu, a bierze inną, popełnia cudzołóstwo. I kto oddaloną bierze za żonę, popełnia cudzołóstwo”.
Rzekli Mu uczniowie: „Jeśli tak się ma sprawa człowieka z żoną, to nie warto się żenić”.
Lecz On im odpowiedział: „Nie wszyscy to pojmują, lecz tylko ci, którym to jest dane. Bo są niezdatni do małżeństwa, którzy z łona matki tak się urodzili; i są niezdatni do małżeństwa, których ludzie takimi uczynili; a są i tacy bezżenni, którzy dla królestwa niebieskiego sami zostali bezżenni.
Kto może pojąć, niech pojmuje”.
Słuchając Bożych słów, wypowiadanych za pośrednictwem Proroka, można odnieść wrażenie, iż Bóg sam z sobą się „mocuje”, aby tylko okazać łaskę człowiekowi. Sam siebie wręcz przekonuje, aby nie dokonać chociażby tego, co zapowiedział w pierwszym zdaniu. A zapowiedział tak: Postąpię z tobą, Jeruzalem, tak jak ty postępowałaś, ty, któraś złamała przysięgę i zerwała przymierze. I gdyby tak się miało naprawdę stać, to los narodu izraelskiego byłby przesądzony!
Tymczasem, już w kolejnym zdaniu Bóg mówi: Ja jednak wspomnę na przymierze, które z tobą zawarłem za dni twojej młodości, i ustanowię z tobą przymierze wieczne. A to już na pewno nie jest spełnieniem wcześniejszej zapowiedzi, nie jest odwzorowaniem postępowania ludu, bo lud właśnie kolejne przymierza łamał, a Bóg zapewnia, że zamierza go dotrzymać. Oczekuje jednak ze strony swego narodu konkretnej reakcji na to swoje działanie, mówiąc do niego: Ty zaś ze swej strony wspomnisz na swoje postępowanie i zawstydzisz się, kiedy przyjąwszy siostry twoje tak starsze, jak młodsze od ciebie, dam ci je za córki w myśl zawartego z tobą przymierza.
Właśnie, w myśl tego przymierza, którego Bóg naprawdę chce dotrzymać, o czym mówi jeszcze i w tych słowach: Odnowię bowiem moje przymierze z tobą i poznasz, że Ja jestem Panem, abyś pamiętała i wstydziła się i abyś ze wstydu ust swoich nie otwarła wówczas, gdy ci przebaczę wszystko, coś uczyniła. Słyszymy zatem, iż Bóg oczekuje konkretnej odpowiedzi ze strony narodu na swój gest – oczekuje konkretnych postaw i zachowań. A w tym kontekście, aż dwukrotnie mówi o zawstydzeniu, które powinno pojawić się u ludzi, w obliczu tak szlachetnego postępowania Boga.
Owo zawstydzenie, o którym tu dziś mowa, to bardzo właściwa reakcja człowieka na jego własne złe postępowanie, które sobie uświadamia. Albo które mu Bóg jasno wskazuje. Reakcja, która też może zrodzić się w sercu spontanicznie, w obliczu czyjegoś pięknego i budującego postępowania, do którego samemu się nie dorasta, albo któremu się wprost zaprzecza – swoim własnym, o wiele gorszym postępowaniem.
W trakcie jednej z homilii beatyfikacyjnych, wygłoszonych w Polsce, Jan Paweł II zapytał, czy Święci mogą zawstydzać. I sam na to pytanie odpowiedział, że tak! I że potrzebny jest niekiedy taki zbawczy wstyd, aby człowiek więcej przemyślał, zobaczył i zrozumiał. Nauka Kościoła także wskazuje na wstyd jako swoistego strażnika chrześcijańskiej moralności i właściwej postawy w życiu człowieka.
Niestety, widzimy na co dzień, jak ludzie łatwo „radzą sobie” z tym wstydem – i to nie tylko w sferze grzechów nieczystych, ale i wszystkich innych! Jak aferzyści i kłamcy – patrząc ludziom bezczelnie prosto w oczy, często przez obiektywy kamer – wypierają się tego, co zrobili, albo tłumaczą całemu światu, że postąpili właściwie, a do tego jeszcze zgodnie z prawem! Bardzo by im się przydał taki zbawczy wstyd, o którym tu mowa, a który jest – jeśli tak można określić – swoistym narzędziem, przez które działa i wypowiada się sumienie: zarówno oceniając już dokonane złe czyny, albo ostrzegając przed ich popełnieniem.
Dzisiaj Bóg dopomina się o takie dobre zawstydzenie u swego narodu – takie, które pomoże mu odejść od swojego złego postępowania. A powodem tegoż zawstydzenia powinno być skonfrontowanie postawy narodu ze szlachetną postawą Boga, który ciągle stara się dotrzeć do serc i umysłów swoich dzieci, przede wszystkim – poprzez wierność zawartemu z nimi przymierzu.
Człowiek powinien uczyć się od Boga takiej postawy i ją realizować – chociażby w układaniu relacji międzyludzkich, a szczególnie: tych wyjątkowych relacji, jakie przyjmują kształt przymierza małżeńskiego. Mówi dziś o nim Jezus w Ewangelii, dopominając się powrotu do owego pierwotnego zamysłu Boga, jaki towarzyszył jego ustanowieniu. Jest to przymierze, jakie zawiera dwoje ludzi – na całe życie! A jednocześnie: jest to przymierze, które oni oboje zawierają z Bogiem.
Temu przymierzu powinni pozostać wierni do końca swoich dni – to jeśli idzie o przymierze z Bogiem – albo do śmierci jednego ze współmałżonków. To z kolei w przypadku przymierza małżeńskiego. I także jego zawieraniu i zachowywaniu powinien towarzyszyć zbawczy wstyd, o którym tu sobie mówiliśmy, a który powstrzyma ich przed zdradą małżeńską, czy innymi grzesznymi postawami.
W sprawie tegoż małżeńskiego przymierza Jezus dzisiaj wypowiada się w sposób nie budzący wątpliwości. Mówi: Czy nie czytaliście, że Stwórca od początku stworzył ich jako mężczyznę i kobietę? I rzekł: «Dlatego opuści człowiek ojca i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem». A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co więc Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela”.
Na pytanie zaś, postawione przez uczniów – poniekąd oczywiste: Czemu więc Mojżesz polecił dać jej list rozwodowy i odprawić ją?; Jezus odpowiedział im: „Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych pozwolił wam Mojżesz oddalać wasze żony; lecz od początku tak nie było. A powiadam wam: Kto oddala swoją żonę, chyba w wypadku nierządu, a bierze inną, popełnia cudzołóstwo. I kto oddaloną bierze za żonę, popełnia cudzołóstwo”.
Tu nie ma miejsca na niedopowiedzenia. Po prostu: zarówno przymierze małżeńskie, jak i każde inne, ewentualne przymierze człowieka z człowiekiem, ale też: jakiekolwiek przymierze człowieka z Bogiem – powinno być traktowane poważnie przez każdego z jego uczestników! Bóg je traktuje za każdym razem bardzo poważnie. Zarówno w Starym Testamencie wiele mamy tego potwierdzeń, jak i w Nowym, gdzie takim najmocniejszym świadectwem wierności Boga Przymierzu zbawczemu, jakie zawarł z nami wszystkimi, jest Męka, Śmierć i Zmartwychwstanie Jego Syna, a naszego Pana, Jezusa Chrystusa.
Niech z przykładu Jezusa, jaki nam daje – i dzięki pomocy Jego łaski – my także będziemy wierni wszelkim naszym przymierzom, zawieranym zarówno z Bogiem, jak i z drugim człowiekiem. Od przymierza małżeńskiego począwszy. A na straży przestrzegania każdego z tych przymierzy – oby stał zbawczy wstyd, który jest wielkim darem Boga dla nas i zewnętrznym znakiem i narzędziem działającego w nas, prawego i dobrze uformowanego sumienia!
Jeżeli zaś szukamy przykładu owej wierności przymierzu z Bogiem i z drugim człowiekiem oraz prawości, posuniętej wręcz do heroizmu, to z pewnością znajdziemy go w świadectwie życia i świętości Patrona dnia dzisiejszego. A jest nim Święty Maksymilianie Maria Kolbe.
Jako Rajmund Kolbe – urodził się w Zduńskiej Woli koło Łodzi, 8 stycznia 1894 roku. Jego rodzina posiadała tylko jedną, dużą izbę, gdzie w kącie stał piec kuchenny, z drugiej strony cztery warsztaty tkackie, a za przepierzeniem była sypialnia. We wnęce znajdowała się na stoliku figurka Matki Bożej, przy której rodzina rozpoczynała i kończyła modlitwą każdy dzień.
Rodzice, chociaż ubodzy, byli jednak przesiąknięci duchem katolickim i polskim. Ojciec nawet należał do konspiracji i swoim synom często czytał patriotyczne książki. Pierwsze nauki Rajmund pobierał w domu. Nie było bowiem wtedy szkół polskich, a rodzice nie chcieli posyłać dzieci do szkół rosyjskich. Rajmund sam więc uczył się czytania, pisania i rachunków. Wkrótce zaczął pomagać rodzicom w sklepie. Zdradzał bowiem zdolności matematyczne.
Od najwcześniejszych lat wyróżniał się szczególnym nabożeństwem do Matki Bożej. Jako mały chłopiec kupił sobie figurkę Niepokalanej. Nie był jednak chłopcem idealnym. Pewnego dnia, na widok swawoli syna, matka odezwała się do niego z wyrzutem: „Mundziu, co z Ciebie będzie?” Chłopak zawstydził się i spoważniał. Odtąd zaczął oddawać się modlitwie przy domowym ołtarzyku.
Miał około dwunastu lat, kiedy prosił Matkę Bożą, aby sama powiedziała mu, kim będzie. Jak opowiadał później swej matce, pokazała mu się wtedy Maryja, trzymająca dwie korony: jedną białą i drugą czerwoną, i zapytała, którą chce przyjąć. Biała miała oznaczać czystość, a czerwona – męczeństwo. Rajmund odpowiedział, że chce obie! Było to w kościele parafialnym w Pabianicach.
W roku 1907, w parafii pabianickiej – po raz pierwszy od dziesiątków – lat odbywały się misje. Prowadzili je franciszkanie. Na jednej z nauk misjonarz zachęcał chłopców, by wstępowali do Zakonu Świętego Franciszka. Nauki zakonnicy udzielali za darmo w gimnazjum we Lwowie. Pod wpływem tychże misji Rajmund, ze swoim starszym bratem, Franciszkiem, postanowił wstąpić do franciszkanów konwentualnych. Za pozwoleniem rodziców, udali się obaj do małego seminarium we Lwowie. W rok potem poszedł w ich ślady brat najmłodszy, Józef.
W gimnazjum Rajmund doszedł do przekonania, że stanu duchownego, który chciał obrać, nie da się pogodzić z walką zbrojną o wolność Ojczyzny, która to walka też mu się marzyła. W tej krytycznej chwili zjawiła się we Lwowie jego matka i wyznała obu synom, że postanowiła z ojcem poświęcić się na służbę Bożą. Ona sama miała wstąpić do benedyktynek we Lwowie, a ojciec – do franciszkanów w Krakowie. Rajmund ujrzał w tym wyraźną wolę Bożą i uznał, że jego przeznaczeniem jest pozostanie w Zakonie.
Poprosił więc o przyjęcie do nowicjatu, który rozpoczął 4 września 1910 roku. Przy obłóczynach otrzymał imię zakonne Maksymilian. Jesienią 1912 roku, udał się na dalsze studia do Krakowa. Przełożeni jednak, widząc jego wyjątkowe zdolności, wysłali go na studia do Rzymu, gdzie zamieszkał w Międzynarodowym Kolegium Serafickim. Równocześnie uczęszczał na wykłady na Uniwersytecie Gregorianum. Tam studiował filozofię i teologię. W wolnych chwilach oddawał się ulubionym studiom fizycznym.
1 listopada 1914 roku, złożył profesję uroczystą, czyli śluby wieczyste, przybierając sobie drugie imię – Maria. 29 listopada 1914 roku, otrzymał święcenia niższe, a 28 października 1915 roku, na Uniwersytecie Gregoriańskim, obronił pracę doktorską z wyróżnieniem.
Pod wpływem szeroko zakrojonej akcji antykatolickiej, której był świadkiem w Rzymie, po naradzie ze współbraćmi i za zgodą swego spowiednika, Maksymilian Maria założył Rycerstwo Niepokalanej. Celem tego stowarzyszenia była walka o nawrócenie schizmatyków, heretyków i masonów.
8 października 1917 roku, Maksymilian Maria Kolbe otrzymał Święcenia diakonatu, a 28 kwietnia 1918 r. w kościele Świętego Andrzeja della Valle – Święcenia kapłańskie. I w roku 1919, po siedmiu latach pobytu w Rzymie, wrócił do Polski. Postanowił dołożyć wszystkich sił, aby stała się ona królestwem Maryi. Przełożeni przeznaczyli go na nauczyciela historii Kościoła w Seminarium zakonnym w Krakowie. Zaczął werbować kleryków do Rycerstwa Niepokalanej. Wskutek tego, do formacji tej zaczęli napływać nie tylko klerycy i franciszkanie, ale również ludzie świeccy. Maksymilian zbierał ich w jednej z sal przy kościele franciszkanów i wygłaszał do nich referaty o Niepokalanej, o życiu wewnętrznym.
Niestety, rozwijająca się gruźlica zmusiła przełożonych, by wysłali go na trzy miesiące do Zakopanego. Tam odprawił rekolekcje. Gdy nastąpiła wyraźna poprawa, wrócił do Krakowa. Kiedy jednak choroba powróciła, prowincjał wysłał go ponownie do Zakopanego, zabraniając mu wszelkiej pracy apostolskiej. Przebywał tam osiem miesięcy, po czym przełożeni za poradą lekarzy przenieśli go do Nieszawy.
Z końcem października 1921 roku, powrócił do Krakowa, gdzie 2 stycznia 1922 roku, dotarło do niego zatwierdzenie przez Stolicę Apostolską Rycerstwa Niepokalanej. W tym samym miesiącu zaczął wydawać w Krakowie miesięcznik pod znamiennym tytułem: „Rycerz Niepokalanej”, który z czasem zdobył sobie niezmiernie wielką popularność w Polsce i za granicą. Przełożeni zaniepokojeni zbyt szeroko zakrojoną – w ich mniemaniu – akcją Ojca Kolbego, przenieśli go do Grodna. Jednak i tu podjął dzieło szerzenia Rycerstwa i „Rycerza”.
Maksymilian zdobył małą drukarkę i wśród współbraci znalazł ochotnych pomocników. Zaczął także werbować powołania do pracy wydawniczej. Dzięki temu „Rycerz” stale zwiększał swój nakład. W ciągu pięciu lat, od roku 1922 do roku 1927, z pięciu tysięcy wzrósł do siedemdziesięciu tysięcy egzemplarzy!
Gdy w klasztorze grodzieńskim pole do pracy okazało się zbyt ciasne, Ojciec Maksymilian Maria – za pozwoleniem przełożonych – zaczął rozglądać się za nową placówką. Książę Jan Drucki – Lubecki ofiarował mu w okolicach Warszawy pięć morgów pola ze swego majątku Teresin. Ojciec Kolbe zjawił się w późniejszym Niepokalanowie 6 sierpnia 1927 roku i postawił tam figurę Niepokalanej. Z pomocą oddanych sobie współbraci i okolicznej ludności zabrał się do budowy kaplicy. Postawiono także drewniane baraki, do których wniesiono maszyny. Przenosiny miały miejsce 21 listopada 1927 roku, czyli w święto Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny.
Kiedy dzieło w Niepokalanowie doszło do pełni rozwoju, za zezwoleniem generała zakonu Ojciec Kolbe, w towarzystwie czterech braci zakonnych, udał się w 1930 roku do Japonii, aby tam szerzyć wielkie dzieło. Po trzech miesiącach pobytu miał już własną drukarnię i dom. Rozrastał się nakład japońskiej wersji „Rycerza”.
W 1931 roku, Maksymilian nałożył habit franciszkański pierwszemu Japończykowi. Dał mu na imię Maria. W tym samym roku nabył pod klasztor dziki stok góry, gdzie wystawił pierwszy własny budynek. Tak powstał japoński Niepokalanów. W roku 1934 poświęcono tam nowy kościół.
W roku 1936 japoński Niepokalanów był już na tyle okrzepły, że Ojciec Kolbe mógł go opuścić. Na kapitule prowincjalnej został bowiem wybrany przełożonym klasztoru w Niepokalanowie, w Polsce. Po sześciu latach nieobecności wrócił więc do kraju. Sława Niepokalanowa rosła. Co roku zgłaszało się około tysiąca ośmiuset kandydatów. Ojciec Kolbe osobiście przyjmował zgłaszających się. Stosował surową selekcję. Przyjmował zwykle około stu. Głównym warunkiem przyjęcia było pragnienie świętości.
W roku 1939 Niepokalanów liczył już trzynastu ojców, osiemnastu kleryków – nowicjuszy, ponad pięciuset braci profesów, ponad osiemdziesięciu kandydatów na braci i około stu dwudziestu chłopców w małym seminarium. „Rycerz Niepokalanej” osiągnął nakład siedmiuset pięćdziesięciu egzemplarzy. Od roku 1938 Niepokalanów miał też własną radiostację, której sygnałem była melodia „Po górach, dolinach…”.
1 września 1939 roku wybuchła druga wojna światowa. Już 12 września Niepokalanów dostał się pod okupację niemiecką. 19 września gestapo aresztowało tych jego mieszkańców, którzy nie zdołali na czas uciec lub uciekać nie chcieli. Ale oto w samą uroczystość Niepokalanego Poczęcia Maryi, 8 grudnia, nastąpiło zwolnienie wszystkich z obozu.
Ojciec Kolbe natychmiast wrócił do Niepokalanowa i na nowo zorganizował wszystko od początku, w warunkach o wiele trudniejszych. Trzeba było przygotować około trzech tysięcy miejsc dla wysiedlonych Polaków z poznańskiego, wśród których było około dwóch tysięcy Żydów. Udało się zmobilizować wielu współbraci do tej inicjatywy. Nie mogąc wydawać żadnych pism, Maksymilian zorganizował nieustanną adorację Najświętszego Sakramentu i otworzył warsztaty dla ludności: kuźnię, blacharnię, dział naprawy rowerów i zegarów, dział fotografii, zakład krawiecki i szewski, dział sanitarny – i wiele jeszcze innych.
Jednak 17 lutego 1941 roku, w Niepokalanowie ponownie zjawiło się gestapo i zabrało Ojca Kolbego oraz czterech innych ojców. Wywieziono ich do Warszawy. Ojca Kolbego umieszczono na Pawiaku. Strażnik, na widok zakonnika w habicie, z różańcem u pasa, zapytał, czy wierzy w Chrystusa. Kiedy otrzymał odpowiedź, że wierzy, wymierzył mu silny policzek. Powtórzyło się to wiele razy, ale Maksymilian nie ustąpił.
Wkrótce jednak zabrano mu habit i nakazano wdziać strój więźnia. 28 maja 1941 roku, został wywieziony do Oświęcimia. Tu otrzymał na pasiaku numer 16670. Przydzielono go do oddziału „Krwawego Krotta”, znanego kryminalisty. Pewnego dnia tak skatował on Ojca Kolbego, że ten był cały pokrwawiony. Wówczas Krott kazał jeszcze wymierzyć Zakonnikowi pięćdziesiąt razów. Przekonany, że nie żyje, kazał przykryć go gałęziami. Towarzysze niedoli jednak wyciągnęli go i umieścili w rewirze.
Cierpiał strasznie. Ale wszystko znosił heroicznie, dzieląc się nawet swoją głodową porcją z innymi. Współwięźniów pocieszał i zachęcał do oddania się w opiekę Niepokalanej.
Pod koniec lipca 1941 roku, z bloku, w którym był Ojciec Kolbe, uciekł jeden z więźniów. Rozwścieczony komendant Karl Fritzsch zwołał na plac apelowy wszystkich więźniów z bloku i wybrał dziesięciu, skazując ich na śmierć głodową. Wśród nich znalazł się także Franciszek Gajowniczek, który w ten sposób osierociłby żonę i dzieci.
Wtedy z szeregu wystąpił Ojciec Maksymilian i poprosił, aby to jego skazano na śmierć – w miejsce Gajowniczka. Tak to niezwykłe w swej wymowie wydarzenie opisuje współwięzień Ojca Maksymiliana i uczestnik tego wydarzenia, Michał Micherdziński:
„Ojciec Maksymilian szedł w więziennym pasiaku, z miską u boku, w drewniakach. Nie szedł jak żebrak, ani też jak bohater. Szedł jak człowiek świadomy wielkiej misji. Stanął spokojnie przed oficerami. Cała świta, która dokonywała selekcji, wszyscy stali i patrzyli po sobie – nie wiedzieli, co robić.
Wreszcie opamiętał się kierownik obozu i wściekły, zapytał swojego zastępcę: „Czego chce ta polska świnia?” („Was will dieses polnische Schwein?”). Zaczęli szukać tłumacza, ale okazało się, że tłumacz jest zbędny. Ojciec Maksymilian, w postawie na baczność, odpowiedział spokojnie po niemiecku: „Chcę umrzeć za niego” („Ich will für ihn sterben”) – i wskazał lewą ręką na stojącego obok Franciszka Gajowniczka.
Padło kolejne pytanie: „Kim jesteś?” („Wer bist du?”) I odpowiedź: „Jestem polskim księdzem katolickim” („Ich bin polnischer katholischer Priester”). Ojciec Maksymilian, mimo iż wiedział, jak Niemcy traktują polskich księży, nie bał się przyznać do swojego kapłaństwa. Panowała wtedy nieznośna cisza. Każda sekunda wydawała się trwać wieki.
Wreszcie stało się coś, czego do dzisiaj nie mogą zrozumieć ani Niemcy, ani więźniowie. Kapitan SS, który zawsze zwracał się do więźniów przez wulgarne: „ty”, zwrócił się do Ojca Maksymiliana per „pan”: „Dlaczego pan chce umrzeć za niego?” („Warum wollen Sie für ihn sterben?”). Ojciec Maksymilian odpowiedział: „On ma żonę i dzieci” (Er hat eine Frau und Kinder). Po chwili esesman powiedział: „Dobrze” (Gut).”
Na tym kończy się relacja naocznego świadka. Jeśli do tego dodać, że Ojciec Maksymilian przez cały czas pobytu w obozie – i także w tych ostatnich, dramatycznych dniach swego życia – zachowywał absolutny spokój, godność, a nawet patrzył na swoich oprawców z jakąś pogodą ducha (także wtedy, kiedy wstrzykiwali mu śmiercionośną substancję); jeśli dodać do tego, że wielodniową głodówkę, która nie jest tylko „burczeniem w brzuchu” z powodu niezjedzenia śniadania, ale prowadzi ludzi wręcz do obłędu i zachowań skrajnych, a on sam przeżył ten czas niezwykle spokojnie i jeszcze innym więźniom pomógł go tak przeżyć, modląc się z nimi i śpiewając pieśni; jeśli do tego dodać, że ostatecznie nie zmarł śmiercią głodową, ale musieli dobić go zastrzykiem, bo jego życie okazało się silniejsze; jeżeli dodać do tego wielkie poruszenie, jakie wśród więźniów obozowych wywołała jego ofiara i jego śmierć; jeśli do tego dodać, że po jego śmierci już więcej w obozie Niemcy właściwie nie skazywali na śmierć głodową – to mamy obraz jednego wielkiego zwycięstwa, odniesionego przez człowieka, po którym na tej ziemi nie pozostała nawet garść prochu…
No, może z wyjątkiem szczypty włosów, które zapobiegliwy brat – fryzjer w Niepokalanowie – zachował jeszcze przed wojną, kiedy strzygł Ojca Maksymiliana, bo przeczuwał, że on będzie kiedyś świętym, a to będą relikwie. W tym wymiarze fizycznym – tyle po nim pozostało. W tym wymiarze duchowym – znacznie, znacznie więcej!
Pozostało wielkie zwycięstwo, będące dla ludzi tamtego, straszliwego czasu, jak i dla nas obecnie – wielkim świadectwem, że to miłość zwycięża świat, nie nienawiść! I że nawet w oczach tego świata przegrywając – w oczach Bożych jest się zwycięzcą.
Stało się to dnia 14 sierpnia 1941 roku. Była to wigilia uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Ciała Świętego Maksymiliana nie ma – zostało spalone w krematorium.
Dzięki ofierze Ojca Maksymiliana, Franciszek Gajowniczek zmarł dopiero w 1995 roku, w wieku dziewięćdziesięciu czterech lat. 17 października 1971 roku, Papież Paweł VI dokonał osobiście, w sposób uroczysty, Beatyfikacji Ojca Maksymiliana – w obecności wielu tysięcy wiernych z całego świata i ponad trzech tysięcy pielgrzymów z Polski. Kanonizacji dokonał 10 października 1982 roku Jan Paweł II.
Swoistym komentarzem do całej historii życia Maksymiliana, a szczególnie – do ofiary, jaką ze swego życia złożył, mogą być jego własne słowa, zamieszczone w jednym z pism:
„Dozwól mi chwalić Cię, Panno Przenajświętsza. Dozwól, bym własnym kosztem Cię chwalił. Dozwól, bym dla Ciebie i tylko dla Ciebie żył, pracował, cierpiał, wyniszczył się i umarł. Dozwól, bym do Ciebie cały świat przywiódł. Dozwól, bym się przyczynił do jeszcze większego, do jak największego wyniesienia Ciebie. Dozwól, bym Ci przyniósł taką chwałę, jakiej jeszcze nikt Ci nie przyniósł! Dozwól, by inni mnie w gorliwości o wywyższenie Ciebie prześcigali, a ja ich, tak by w szlachetnym współzawodnictwie chwała Twoja wzrastała coraz głębiej, coraz szybciej, coraz potężniej, tak jak tego pragnie Ten, który Cię tak niewysłowienie ponad wszystkie istoty wyniósł.
W Tobie jednej bez porównania bardziej uwielbiony stał się Bóg niż we wszystkich Świętych swoich. Dla Ciebie stworzył Bóg świat. Dla Ciebie i mnie też Bóg do bytu powołał. Skądże mi to szczęście? O dozwól mi chwalić Cię, o Panno Przenajświętsza!” To z pism dzisiejszego naszego Patrona.
Pozostał on – w sposób heroiczny, wbrew obłędnej nienawiści, jaka wówczas panowała na świecie – wierny przymierzu z Jezusem. Czego chciałbym się od tego prostego Zakonnika, który sam jeden – potrząsnął całym światem? Co najbardziej imponuje mi i jednocześnie pociąga – w jego niezwykłej postawie?… W jego wierności przymierzu?…

Witam. Trafiłem na bloga nieco przypadkowo. Rozważania Księdza Jacka bardzo do mnie trafiają i za to Bóg zapłać. Jestem osobą głęboko wierzącą, tak mi się przynajmniej wydaje, jednak to co zauważyłem w komentarzach do ostatnich postów Księdza trochę mnie jednak przeraża. Pomijając fakt że użytkownik Darek być może faktycznie jest tylko tanim prowokatorem to cześć osób komentujących też nie powinna odpowiadać w tak lekceważący i obrażający sposób. Kompletnie nie zgadzam się z twierdzeniami Darka ale nie sposób też odmówić mu że skutecznie wbija kij w mrowisko, a w odpowiedzi nie dostal jednak konkretów. Możemy się ze sobą nie zgadzac, ale odpowiedzi innych osób tutaj nie świadczą chyba najlepiej o naszej wierze, miłości do bliźniego, itd. Słabe świadectwo wystawiamy sami sobie jako chrześcijanie. Jestem za Kościołem otwartym, otwartym na drugiego człowieka i jego rację i naprawdę poza wycieczkami osobistymi, oczywiście z dwóch stron, to ja żadnych argumentów nie widziałem. Piszę to z przykrością. A Księdzu Jackowi jeszcze raz dziękuję za dobre słowo na kolejne dni. Spokojnego dnia dla wszystkich.
Witaj Pawle. Dzięki za te słowa. Niemniej, chciałbym zauważyć, że wypowiedzi kierowane w stronę Darka były tylko i wyłącznie obroną na brutalny atak, obrażenie, wyśmiewanie i brudne insynuacje.
Nie uważam, żeby ktoś skrzywdził człowieka, który swoją fantazję opiera na cyt. „zamykaniu żony w garażu”.
Osobiście to mi jest go szkoda i współczuję mu. Prawdopodobnie doświadczył jakiś przykrości w dzieciństwie i teraz próbuje odreagować za całe krzywdy jakich doświadczył.
W normalnych rodzinach takie zjawisko i takie zachowanie nie występują. Jeżeli nie miłość, to przynajmniej szacunek powinien obowiązywać.
W tym smutnym przypadku zabrakło jednego i drugiego.
Pozdrawiam serdecznie
Rozumiem Pawle, że odnosisz się przede wszystkim do moich wpisów, zatem wyjaśniam: w związku z tym, że KK jest notorycznie atakowany z różnych stron, często przez zorganizowane siły, którym po prostu przeszkadza, a chrześcijaństwo jest obecnie najbardziej dyskryminowaną religią na świecie, to skończyłem już kilka lat temu z cackaniem się z ludźmi, którym brak dobrej woli („Pokój ludziom dobrej woli”). Kilka lat temu mieliśmy tu na blogu kilka takie przypadki (jak się okazało, po sprawdzeniu przeze mnie Internetu, większość tych atakujących wiarę, Boga, Kościół i nas pisała grupka znających się ludzi, a znaczną ich część jedna osoba pod różnymi nickami – czyli akcja zorganizowana 🙂 ). I nie! Nie jest tak, że chrześcijanin ma bez przerwy przyjmować razy i nie śmieć spojrzeć w oczy swojemu oprawcy. Nie jest tak, że mamy być tylko delikatnymi ludźmi z wywróconymi do góry oczami w oczekiwaniu aniołka pod postacią dziecka ze skrzydełkami – to byłaby naiwna wizja chrześcijaństwa, która niestety dominuje zwłaszcza w argumentacji o „miłości bliźniego”. Miłość nie polega na pozwoleniu bliźniemu, żeby cię upokarzał, obrażał, wyzywał a ty w odpowiedzi tylko pokornie spuszczasz głowę. Nie, miłość to również napominanie, jasne stawianie granicy i wskazanie co jest dobrem, a co złem. A takich kolegów jak wspomniany Darek jest bez liku i każdy z nich posługuje się tym samym językiem, tą samą argumentacją – jak katarynki. Gdyby zależało im na rzeczowej dyskusji, to najpierw zdobyliby elementarną wiedzę w zakresie , na który chcą dyskutować i wówczas można używać argumentum ad rem, a tak wchodzą z buta w zasadzie tylko z argumentum ad personam. Szkoda.