ZAUFAJMY!!!

Z

Szczęść Boże! Drodzy moi, w dniu dzisiejszym imieniny przeżywają:

►Siostry Teresa Skorupska, która w swoim czasie posługiwała w Miastkowie, będąc Przełożoną Domu;

►Siostra Teresa Kurek, obecnie tam posługująca;

►Siostra Teresa Jakubowska, posługująca na Syberii, w swoim czasie także w Surgucie;

►Teresa Jaroszuk, która od lat z radością i dobrym sercem wita Pielgrzymów, przybywających do Sanktuarium w Kodniu. Pani Teresa posługuje w recepcji, obsługuje przybywających i mieszkających w domu Pielgrzyma, a ja mam przyjemność spotykać się z Nią i rozmawiać już od wielu lat. Zawsze, ilekroć pojadę do Kodnia lub chociażby tam zadzwonię, bardzo mnie cieszy możliwość spotkania z tak wspaniałą Osobą.

Wszystkim Solenizantkom życzę owej najgłębszej więzi z Jezusem, której przykład daje dzisiejsza Patronka. I – oczywiście – zapewniam o modlitwie.

Serdecznie pozdrawiam z Siedlec. Bardzo się cieszę z wczorajszej Mszy Świętej w Katedrze, na inaugurację roku akademickiego. Wdzięczny jestem Wszystkim, którzy zaangażowali się w liturgię, bo całość wypadła naprawdę bardzo dobrze. To była atmosfera sprzyjająca modlitwie. Oto relacja z tej Mszy Świętej:

https://siedlce.podlasie24.pl/kosciol/bp-gurda-uniwersytet-otwiera-nowe-mozliwosci-realizacji-zyciowych-nadziei-audio-20260930202822?_gl=1*h1hye8*_gcl_au*MTI3Njk3ODk2OS4xNzg3OTU0NTU5Li0uLS4xNzg3OTU0NTU4LjE5NTkzNjU4MzEuMTc5MDc5ODgyMS4xNzkwNzk4ODIw*_ga*MTI1ODA1MjQyMC4xNjk4NDg5MDA1*_ga_8H7CG4ZCTH*czE3OTA3OTg4MjAkbzIyNTUkZzAkdDE3OTA3OTg4MjAkajYwJGwwJGg1NjY5NDg0Mzg.

A oto dzisiaj, o 11:00 – inauguracja roku na samej Uczelni, w gmachu przy ulicy Żytniej.

Po czym udaję się do Lublina, gdzie o 18:00 zamierzam koncelebrować Mszę Świętą w Parafii Świętego Jana Kantego. Zapraszam do łączności ze mną:

https://www.youtube.com/c/Parafia%C5%9BwJanaKantegowLublinie/streams

I już zostaję w Lublinie do jutra.

A oto jeszcze bardzo ważna – dla naszej Diecezji – wiadomość z wczorajszej Audiencji generalnej w Rzymie: Ojciec Święty Leon XIV mówił o naszych Błogosławionych Męczennikach z Pratulina, których trzydziestą rocznicę Beatyfikacji będziemy już na dniach obchodzili. Miałem zaszczyt uczestniczyć w tym wydarzeniu jako Alumn piątego roku Seminarium, wtedy też miałem radość przez chwilę spotkać się osobiście i wymienić kilka zdań z Ojcem Świętym Janem Pawłem II. Ale o tym już przy okazji…

A oto wiadomości na ten temat:

https://www.vaticannews.va/pl/papiez/news/2026-09/papiez-do-polakow-o-meczennikach-z-pratulina.html?utm_source=newsletter&utm_medium=email&utm_campaign=NewsletterVN-PL

https://www.vaticannews.va/pl/kosciol/news/2026-09/biskup-gurda-o-slowach-papieza-i-meczennikach-podlaskich.html?utm_source=newsletter&utm_medium=email&utm_campaign=NewsletterVN-PL

https://www.vaticannews.va/pl/kosciol/news/2026-09/papiez-przypomnial-meczennikow-z-pratulina.html?utm_source=newsletter&utm_medium=email&utm_campaign=NewsletterVN-PL

A oto dzisiaj rozpoczynamy październik – miesiąc Różańca Świętego. Zachęcam Wszystkich do włączania się we wspólną modlitwę: w swoich Parafiach, albo we wspólnotach rodzinnych lub sąsiedzkich, a jeśli to z różnych względów będzie trudne, to indywidualnie.

I właśnie w tej kwestii warto zapoznać się tą oto inicjatywą – a może nawet się w nią włączyć:

https://www.fronda.pl/a/dzien-i-noc-przez-caly-pazdziernik-polacy-podejma-nieustajacy-rozaniec-w-intencj,260544.html

Dziś także – pierwszy czwartek miesiąca. Módlmy się za Powołanych, którzy już weszli na tę drogę i tych Powołanych, którzy na nią jeszcze nie weszli – o odwagę decyzji i siłę wytrwania!

Módlmy się za wszystkich Kapłanów i Osoby konsekrowane, aby ci, którzy idą prostą drogą swego powołania, rozwijając się na nich duchowo i coraz bardziej spełniając wolę Bożą i sami się spełniając w tej służbie – dalej tą drogą odważnie kroczyli. A ci, którzy przeżywają kryzys swego powołania – aby się z niego dźwignęli: za łaską Bożą i dzięki modlitwie i wsparciu życzliwych ludzi.

Teraz zaś już zapraszam do refleksji nad Bożym słowem, Oto słówko Księdza Marka na dziś:

https://www.youtube.com/c/CatholicSurgut

Zatem, co Pan konkretnie mówi do mnie przez to dzisiejsze swoje Słowo – tak konkretnie do mnie dzisiaj? Duchu Święty – przyjdź, prosimy!

Niech Was błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec + i Syn, i Duch Święty. Amen

Gaudium et spes! Ks. Jacek

Czwartek 26 Tygodnia zwykłego, rok II,

Wspomnienie Św. Teresy od Dzieciątka Jezus,

1 października 2026., 

do czytań: Hi 19,21–27; Łk 10,1–12

CZYTANIE Z KSIĘGI HIOBA:

Hiob powiedział: „Zlitujcie się, przyjaciele, zlitujcie, gdyż Bóg mnie dotknął swą ręką. Czemu, jak Bóg, mnie dręczycie? Nie syci was wygląd ciała? Któż zdoła utrwalić me słowa, potrafi je w księdze umieścić? Żelaznym rylcem, diamentem na skale je wyryć na wieki? Lecz ja wiem: Wybawca mój żyje, na ziemi wystąpi jako ostatni. Potem me szczątki skórą odzieje i ciałem swym Boga zobaczę. To właśnie ja Go zobaczę, moje oczy ujrzą, nie kto inny; moje nerki już mdleją z tęsknoty”.

SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO ŁUKASZA:

Spośród swoich uczniów wyznaczył Pan jeszcze innych, siedemdziesięciu dwóch, i wysłał ich po dwóch przed sobą do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał.

Powiedział też do nich: „Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało; proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo. Idźcie, oto was posyłam jak owce między wilki. Nie noście ze sobą trzosa ani torby, ani sandałów; i nikogo w drodze nie pozdrawiajcie.

Gdy do jakiego domu wejdziecie, najpierw mówcie: «Pokój temu domowi». Jeśli tam mieszka człowiek godny pokoju, wasz pokój spocznie na nim; jeśli nie, powróci do was. W tym samym domu zostańcie, jedząc i pijąc, co mają; bo zasługuje robotnik na swą zapłatę.

Nie przechodźcie z domu do domu. Jeśli do jakiego miasta wejdziecie i przyjmą was, jedzcie, co wam podadzą; uzdrawiajcie chorych, którzy tam są, i mówcie im: «Przybliżyło się do was królestwo Boże».

Lecz jeśli do jakiego miasta wejdziecie, a nie przyjmą was, wyjdźcie na jego ulice i powiedzcie: «Nawet proch, który z waszego miasta przylgnął nam do nóg, strząsamy wam. Wszakże to wiedzcie, że bliskie jest królestwo Boże».

Powiadam wam: Sodomie lżej będzie w ów dzień niż temu miastu”.

Ile trzeba przecierpieć, przez jakie doświadczenia trzeba przejść, żeby powiedzieć wreszcie: Lecz ja wiem: Wybawca mój żyje, na ziemi wystąpi jako ostatni. Potem me szczątki skórą odzieje i ciałem swym Boga zobaczę. To właśnie ja Go zobaczę, moje oczy ujrzą, nie kto inny; moje nerki już mdleją z tęsknoty.

A przecież jeszcze chwilę wcześniej padały słowa skargi: Zlitujcie się, przyjaciele, zlitujcie, gdyż Bóg mnie dotknął swą ręką. Czemu, jak Bóg, mnie dręczycie? Nie syci was wygląd ciała? Któż zdoła utrwalić me słowa, potrafi je w księdze umieścić? Żelaznym rylcem, diamentem na skale je wyryć na wieki?

Musiało to być zatem wielkie cierpienie! Hiob naprawdę nie udawał. I nie użalał się bez powodu. On naprawdę szukał ratunku, pocieszenia, iskierki nadziei… Niestety, nie znalazł tego u swoich przyjaciół. Nawet u własnej żony. Wszyscy oni jakby sprzysięgli się, aby swoimi przykrymi uwagami, a nawet zarzutami, jeszcze dołożyć mu bólu i rozterki.

I właśnie wtedy, kiedy już dosłownie z żadnej strony nie widać nawet jednej, wspomnianej tu iskierki nadziei, bo ludzie tylko jeszcze dokładają cierpień, niczego nie rozumiejąc, albo nie chcąc zrozumieć, ale i ze strony Boga jakby głucha cisza i brak reakcji, wówczas – dosłownie: gdzieś tam z głębin serca, a wręcz: z głębin rozpaczy – rodzi się ta myśl, że jednak tylko Bóg może pomóc. Że On tak naprawdę nie zostawił, nie opuścił. I że On żyje – i że zabierze głos! I że „włączy się do akcji”, podniesie na duchu, przywróci radość, a także – we właściwym rozumieniu tego stwierdzenia – odda to, co zabrał.

Bo On niczego tak naprawdę nie zabrał, ale wysłał sygnał, że to On jest jest jedyny i najważniejszy w życiu człowieka, dlatego nawet gdyby zabrakło wszystkich wokół – i wszystkiego, co człowiek miał i czym się cieszył, i w czym swoje nadzieje lokował – to jeszcze zostaje On: Bóg i Ojciec; a także On: Pan i Zbawiciel, Brat i Przyjaciel, Przewodnik i Nauczyciel. W Bogu nasza nadzieja – kiedy już inne nadzieje zgasną. Albo okażą się od początku nadziejami fałszywymi.

I może trzeba niekiedy, aby człowiek doświadczył na sobie sytuacji wręcz ostatecznych, „podbramkowych”; aby znalazł się „pod ścianą”; aby dotarł do dna moralnej nędzy, rozpaczy i osobistego dramatu, aby tam właśnie dotarło do niego, że już tylko Bóg mu pozostał. A wtedy też przekona się, że to nie „tylko”, a „aż” Bóg pozostał.

Bo kiedy wreszcie człowiek się na Niego i na Jego wolę – na Jego prowadzenie – w pełni otworzy, wtedy przekona się, jak szerokie perspektywy otworzą się przed nim. I jak bardzo inny – jak piękny – jest ten świat, w którym Bóg jest na pierwszym miejscu. Ale może trzeba przejść przez noc, przez «ciemną dolinę», aby przekonać się, że już nie działają żadne ludzkie zabezpieczenia, a został tylko Bóg! Tylko Bóg!

Z takich właśnie przeświadczeniem Jezus dzisiaj spośród swoich uczniów wyznaczył […] siedemdziesięciu dwóch, i wysłał ich po dwóch przed sobą do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał. Powiedział też do nich: „Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało; proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo. Idźcie, oto was posyłam jak owce między wilki. Nie noście ze sobą trzosa ani torby, ani sandałów; i nikogo w drodze nie pozdrawiajcie.”

Skądinąd wiemy, że w dosłownym, interlinearnym tłumaczeniu tego fragmentu, stwierdzenie: wyprawił robotników, dosłownie brzmi: WYRZUCIŁ robotników! Ten dosłowny przekaz jest o wiele bardziej radykalny od tego, który mamy w tłumaczeniu, używanym w liturgii. I właśnie w tym kontekście Jezus każe zrezygnować z jakichkolwiek ludzkich zabezpieczeń, a korzystać chociażby z dobroci ludzi, do których dotrą. Nie ma wątpliwości, że ludzie ci, jeśli mają okazać życzliwość uczniom, to dlatego, że takie natchnienie dostaną od Pana. I wtedy obowiązywać będzie to wskazanie: Nie przechodźcie z domu do domu. Jeśli do jakiego miasta wejdziecie i przyjmą was, jedzcie, co wam podadzą; uzdrawiajcie chorych, którzy tam są, i mówcie im: «Przybliżyło się do was królestwo Boże»!

Jeżeli natomiast – wbrew temu natchnieniu – któreś miasto zamknie się na wysłanników Jezusa i jego mieszkańcy nie będą chcieli ani słuchać Dobrej Nowiny, ani przyjąć Bożych darów, wówczas stanie się to właśnie, iż Sodomie lżej będzie w ów dzień niż temu miastu. Bo to właśnie musimy tu sobie podkreślić: pełne, stuprocentowe zaufanie do Jezusa – to z naszej strony duży akt odwagi, wyjścia „ze strefy swego komfortu”, niemałego poświęcenia. Ale to nie jest tylko działanie jednokierunkowe, czyli tylko z naszej strony.

Ono tak naprawdę jest w dużo mniejszym stopniu naszym działaniem, a w o wiele większym: działaniem Jezusa. Bo to od Niego mamy wszelkie dobre natchnienia, to On wspiera tych, którzy Mu ufają; On obdarza wszystkimi możliwymi łaskami tych, którzy się na Niego otwierają; a wreszcie – co jasno wynika z tego ostatniego, zacytowanego zdania – On się upomni o „swoich”, weźmie ich w obronę, wynagrodzi wszelkie krzywdy i cierpienia, jakich doświadczą oni ze strony ludzie.

Ci zaś, którzy im te cierpienia sprawią, będą musieli spojrzeć w oczy Bogu i odpowiedzieć za swoją nieprawość. To jest prawdziwy i pełny obraz naszego totalnego zaufania do Boga: chociaż prowadzi trudną drogą, czasami nawet po ludzku zbyt trudną, to jednak – jeśli z tej drogi nie zejdziemy i odważymy się zaufać w pełni Jezusowi i tylko Jemu, a nie sobie czy innym – przekonamy się, że to było najlepszym z możliwych rozwiązań!

Przekonujmy się zatem o tym – nawet codziennie!

I niech nam w tym pomaga – swoim przykładem i wstawiennictwem – ta, która bezgranicznie zaufała Panu, i to w tak młodym wieku! Jest nią Patronka dnia dzisiejszego, Święta Teresa od Dzieciątka Jezus, zwana także Małą Tereską – dla odróżnienia od Świętej Teresy z Avila, zwanej Wielką, której wspomnienie obchodzić będziemy 15 października.

Nasza dzisiejsza Patronka urodziła się w Alençon, w Normandii, w nocy z 2 na 3 stycznia 1873 roku, jako dziewiąte dziecko Ludwika i Zofii. Kiedy miała cztery lata, umarła jej matka. Wychowaniem dziewcząt zajął się ojciec.

Teresa po śmierci matki obrała sobie za Matkę – Najświętszą Maryję Pannę. W tym samym 1877 roku, ojciec przeniósł się z pięcioma swoimi córkami do Lisieux, gdzie Tereska przez pięć lat przebywała w internacie, prowadzonym przez siostry benedyktynki. 25 marca 1883 roku, dziesięcioletnia Teresa zapadła na ciężką chorobę, która trwała do 13 maja. Jak sama wyznała, uzdrowiła ją cudownie Matka Boża. W roku 1884 Tereska przyjęła pierwszą Komunię Świętą. Odtąd przy każdej Komunii Świętej powtarzała z radością: „Już nie ja żyję, ale żyje we mnie Jezus”. W tym samym roku otrzymała Sakrament Bierzmowania.

Przez ponad rok dręczyły ją poważne skrupuły. Jak sama wyznała, uleczenie z tej duchowej choroby zawdzięczała swoim czterem siostrom, zmarłym w latach niemowlęcych. W pamiętniku zapisała, że w czasie Pasterki w noc Bożego Narodzenia przeżyła „całkowite nawrócenie”. Postanowiła zupełnie zapomnieć o sobie, a oddać się Jezusowi i sprawie zbawienia dusz. Zaczęła odczuwać gorycz i wstręt do przyjemności i ponęt ziemskich. Ogarnęła ją tęsknota za modlitwą, rozmową z Bogiem. Odtąd zaczęła się jej wielka droga ku świętości. A trzeba wiedzieć, że miała wówczas zaledwie trzynaście lat.

Niedługo potem, gdy miała lat czternaście, skazano na śmierć pewnego głośnego bandytę, który był postrachem całej okolicy. Nasza Święta dowiedziała się z gazet, że zbrodniarz ani myśli pojednać się z Panem Bogiem. Postanowiła zdobyć jego duszę dla Jezusa. Zaczęła się serdecznie modlić o jego nawrócenie. Ofiarowała też w jego intencji specjalne pokuty i umartwienia. Wołała: „Jestem pewna, Boże, że przebaczysz temu biednemu człowiekowi! Oto mój pierwszy grzesznik. Dla mojej pociechy spraw, aby okazał jakiś znak skruchy.”

Niestety, gdy nadszedł czas egzekucji, bandyta dalej uparcie odrzucał możliwość rozmowy z kapłanem. Jednak kiedy miał już podstawić głowę pod gilotynę, wtedy – ku zdziwieniu wszystkich – nagle zwrócił się do kapłana, poprosił o krzyż i zaczął go całować! Na wiadomość o tym Teresa zawołała szczęśliwa: „To mój pierwszy syn!”

Kiedy zaś miała lat piętnaście, zapukała do bramy zakonu karmelitańskiego, prosząc o przyjęcie. Przełożona jednak, widząc wątłą i bardzo młodą dziewczynkę, nie przyjęła jej, obawiając się, że nie przetrzyma tak trudnych i surowych warunków życia. Teresa jednak nie dała za wygraną i udała się o pomoc do miejscowego biskupa, ale ten zasłonił się prawem kościelnym, które nie zezwalało w tak młodym wieku przyjmować do zakonu. W tej sytuacji nasza Święta nakłoniła ojca, by pojechał z nią do Rzymu! Było to w 1887 roku.

Papież Leon XIII obchodził właśnie złoty jubileusz swojego kapłaństwa. Teresa upadła przed nim na kolana i zawołała: „Ojcze Święty, pozwól, abym dla uczczenia Twego jubileuszu mogła wstąpić do Karmelu w piętnastym roku życia.” Papież nie chciał jednak uczynić wyjątku. Teresa chciała się wytłumaczyć, ale gwardia papieska usunęła ją siłą, by także inni mogli – zgodnie z ówczesnym zwyczajem – ucałować nogi Papieża.

Marzenie Tereski spełniło się dopiero po roku. Została przyjęta najpierw w charakterze postulantki, potem nowicjuszki. Zaraz przy wejściu do klasztoru uczyniła postanowienie: „Chcę być świętą!” Niedługo potem odbyły się jej obłóczyny, przy których otrzymała zakonne imię: Teresa od Dzieciątka Jezus i od Świętego Oblicza. Jej drugim postanowieniem było to, które wyraziła w słowach: „Przybyłam tutaj, aby zbawiać dusze, a nade wszystko, by się modlić za kapłanów.” W roku 1890 złożyła śluby i uroczystą profesję.

Przełożona poznała się na niezwykłej cnocie młodej siostry, skoro zaledwie w trzy lata po złożeniu ślubów wyznaczyła ją na mistrzynię nowicjuszek. Obowiązek ten Teresa spełniała do śmierci, to jest przez cztery lata. W zakonnym życiu zadziwiała jej dojrzałość duchowa. Starała się doskonale spełniać wszystkie, nawet najmniejsze obowiązki. Nazwała tę drogę do doskonałości: „małą drogą dziecięctwa Bożego”. Widząc, że miłość Boga jest zapomniana, oddała się Bogu jako ofiara za zbawienie świata.

Swoje przeżycia i cierpienia opisała w książce: „Dzieje duszy”. A cierpień tych nie brakło. Jednym z nich było chociażby to, że zakonnica, którą Tereska się opiekowała ze względu na jej wiek i kalectwo, nie umiała zdobyć się na słowo podzięki, często za to ją rugała i mnożyła swoje wymagania. Jednak nasza Święta cieszyła się z tych krzyży, bo widziała w nich piękny prezent, jaki może złożyć Bogu.

Na rok przed śmiercią zaczęły pojawiać się u Teresy pierwsze objawy daleko już posuniętej gruźlicy: wysoka gorączka, osłabienie, zanik apetytu, a nawet krwotoki. Pierwszy krwotok zaalarmował klasztor w nocy z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek. Mimo to, siostra Teresa spełniała nadal wszystkie zlecone jej obowiązki: mistrzyni, zakrystianki i opiekunki jednej ze starszych sióstr.

Zima w roku 1897 była wyjątkowo surowa. Klasztor zaś nie był ogrzewany. Teresa przeżywała prawdziwe tortury. Nękał ją uciążliwy kaszel i duszność. Ówczesna przełożona zlekceważyła jej stan. Nie wezwała do niej nawet lekarza. Uczyniono to dopiero wtedy, kiedy stan był już beznadziejny. Jeszcze wówczas zastosowano wobec chorej drakońskie środki, takie jak stawianie baniek. Z poranionymi plecami i piersiami musiała iść do normalnych zajęć i pokut zakonnych, nawet do prania.

Wskutek tego wszystkiego, w dniu 30 września 1897 roku umierała w cierpieniach, mówiąc: „Chcę, przebywając w Niebie, czynić dobro na ziemi. Po śmierci spuszczę na nią deszcz róż.” Papież Pius XI kanonizował ją w roku 1925. W 1999 roku, Papież Jan Paweł II ogłosił Świętą Teresę – Doktorem Kościoła.

A oto co na temat swojej drogi świętości pisała sama Święta Teresa od Dzieciątka Jezus: „Kiedy wielkie moje pragnienia zaczęły się stawać dla mnie męczeństwem, otwarłam listy Świętego Pawła, aby znaleźć jakąś odpowiedź. Przypadkowo wzrok mój padł na dwunasty i trzynasty rozdział Pierwszego Listu do Koryntian. Przeczytałam najpierw, że nie wszyscy mogą być apostołami, nie wszyscy prorokami, nie wszyscy nauczycielami, oraz że Kościół składa się z różnych członków i że oko nie może być równocześnie ręką. Odpowiedź była wprawdzie jasna, nie taka jednak, aby ukoić moje tęsknoty i wlać we mnie pokój.

Nie zniechęcając się czytałam dalej i natrafiłam na zdanie, które podniosło mnie na duchu: Starajcie się o większe dary. Ja zaś wskażę wam drogę jeszcze doskonalszą. Apostoł wyjaśnia, że największe nawet dary niczym są bez miłości i że miłość jest najlepszą drogą bezpiecznie prowadzącą do Boga. Wtedy wreszcie znalazłam pokój.

Gdy zastanawiałam się nad mistycznym ciałem Kościoła, nie odnajdywałam siebie w żadnym spośród opisanych przez Pawła członków, albo raczej pragnęłam się odnaleźć we wszystkich. I oto miłość ukazała mi się jako istota mego powołania. Zrozumiałam, że jeśli Kościół jest ciałem złożonym z wielu członków, to nie brak w nim członka najbardziej szlachetnego i koniecznego.

Zrozumiałam, że Kościół ma serce i że to serce pała gorącą miłością! Zrozumiałam, że jedynie miłość porusza członki Kościoła i że gdyby ona wygasła, Apostołowie nie głosiliby już Ewangelii, Męczennicy nie przelewaliby już krwi. Zobaczyłam i zrozumiałam, że miłość zawiera w sobie wszystkie powołania, że miłość jest wszystkim, obejmuje wszystkie czasy i miejsca; słowem – miłość jest wieczna.

Wtedy to w uniesieniu duszy zawołałam z największą radością: O Jezu, moja Miłości, nareszcie znalazłam moje powołanie! Moim powołaniem jest miłość! O tak, znalazłam już swe własne miejsce w Kościele – miejsce to wyznaczyłeś mi Ty, Boże mój. W sercu Kościoła, mojej Matki, ja będę miłością. W ten sposób będę wszystkim i urzeczywistni się moje pragnienie.” Tyle Święta Tereska.

Wpatrując się w jej przepiękną postawę i wzywając jej wstawiennictwa, a jednocześnie wsłuchując się w Boże słowo dzisiejszej liturgii, raz jeszcze zastanówmy się, na ile mamy odwagę TOTALNIE zaufać Jezusowi, a jeżeli innym ludziom – to tylko ze względu na Jezusa, a nigdy wbrew Niemu? Czy Jezus jest w naszym życiu na pierwszym miejscu, a nasza relacja z Nim jest najważniejszą ze wszystkich innych relacji – i rzutującą na inne? I w czym się to konkretnie przejawia?…

1 komentarz

Autor: Ks. Jacek

Archiwum wpisów

Ks. Jacek Jaśkowski

Witam serdecznie! Kłania się Ks. Jacek Jaśkowski. Nie jestem ani kimś ważnym, ani kimś znanym. Jestem księdzem, który po prostu chce rozmawiać. Codzienna kapłańska posługa pokazuje mi, że tematów do rozmów z księdzem jest coraz więcej i dzisiaj żaden ksiądz nie może od nich uciekać, ale – wprost przeciwnie – podejmować nowe wyzwania. To przekonanie skłoniło mnie do próby otwarcia tegoż bloga, chociaż okazji do rozmów na co dzień – w konfesjonale i poza nim – na szczęście nie brakuje. Myślę jednak, że ten blog będzie jeszcze jednym sposobem i przestrzenią nawiązania kontaktu z ludźmi dobrej woli, otwartymi na dialog.