Dostrzeż Mnie!

D

Szczęść Boże! Drodzy moi, pozdrawiam Was z Siedlec, skąd zaraz ruszam do Garwolina, na wielkanoce spotkanie z tamtejszą Wspólnotą Duszapsterstwa Niewidomych i Niedowidzących. Rozpocznie się Mszą Świętą o godzinie 10:00, w garwolińskiej Kolegiacie.

A o 19:00 – w naszym Duszpasterstwie, jak co środę – Msza Święta w intenci Środowiska Akademickiego, Duszpasterstwa Akademickiego i Młodzieży w Kościele. Potem adoracja Najświętszego Sakramentu w ciszy – do godziny 21:00.

A tu jeszcze – takie oto wspomnienie ze Świąt:

https://siedlce.podlasie24.pl/kosciol/zyczenia-wielkanocne-kaplanow-diecezji-siedleckiej-20260406091456?_gl=1*5f6xu4*_gcl_au*MjA3Nzk4NzM5NS4xNzcyMzc5MjI3*_ga*MTI1ODA1MjQyMC4xNjk4NDg5MDA1*_ga_8H7CG4ZCTH*czE3NzU2MjY3NTUkbzE4MDUkZzEkdDE3NzU2MjY3NTgkajU3JGwwJGgxMTk4ODY4NTIz

Teraz natomiast zapraszam do zgłębienia przesłania, zawartego w dzisiejszym Bożym słowie. Oto słówko Księdza Marka na dziś:

https://www.youtube.com/c/CatholicSurgut

Zatem, co Pan konkretnie do mnie mówi? Na które słowo moje serce szczególnie mocno zapałało? Duchu Święty, pomóż wsłuchać się i odkryć to przesłanie, które jest skierowane do mnie.

Niech Was błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec + i Syn, i Duch Święty. Amen

Gaudium et spes! Ks. Jacek

Środa w Oktawie Wielkanocy,

8 kwietnia 2026., 

do czytań: Dz 3,1–10; Łk 24,13–35

CZYTANIE Z DZIEJÓW APOSTOLSKICH:

Gdy Piotr i Jan wchodzili do świątyni na modlitwę o godzinie dziewiątej, wnoszono właśnie pewnego człowieka, chromego od urodzenia. Kładziono go codziennie przy bramie świątyni, zwanej Piękną, aby wstępujących do świątyni prosił o jałmużnę. Ten, zobaczywszy Piotra i Jana, gdy mieli wejść do świątyni, prosił ich o jałmużnę.

Lecz Piotr wraz z Janem przypatrzywszy mu się powiedzieli: „Spójrz na nas”. A on patrzył na nich, oczekując od nich jałmużny. Piotr powiedział: „Nie mam srebra ani złota, ale co mam, to ci daję: W imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, chodź!” I ująwszy go za prawą rękę, podniósł go. Natychmiast też odzyskał władzę w nogach i stopach. Zerwał się i stanął na nogach, skacząc i wielbiąc Boga.

A cały lud zobaczył go chodzącego i chwalącego Boga. I rozpoznawali w nim tego człowieka, który siadał przy Pięknej Bramie świątyni, aby żebrać, i ogarnęło ich zdumienie i zachwyt z powodu tego, co go spotkało.

SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO ŁUKASZA:

W pierwszy dzień tygodnia dwaj uczniowie Jezusa byli w drodze do wsi, zwanej Emaus, oddalonej sześćdziesiąt stadiów od Jerozolimy. Rozmawiali oni ze sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło. Gdy tak rozmawiali i rozprawiali ze sobą, sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak że Go nie poznali.

On zaś ich zapytał: „Cóż to za rozmowy prowadzicie ze sobą w drodze?” Zatrzymali się smutni. A jeden z nich, imieniem Kleofas, odpowiedział Mu: „Ty jesteś chyba jedynym z przebywających w Jerozolimie, który nie wie, co się tam w tych dniach stało”.

Zapytał ich: „Cóż takiego?”

Odpowiedzieli Mu: „To, co się stało z Jezusem z Nazaretu, który był prorokiem potężnym w czynie i słowie wobec Boga i całego ludu; jak arcykapłani i nasi przywódcy wydali Go na śmierć i ukrzyżowali. A myśmy się spodziewali, że właśnie On miał wyzwolić Izraela. Teraz zaś po tym wszystkim dziś już trzeci dzień, jak się to stało. Co więcej, niektóre z naszych kobiet przeraziły nas: Były rano u grobu, a nie znalazłszy Jego ciała, wróciły i opowiedziały, że miały widzenie aniołów, którzy zapewniają, iż On żyje. Poszli niektórzy z naszych do grobu i zastali wszystko tak, jak kobiety opowiadały, ale Jego nie widzieli”.

Na to On rzekł do nich: „O nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy! Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały?” I zaczynając od Mojżesza poprzez wszystkich proroków wykładał im, co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego.

Tak przybliżyli się do wsi, do której zdążali, a On okazywał, jakoby miał iść dalej. Lecz przymusili Go, mówiąc: „Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił”. Wszedł więc, aby zostać z nimi. Gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. Wtedy otworzyły się im oczy i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu. I mówili nawzajem do siebie: „Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?”

W tej samej godzinie wybrali się i wrócili do Jerozolimy. Tam zastali zebranych Jedenastu i innych z nimi, którzy im oznajmili: „Pan rzeczywiście zmartwychwstał i ukazał się Szymonowi”. Oni również opowiadali, co ich spotkało w drodze i jak Go poznali przy łamaniu chleba.

Przyznaję, że nieraz czuję się osobiście zawstydzony, kiedy młodzi Ludzie, z którymi mam stały kontakt, opowiadają mi o swoich spotkaniach z osobami, proszącymi ich na ulicy lub przed sklepem o pieniądze. Niejednokrotnie bowiem zdarzyło się im – tym moim młodym Podopiecznym – zapytać owych proszących o imię, albo też o sytuację, jaka doprowadziła ich do tego, że teraz żebrzą. Owszem, ci młodzi Ludzie także nie są naiwni i nie od razu dają pieniądze – a najczęściej nie dają ich wcale. Ewentualnie, pójdą coś zakupić do jedzenia.

Natomiast naprawdę porusza mnie ta wrażliwość młodych serc, która sprawia, iż starają się oni przede wszystkim dostrzec człowieka – także w takim obskurnym żebraku, natrętnie dopominającym się o datki. Jak wspomniałem, muszę się ze wstydem przyznać, że nie mam w sobie takiej determinacji, aby podjąć rozmowę z owym proszącym człowiekiem, chociaż zapewne taka rozmowa pomogłaby wiele spraw wyjaśnić, zrozumieć…

Zwykle tłumaczę się brakiem czasu, który należałoby poświęcić się na taką rozmowę, albo też z góry zakładam, że ten proszący ogóle nie powinien tak żyć, jak żyje, a ponieważ sutanna lub nawet koloratka jest swoistym magnesem, przyciągającym takich ludzi, przeto pojawia się też pewien odruch obronny wobec ich żądań.

Tymczasem, może właśnie o wiele bardziej od pieniędzy – ludzie ci potrzebują miłości, zainteresowania, troski – sami może nawet o tym nie wiedząc! Dlatego dobijają się tylko o pieniądze, a przez to być może tracą szansę doświadczenia czegoś o wiele bogatszego i piękniejszego. A czegóż to?

Spotkania człowiekiem, a tym samym – spotkania z Jezusem. A takie spotkanie dokonuje się przecież „w obie strony”, bo Jezus na pewno osobiście odnosi do siebie sposób, w jaki traktujemy tych, którzy się do nas z czymkolwiek zwracają. Z drugiej strony – my także możemy im zanieść Jezusa i o Nim zaświadczyć. A wtedy – w tym kontekście i pod takim dobrym natchnieniem – także ta pomoc materialna będzie miała sens, bo przede wszystkim: będzie mądra i rozsądna, wpisana w jakiś większy dar duchowy, dar serca, a nie będzie jedynie takim „ochłapem”, rzuconym po to, by się ten człowiek odczepił, a my nieco uspokoimy sumienie.

Scena, którą zobaczyliśmy w dzisiejszym pierwszym czytaniu, chyba najdobitniej pokazuje nam, jak tego typu sytuacje powinniśmy rozstrzygać – my, przyjaciele Jezusa, Jego wyznawcy, uczniowie, świadkowie i naśladowcy. Oto bowiem widzimy żebraka, który siedzi przed bramą i po prostu żebrze. Marna to egzystencja, powiedzmy szczerze. Bo cały dzień siedzi przed bramą tylko po to, żeby dostać tych kilka groszy – mówiąc naszym językiem – aby za to coś zdobyć do zjedzenia i zaraz to zjeść (pewnie tego za dużo nie było), aby następnego dnia znowu poświęcić cały swój czas na użebranie kilku groszy, by potem to zjeść , i tak w kółko.

A gdzie czas na inne zajęcia, dążenia, cele, aspiracje?… Przecież to jest w końcu człowiek, a jeżeli człowiek, to znaczy, że ma jakieś wyższe aspiracje, dążenia, pragnienia! Czyli coś więcej, niż tylko zjeść, wyspać się i… nic więcej. Z pewnością, ów żebrak, o którym dzisiaj słyszymy, właśnie w takim codziennym rytmie funkcjonował, bo nic nie słyszymy, aby robił cokolwiek więcej, poza tym, że wstępujących do świątyni prosił o jałmużnę.

Prawdopodobnie on nawet nie rozróżniał tych ludzi, nie widział ich twarzy, nie starał się ich jakoś rozpoznawać. Słyszał tylko szum nad swoją głową, widział jakąś przesuwającą się przed sobą bezkształtną ludzką masę, która co jakiś czas – przepraszam za to wyrażenie – „wypluwała” z siebie jakiś pieniążek, który spadał do jego koszyczka. Tam jednak – tak możemy się domyślać z prawdopodobieństwem, graniczącym z pewnością – nie dochodziło do żadnych wzajemnych reakcji i relacji.

I oto stanęli przed nim dwaj Apostołowie, Uczniowie Jezusa, Piotr i Jan – i nie rzucili owego oczekiwanego pieniążka, ale przypatrzywszy mu się powiedzieli: „Spójrz na nas”. A on patrzył na nich, oczekując od nich jałmużny. Piotr powiedział: „Nie mam srebra ani złota, ale co mam, to ci daję: W imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, chodź!” I ująwszy go za prawą rękę, podniósł go. Natychmiast też odzyskał władzę w nogach i stopach. Zerwał się i stanął na nogach, skacząc i wielbiąc Boga.

Słyszeliśmy przed chwilą ten opis. Apostołowie stanęli przed nim jako ludzie, a nie jako przechodzące bankomaty, wyrzucające z siebie pieniądze. Chociaż on – nawet kiedy już na nich spojrzał i zobaczył twarze dwóch konkretnych ludzi, którzy zainteresowali się nim jako człowiekiem – widział w nich tylko owe bankomaty. Ale oni zobaczyli w nim kogoś więcej, niż tylko taki ludzki strzęp, leżący i żebrzący. Oni zobaczyli w nim człowieka, za którego Jezus, ich Mistrz, niewiele wcześniej złożył w zbawczej Ofierze swoje życie. I dlatego – mocą tegoż Jezusa i w Jego imię – mogli mu dać dużo więcej, niż kilka groszy.

A wtedy i on zobaczył, że ci dwaj, to ktoś więcej, niż tylko jakaś bezkształtna ludzka masa, przesuwająca się przed jego oczami każdego dnia. Co więcej, on sam w sobie zobaczył kogoś więcej, niż tylko ów ludzki strzęp, ludzki śmieć, „walający się” pod nogami przechodzących gapiów. A wszystko to stało się dlatego, że tam między nimi wtedy był Jezus! Chociaż niewidzialny fizycznie, to jednak obecny duchowo – On, Zmartwychwstały!

I to właśnie Jego obecność sprawiła dowartościowanie ludzkiej godności i w ogóle: obecności człowieka przy człowieku. Sprawiła, że wreszcie doszło do spotkania człowieka z człowiekiem – a tym samym: spotkania z Nim, z Jezusem. Dopiero wtedy dostrzegł to i doświadczył tego ów żebrak, który już od tego momentu przestał być żebrakiem, ale to było – chyba tak możemy powiedzieć – efektem ubocznym tego, co się dokonało, a co miało wartość najwyższą: spotkanie z Jezusem i z drugim człowiekiem! W całej godności i wartości tego ostatniego.

A czyż takie spotkanie nie dokonało się w drodze do Emaus? Tutaj już Jezus osobiście wyszedł na spotkanie człowieka. Mówiąc ściśle: dołączył do rozmowy. On sam – osobiście. Ale Jego rozmówcy w ogóle Go nie poznali! To prawda – i to musimy uwzględnić – że Postać Jezusa po Zmartwychwstaniu w jakiś sposób różniła się od tej przed Wydarzeniami Paschalnymi. To było już Ciało uwielbione. Nie wiemy, na czym ta przemiana polegała, ale sprawiała ona, że nie tylko ci dwaj początkowo Jezusa nie rozpoznali.

Niemniej jednak możemy chyba zaryzykować stwierdzenie, że prawdziwą przyczyną owego nierozpoznania było o wiele bardziej zamknięcie ich serca, blokada wewnętrzna, brak wiary w to, że Jezus spełni swoje obietnice i naprawdę zmartwychwstanie, a do tego wszystkiego jeszcze: potężny lęk, który spowodował, że uciekali wtedy z Jerozolimy – przed siebie, dokąd oczy poniosą. Na początek do Emaus, a potem… się zobaczy. Oni nawet nie pomyśleli, że Jezus może się na ich drodze pojawić! W ogóle się Go nie spodziewali.

Efektem tego było to właśnie, że On szedł z nimi i rozmawiał, Pisma im wyjaśniał, wskazując bardzo wyraźnie, iż spełniły się one na Nim – a oni nic nie widzieli, nic nie rozumieli, zupełnie Go nie rozpoznali. Dopiero kiedy zobaczyli ten charakterystyczny gest, jaki widzieli zaledwie kilka dni wcześniej – gest łamania chleba – oczy im się nagle otworzyły! I poznali Go! Ale On wtedy nagle zniknął im z oczu – tak samo nagle, jak się pojawił. Zostawił ich z tą sytuacją, by mieli nad czym pomyśleć… Oni jednak nie zastanawiali się zbyt długo, bo w jednym momencie wszystko zrozumieli i o wiele szybciej, niż z Jerozolimy uciekali – natychmiast do niej wrócili, aby pozostałym opowiedzieć, co zaszło. I kogo spotkali.

A przede wszystkim – że spotkali! Że doszło naprawdę do spotkania! Oni spotkali Jezusa, dostrzegli Go! Doświadczyli Jego obecności, Jego bliskości, usłyszeli Jego słowo, wzięli z Jego ręki ponownie połamany Chleb. Można powiedzieć, że w Oktawie Wielkanocy byli na Mszy Świętej – tak, jak my dzisiaj!

Drodzy moi, niech Zmartwychwstały otwiera i nasze oczy, i nasze serca, i nasze umysły. Niech może bardziej, niż dotychczas, pozwala i pomaga nam dostrzegać swoją zbawczą obecność w drugim człowieku – tak w tym człowieku, którego mamy na co dzień, którego obecność uważamy za tak oczywistą i zwyczajną, że nie ma się tu nad czym rozwodzić… A czasami ta obecność nas zwyczajnie denerwuje, może męczy, może nawet nuży… A przecież – to jest Jezus, wychodzący nam codziennie na spotkanie!

I może On dzisiaj mówi: «Spójrz na Mnie! Dostrzeż Mnie wreszcie! I dostrzeż tego człowieka, którego masz przy sobie! Dostrzeż go teraz i doceń – a nie dopiero wtedy, kiedy go zabraknie…» Obyśmy dostrzegli…

I obyśmy coraz bardziej dostrzegali obecność Jezusa, który Pisma nam wyjaśnia i łamie dla nas Chleb – w czasie każdej Mszy Świętej. Niech już żadna Msza Święta nie będzie takim czasem zaliczonym, odstanym w kościele, przeczekanym i wynudzonym – ale spotkaniem z żywym i prawdziwym Jezusem Zmartwychwstałym, który chce naprawdę naszego dobra, naszego zbawienia!

Panie Jezu – Zmartwychwstały nasz Zbawicielu – otwieraj oczy naszych serc i umysłów na Twoją obecność z nami! Obyśmy już nigdy tej Twojej obecności nie przegapili, a zawsze potrafili ją docenić, ucieszyć się nią, innym jeszcze pokazać – i zamienić na konkretne dobro! Na konkretne trwałe dobro dla nas samych – i dla tych, wśród których żyjemy!

1 komentarz

  • Chcę podzielić się moim wiosennym zdjęciem (wyślę go ks. Jackowi mailem). Widzę w tym ilustrację dzisiejszej Ewangelii.

    Nawet jeśli dookoła leży śnieg, jak na Syberii pod koniec marca, pamiętajcie, że nadeszła wiosna, a Chrystus zmartwychwstał.

Archiwum wpisów

Ks. Jacek Jaśkowski

Witam serdecznie! Kłania się Ks. Jacek Jaśkowski. Nie jestem ani kimś ważnym, ani kimś znanym. Jestem księdzem, który po prostu chce rozmawiać. Codzienna kapłańska posługa pokazuje mi, że tematów do rozmów z księdzem jest coraz więcej i dzisiaj żaden ksiądz nie może od nich uciekać, ale – wprost przeciwnie – podejmować nowe wyzwania. To przekonanie skłoniło mnie do próby otwarcia tegoż bloga, chociaż okazji do rozmów na co dzień – w konfesjonale i poza nim – na szczęście nie brakuje. Myślę jednak, że ten blog będzie jeszcze jednym sposobem i przestrzenią nawiązania kontaktu z ludźmi dobrej woli, otwartymi na dialog.