Bóg delikatny i wrażliwy…

B

Szczęść Boże! Drodzy moi, w dniu dzisiejszym urodziny przeżywa Michał Różanowski, należący w swoim czasie do jednej z młodzieżowych Wspólnot. Niech Pan Mu udziela swoich darów, a On – niech się na nie otwiera. O to będę się dla Niego modlił.

A ja dzisiaj pozdrawiam Was z Siedlec, gdzie zamierzam zostać przez cały dzień. Już rano musiałem odprowadzić moje autko do „szpitala”, czyli do warsztatu Panów Szakowskich w Siedlcach – bardzo życzliwych mi Ludzi, którzy od jakiegoś czasu zajmują się moim samochodem. Ale też – poza wszystkim – mam z Nimi świetną osobistą relację: zawsze jest o czym pogadać! I to na poziomie! Serdecznie dziękuję Im przy okazji za świetną współpracę i życzliwość: Braciom: Panu Łukaszowi i Panu Tomaszowi, oraz Ich Tacie, Panu Dariuszowi.

Od rana pojawiło się sporo spraw, które trzeba podjąć od ręki, stąd opóźnienie w zamieszczeniu słówka. A w ciągu dnia – planowana rozmowa z Panią Doktor z Uniwersytetu w Siedlcach o Jej sprawach rodzinnych, ale o tym już nic więcej nie napiszę. Proszę tylko Was, Drodzy moi, abyście wspierając modlitwą działalność Duszpasterstwa Akademickiego GAUDEAMUS – dzisiaj szczególnie pamiętali o tej Pani i Jej sprawach.

Tymczasem, zapraszam już do pochylenia się nad Bożym słowem dzisiejszej liturgii. Oto słówko Księdza Marka na dziś:

https://www.youtube.com/c/CatholicSurgut

Zatem, co dziś mówi do mnie Pan? Z jakim to konkretnym przesłaniem zwraca się właśnie do mnie? Duchu Święty, podpowiedz…

Niech Was błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec + i Syn, i Duch Święty. Amen

Gaudium et spes! Ks. Jacek

Poniedziałek 14 tygodnia zwykłego, rok II,

Wspomnienie Bł. Marii Teresy Ledóchowskiej, Dziewicy,

6 lipca 2026., 

do czytań: Oz 2,16.17b–18.21–22; Mt 9,18–26

CZYTANIE Z KSIĘGI PROROKA OZEASZA:

To mówi Pan: „Chcę przynęcić niewierną oblubienicę, na pustynię ją wyprowadzić i mówić do jej serca, i będzie mi tam uległa jak za dni swej młodości, gdy wychodziła z egipskiego kraju.

I stanie się w owym dniu, że nazwie Mnie: «Mąż mój», a już nie powie: «Mój Baal».

I poślubię cię sobie znowu na wieki, poślubię przez sprawiedliwość i prawo, przez miłość i miłosierdzie. Poślubię cię sobie przez wierność, a poznasz Pana”.

SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO MATEUSZA:

Gdy Jezus mówił, pewien zwierzchnik synagogi przyszedł do Niego i oddając pokłon, prosił: „Panie, moja córka dopiero co skonała, lecz przyjdź i włóż na nią rękę, a żyć będzie”. Jezus wstał i wraz z uczniami poszedł za nim.

Wtem jakaś kobieta, która dwanaście lat cierpiała na krwotok, podeszła z tyłu i dotknęła się frędzli Jego płaszcza. Bo sobie mówiła: „Żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa”.

Jezus obrócił się i widząc ją, rzekł: „Ufaj córko; twoja wiara cię ocaliła”. I od tej chwili kobieta była zdrowa.

Gdy Jezus przyszedł do domu zwierzchnika i zobaczył fletnistów oraz tłum zgiełkliwy, rzekł: „Usuńcie się, bo dziewczynka nie umarła, tylko śpi”. A oni wyśmiewali Go. Skoro jednak usunięto tłum, wszedł i ujął ją za rękę, a dziewczynka wstała. Wieść o tym rozeszła się po całej tamtejszej okolicy.

Jakich to sposobów nie chwytał się Bóg, żeby nawiązać kontakt ze swoim ludem, żeby do niego przemówić, dotrzeć ze swoim przekazem – a tak dokładniej: ze swoją miłością, na którą tyle razy lud ten odpowiadał niewdzięcznością, buntem?… Dzisiaj słyszymy porównanie tychże relacji do tych, jakie zachodzą pomiędzy dwojgiem małżonków, w ramach ich wzajemnej miłości oblubieńczej.

Takie porównanie nieraz spotykamy na kartach Pisma Świętego – i także dzisiaj, w jakże bardzo przejmujących słowach: Chcę przynęcić niewierną oblubienicę, na pustynię ją wyprowadzić i mówić do jej serca, i będzie mi tam uległa jak za dni swej młodości, gdy wychodziła z egipskiego kraju.

Bardzo mocne wrażenie robi to zdanie, a szczególnie słowo: przynęcić. W Biblii Paulistów zdanie to brzmi: Dlatego oto Ja zwabię ją i wyprowadzą na pustynię, by przemówić do jej serca, a ona odpowie mi jak za dni swej młodości i jak w czasie wyprowadzenia jej z ziemi egipskiej. Z kolei, w Biblii Pierwszego Kościoła zdanie to brzmi: Dlatego Ja doprowadzę do jej zabłąkania się, umieszczę ją na pustkowiu i wtedy będę mówił do jej serca. I poczuje się tam znowu mała jak za dni swego dzieciństwa i jak za dni swego wyjścia z Egiptu.

Tak więc Bóg powraca do tych serdecznych relacji, jakie ze swoim narodem nawiązał w czasie wyprowadzania go z Egiptu. Na pustyni kształtował ten swój naród, mówił do niego, upominał i karcił – ale też ciągle dawał mu szansę!

A wszystko po to, aby zwrócić serca swej wciąż buntującej się oblubienicy – czyli swego narodu – ku sobie. Owocem tego działania miało być to, iż stanie się w owym dniu, że nazwie Mnie: «Mąż mój», a już nie powie: «Mój Baal». Zatem, naród odejdzie wreszcie od obcych bóstw, aby się zwrócić ku jedynemu i prawdziwemu Bogu. A wówczas spełnią się słowa tej obietnicy: I poślubię cię sobie znowu na wieki, poślubię przez sprawiedliwość i prawo, przez miłość i miłosierdzie. Poślubię cię sobie przez wierność, a poznasz Pana.

Oczywiście, można by tu przeprowadzić bardzo szczegółową analizę omawianego fragmentu, odnosząc poszczególne stwierdzenia Boga do konkretnych faktów z historii zbawienia, opisanych na kartach Starego Testamentu, przywołać też adekwatne cytaty biblijne. Ale nam dzisiaj – na potrzeby tego rozważania – nie potrzeba aż tak szczegółowej analizy teologicznej i biblijnej, aby zwrócić sobie uwagę na niezwykłą delikatność i czułość miłości Bożej.

Na te cechy Bożej miłości może za mało zwracamy sobie uwagę, a warto, bo także dzisiejszy fragment ewangeliczny ukazuje taki jej obraz. Oto Jezus, Boży Syn, po usłyszeniu prośby «pewnego zwierzchnika synagogi» – bo tak został określony przez Ewangelistę Mateusza tenże człowiek – Panie, moja córka dopiero co skonała, lecz przyjdź i włóż na nią rękę, a żyć będzie, po prostu wstał i wraz z uczniami poszedł za nim. Nie mamy zapisanego żadnego słowa Jezusa, żadnej Jego jakiejkolwiek reakcji, jak tylko tę: wstał i poszedł.

Widocznie nie potrzebował o nic pytać – na tyle dobrze znał nastawienie tegoż człowieka, że to Mu praktycznie wystarczyło za jakieś długie tłumaczenia i powtarzane prośby. Na tyle głęboko wewnętrznie odebrał tę prośbę zbolałego ojca, że nie były potrzebne żadne dodatkowe jego słowa ani jakiekolwiek słowa samego Jezusa.

Ale kiedy już szedł do miejsca, w którym znajdowała się owa dopiero co zmarła dziewczynka, oto jakaś kobieta, która dwanaście lat cierpiała na krwotok, podeszła z tyłu i dotknęła się frędzli Jego płaszcza. Bo sobie mówiła: „Żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa”.

Znowu: jakaś kobieta. Wcześniej był: pewien zwierzchnik synagogi. Co nam to mówi? Że na ich miejscu może być każda i każdy z nas. Albo – że już na ich miejscu jest każda i każdy z nas. Dlatego na każdą i każdego z nas Jezus jest tak wyczulony, jak na tych dwoje, aby pospieszyć ze swoją miłością.

W przypadku owej kobiety nawet nie było potrzebne jakiekolwiek słowo z jej strony. Jezusowi wystarczyło, że sobie mówiła lub «sobie pomyślała», czego Ewangelista zapewne tylko się domyślił, bo raczej nie przypuszczamy, żeby ją potem o to zapytał, co ona w tamtym momencie sobie mówiła… Cały kontekst na to wskazał. I to, co potem zrobiła. Jak się okazało, Jezusowi też to wystarczyło – ta jej prośba bez słów, wyrażona jednak szczerym i prostym gestem dotknięcia szaty, będącym znakiem jej wielkiej wiary.

Jezus ze swoją czułością i delikatnością, ze swoją wrażliwością i otwartością serca, okazał pomoc, zanim w ogóle został o nią poproszony. Bo taka jest miłość Jezusa do każdej i każdego z nas: czuła, delikatna, wrażliwa, zawsze pierwsza, przewidująca i uprzedzająca. Jakże ważnym jest, abyśmy się takiej miłości od Jezusa uczyli i starali się z wrażliwością i delikatnością wyczuwać problemy i potrzeby innych, spiesząc im z pomocą – zanim nas poproszą. Taka pomoc ma największą wartość.

A nawet, kiedy nas poproszą, to też bardzo ważnym jest, czy wystarczy, że poproszą raz, czy muszą to czynić wiele razy, dopraszając się o tak zwaną „łaskę”! Ale nie o tę prawdziwą łaskę, rozumianą jako znak dobroci i miłości, ale o „robienie łaski” – w sensie traktowania tego drugiego człowieka z góry, a wręcz z pogardą.

Oczywiście, tu też nie chodzi o to, aby uszczęśliwiać innych na siłę, żeby się im narzucać i „wpychać” im swoją pomoc, której oni w ogóle nie chcą – w przekonaniu, że my lepiej od nich samych wiemy, co oni chcą. Albo – że jeszcze nie wiedzą, że tego chcą. Albo – że jeszcze nie wiedzą, że to jest dla nich dobre i im naprawdę potrzebne. Nie, tak nie można! Ale przed takimi zachowaniami będzie nas zawsze broniła miłość delikatna i wrażliwa, kształtowana w głębokiej osobistej relacji z Jezusem i na wzór Jego miłości.

To prawda, że ta granica między prawdziwą pomocą, uczynioną w formie niespodzianki, a tak zwaną „niedźwiedzią przysługą”, bywa niekiedy trudna do jednoznacznego i precyzyjnego zarysowania. Ale to właśnie po to mamy modlitwę, adorację, możliwość wyciszenia i refleksji; po to mamy Pismo Święte, po to mamy Spowiedź i możliwość rozmowy z duszpasterzami, albo z innymi osobami o głębokiej wierze, aby się takiej miłości ciągle uczyć i taką w sobie kształtować: miłość czułą, delikatną, wrażliwą, zawsze pierwszą, przewidującą i uprzedzającą. Czyli taką, jakiej wzór codziennie daje nam Jezus.

Ale też Patronka dnia dzisiejszego, Błogosławiona Maria Teresa Ledóchowska.

Urodziła się ona w czasie Powstania Styczniowego, w dniu 29 kwietnia 1863 roku, w Loosdorf, w Austrii, dokąd jej rodzina wyemigrowała po Powstaniu Listopadowym. 12 maja 1874 roku, przyjęła Pierwszą Komunię Świętą, a 15 lipca 1878 roku – Sakrament Bierzmowania.

Od najmłodszych lat wykazywała wybitne uzdolnienia literackie, muzyczne i aktorskie. Mając pięć lat, napisała mały utwór dla domowników, a jako dziewięcioletnia dziewczynka układała wiersze. Rodzina każdy dzień kończyła wspólnym pacierzem, a w niedzielę uczestniczyła we Mszy Świętej. Matka naszej Patronki, jako osoba niezwykle czuła na niedolę bliźnich, a do tego bardzo towarzyska i pogodna, umiała wychować dzieci w karności i sumienności. Ojciec pogłębiał wiedzę dzieci, zapoznając je z historią malarstwa i sztuki, z historią Polski i ojczystą mową.

W roku 1873 rodzice stracili po raz drugi majątek na skutek bankructwa instytucji, której akcje wykupili – bo pierwszy raz dziadek stracił wszystko za udział w Powstaniu Listopadowym. W tej sytuacji, ojciec Marii Teresy sprzedał majątek w Loosdorf i wynajął mieszkanie w St. Polten. Tu dzieci uczęszczały do szkoły. Dokumentem z tych lat jest świadectwo szkolne Marii Teresy Ledóchowskiej, wystawione w 1875 roku, na którym widnieją same oceny bardzo dobre. Miała wówczas dwanaście lat.

Wielkim przeżyciem dla niej była wiadomość o uwięzieniu w Ostrowie Wielkopolskim jej stryja, arcybiskupa Mieczysława Ledóchowskiego. Posłała do więzienia napisany przez siebie wiersz ku jego czci. W dwa lata później, w roku 1875, witała go radośnie w Wiedniu, gdy jako kardynał zatrzymał się tam w drodze do Rzymu. I jemu to właśnie zadedykowała swoją pierwszą książkę. Było to sprawozdanie z podróży, jaką odbyła po Polsce ze swoim ojcem, gdy miała szesnaście lat.

W 1883 roku, Ledóchowscy przenieśli się na stałe z Austrii do Polski, a konkretnie – do Lipnicy Murowanej koło Bochni, gdzie ojciec wykupił mocno zaniedbany majątek. Powitał ich burmistrz miasta i ludność w strojach krakowskich – chlebem i solą. Maria ucieszyła się z powrotu do Polski. A miała wtedy dwadzieścia lat. Rychło jednak zaznała, jakie są kłopoty w prowadzeniu gospodarstwa. W porze zimowej chętnie zwiedzała pobliski Kraków i brała udział w towarzyskich zebraniach i zabawach. Wyróżniała się urodą i inteligencją, dlatego szybko zdobyła sobie wzięcie.

W zimie 1885 roku zachorowała na ospę i przez wiele tygodni leżała, walcząc o życie. Choroba zostawiła ślady na jej twarzy. Organizm był osłabiony, bowiem sześć lat wcześniej przebyła ciężki tyfus. I to właśnie ta choroba uczyniła ją dojrzałą duchowo. Poznała marność życia doczesnego i rozkoszy świata. Zrodziło się w niej postanowienie oddania się na służbę Panu Bogu, jeśli tylko dojdzie do zdrowia. Na ospę zachorował także jej ojciec, wskutek czego – opatrzony Świętymi Sakramentami – niedługo zmarł. Pochowany został w Lipnicy. Maria Teresa, sama osłabiona po ciężkiej chorobie, nie była zdolna do prowadzenia majątku.

W wyniku starań rodziny, cesarz Franciszek Józef I mianował ją damą dworu wielkich książąt toskańskich w Salzburgu. Żyjąc na dworze, Maria Teresa nie zaprzestała prowadzenia życia przepełnionego wewnętrznym skupieniem. W 1886 roku po raz pierwszy zetknęła się z zakonnicami, które przybyły na dwór arcyksiężnej po datki na misje. Wtedy też po raz pierwszy spotkała się z ideą misyjną Kościoła.

A w tym właśnie czasie kardynał Karol Marcial Lavigerie, arcybiskup Algieru, rozwijał ożywioną akcję na rzecz Afryki. Pewnego dnia Maria Teresa dostała do ręki broszurę kardynała, gdzie przeczytała słowa: „Komu Bóg dał talent pisarski, niechaj go użyje na korzyść tej sprawy, ponad którą nie ma świętszej!” To było dla niej światłem z nieba. Znalazła cel swojego życia! Postanowiła skończyć z pisaniem dramatów dworskich, a wszystkie swoje siły poświęcić dla misji afrykańskich. W tej sprawie napisała też do stryja, kardynała Ledóchowskiego, który pochwalił jej postanowienie.

Jej pierwszym krokiem w ramach tejże działalności było napisanie dramatuZaida Murzynka”, wystawionego następnie w teatrze salzburskim i w innych miastach. Ponieważ obowiązki damy dworu zabierały jej zbyt wiele cennego czasu, zwolniła się z nich. Stanęła na czele komitetów antyniewolniczych. Te jednak rychło ją zwolniły, gdyż chciała, aby były to komitety katolickie, a nie międzywyznaniowe.

W 1890 roku, Maria zamieszkała w pokoiku przy domu starców u sióstr szarytek. Zerwała stosunki towarzyskie i oddała się wyłącznie sprawie Afryki. W tymże samym 1890 roku, na własną rękę, zaczęła wydawać „Echo z Afryki”. Nawiązała kontakt korespondencyjny z misjonarzami. Wkrótce korespondencja rozrosła się tak bardzo, że musiała zaangażować sekretarkę i ekspedientkę. Jednak widząc, że dzieło dalej się rozbudowuje, w jednym z numerów „Echa” z roku 1893 zamieściła apel o pomoc.

Z pomocą jednego z ojców jezuitów, opracowała statut Sodalicji Świętego Piotra Klawera. W dniu 29 kwietnia 1894 roku, w swoje trzydzieste pierwsze urodziny, przedstawiła go na prywatnej audiencji Papieżowi Leonowi XIII do zatwierdzenia. Papież dzieło pochwalił i udzielił mu swojego błogosławieństwa. Siedzibą Sodalicji były początkowo dwa pokoje przy kościele Świętej Trójcy w Salzburgu. Tam też założyła muzeum afrykańskie.

Od roku 1892, „Echo z Afryki” wychodziło także w języku polskim. Administrację pisma Maria Teresa umieściła przy klasztorze sióstr urszulanek, gdzie zakonnicą była wtedy jej młodsza siostra, Urszula. W 1894 roku, Maria Teresa miała już własną drukarnię. Od 1911 roku „Echo” zaczęło wychodzić w dwunastu językach. Ponadto, drukowano broszury misyjne, kalendarze, odezwy, a potem katechizmy i książeczki religijne w językach Afryki.

W dniu 9 września 1896 roku, Maria Teresa złożyła śluby zakonne na ręce kardynała Hellera, biskupa Salzburga. W 1897 roku, kardynał zatwierdził konstytucję przez nią ułożoną dla tegoż zgromadzenia zakonnego. W tym też samym roku, Maria Teresa założyła w Salzburgu drukarnię misyjną. W roku 1899, Święta Kongregacja Rozkrzewiania Wiary, na której czele stał kardynał Ledóchowski, wydała pismo pochwalne, a w roku 1899 ta sama Kongregacja przyjęła Sodalicję pod swoją bezpośrednią jurysdykcję. 10 czerwca 1904 roku, Święty Papież Pius X, osobnym dokumentem pochwalił dzieło, a w roku 1910 Stolica Apostolska udzieliła mu definitywnej aprobaty.

W roku 1904 Maria Ledóchowska przeniosła swoją stałą siedzibę do Rzymu. W cztery lata potem udała się osobiście do Polski, aby szerzyć tam ideę misyjną. Na wiadomość o powstaniu Polski niepodległej w roku 1918, Maria Teresa poleciła zatknąć polskie sztandary na domach swego zgromadzenia. W roku 1920, wysłała zapomogę do Polski. Pod koniec jej życia, Echo z Afryki” miało już około stu tysięcy egzemplarzy nakładu. W roku 1901, Maria Teresa założyła przy domu głównym Sodalicji w Rzymie międzynarodowy nowicjat. Także i biura Sodalicji były rozsiane niemal po wszystkich krajach Europy. Przy każdej filii założono muzeum Afryki. Nadto, nasza Patronka wyjeżdżała do wielu różnych miejsc z wykładami i odczytami o misjach w Afryce.

Zmarła 6 lipca 1922 roku, w obecności swoich duchowych córek. 10 lipca złożono jej ciało na głównym cmentarzu rzymskim przy Bazylice Świętego Wawrzyńca. Proces beatyfikacyjny rozpoczęto w roku 1945. Papież Paweł VI, w świętym roku jubileuszowym, w niedzielę misyjną, dnia 19 października 1975, wyniósł ją do chwały ołtarzy. Ciało Błogosławionej, od roku 1934, znajduje się w domu generalnym Sodalicji.

W czasie Soboru Watykańskiego II, biskupi Afryki licznie nawiedzali grób tej, która całe swoje życie i wszystkie swoje siły poświęciła dla ich ojczystej ziemi. W nagrodę za bezgraniczne oddanie się sprawom Afryki, Maria Teresa zdobyła zaszczytny przydomek Matki Afryki. Jest patronką dzieł misyjnych w Polsce.

W swoim apostolskim piśmie, Papież Paweł VI tak pisał o Błogosławionej Marii Teresie: „Apostolskie zadania, wyznaczone przez Chrystusa, stało się natchnieniem całego życia czcigodnej Marii Teresy Ledóchowskiej, tak że dała wspaniały przykład współdziałania kobiet w misyjnym dziele Kościoła.

Chrystus wzbudził w niej pragnienie służenia Mu sercem niepodzielnym. On odkupił i uświęcił ludzi przez swoje posłuszeństwo, posunięte aż do śmierci krzyżowej. On powołał Marię Teresę, aby z miłości ku Niemu służyła Mu w Jego braciach, zwłaszcza tych najbardziej opuszczonych i nieszczęśliwych – niewolnikach z Afryki. Maria Teresa usłyszała Boże wezwanie i całkowicie posłuszna woli Boga, porwana miłością ku Niemu, wielkodusznie i wytrwale poszła za tym powołaniem.

Maria Teresa wyprzedziła czasy, w których żyła, tak bardzo nie sprzyjające apostolstwu kobiet. Musiała przezwyciężyć wiele przeszkód i uprzedzeń, aby móc się oddać apostolstwu i pracy redaktorskiej i wydawniczej. Przewędrowała całą Europę, szerząc wszędzie apostolstwo misyjne, wydając różnojęzyczne czasopisma, zakładając wydawnictwa. Bóg błogosławił dziełu, które rozrastało się i umacniało: założoną przez siebie Sodalicją Świętego Piotra Klawera kierowała roztropnie i z wielką miłością, dzięki której odczuwało się tym bardziej Bożą bliskość.

Tajemnica miłości dopełniła się w śmierci Marii Teresy […]. Katolicy z Afryki opłakiwali odejście swej matki – jak ją nazywali – ale przez działalność założonego przez nią Instytutu, żyjącego jej duchem, nie przestają i dzisiaj doświadczać wielkości i siły tej miłości, która nią owładnęła. Ale nie tylko ludy Afryki pamiętają i podziwiają Marię Teresę, lecz i cały Kościół, bo znamienny przykład jej życia jest dobrem nie tylko jednego kontynentu. W jej życiu Bóg ukazał Kościołowi, a także wszystkim ludziom dobrej woli, czego może dokonać miłość jednego człowieka, który całkowicie oddał się Bogu, a przez Niego i całej cierpiącej ludzkości.” Tyle Święty Papież Paweł VI.

Wpatrzeni w świetlany przykład jej świętości, a jednocześnie zasłuchani w Boże słowo dzisiejszej liturgii, raz jeszcze zapytajmy samych siebie o to, na ile nasza miłość i w ogóle relacja z Jezusem i z drugim człowiekiem – cechuje się wrażliwością, delikatnością i dyspozycyjnością wobec drugiego człowieka… Także – jeśli nie będzie o swoich sprawach mówił lub będzie się krępował poprosić nas o pomoc. Czy wystarczy nam wtedy, że on «sobie pomyślał» – a my już to z miłością wyczujemy?…

Dodaj komentarz

Archiwum wpisów

Ks. Jacek Jaśkowski

Witam serdecznie! Kłania się Ks. Jacek Jaśkowski. Nie jestem ani kimś ważnym, ani kimś znanym. Jestem księdzem, który po prostu chce rozmawiać. Codzienna kapłańska posługa pokazuje mi, że tematów do rozmów z księdzem jest coraz więcej i dzisiaj żaden ksiądz nie może od nich uciekać, ale – wprost przeciwnie – podejmować nowe wyzwania. To przekonanie skłoniło mnie do próby otwarcia tegoż bloga, chociaż okazji do rozmów na co dzień – w konfesjonale i poza nim – na szczęście nie brakuje. Myślę jednak, że ten blog będzie jeszcze jednym sposobem i przestrzenią nawiązania kontaktu z ludźmi dobrej woli, otwartymi na dialog.