Szczęść Boże! Drodzy moi, w dniu dzisiejszym urodziny przeżywa Michał Różanowski, należący w swoim czasie do jednej z młodzieżowych Wspólnot. Niech Pan Mu udziela swoich darów, a On – niech się na nie otwiera. O to będę się dla Niego modlił.
A ja dzisiaj pozdrawiam Was z Siedlec, gdzie zamierzam zostać przez cały dzień. Już rano musiałem odprowadzić moje autko do „szpitala”, czyli do warsztatu Panów Szakowskich w Siedlcach – bardzo życzliwych mi Ludzi, którzy od jakiegoś czasu zajmują się moim samochodem. Ale też – poza wszystkim – mam z Nimi świetną osobistą relację: zawsze jest o czym pogadać! I to na poziomie! Serdecznie dziękuję Im przy okazji za świetną współpracę i życzliwość: Braciom: Panu Łukaszowi i Panu Tomaszowi, oraz Ich Tacie, Panu Dariuszowi.
Od rana pojawiło się sporo spraw, które trzeba podjąć od ręki, stąd opóźnienie w zamieszczeniu słówka. A w ciągu dnia – planowana rozmowa z Panią Doktor z Uniwersytetu w Siedlcach o Jej sprawach rodzinnych, ale o tym już nic więcej nie napiszę. Proszę tylko Was, Drodzy moi, abyście wspierając modlitwą działalność Duszpasterstwa Akademickiego GAUDEAMUS – dzisiaj szczególnie pamiętali o tej Pani i Jej sprawach.
Tymczasem, zapraszam już do pochylenia się nad Bożym słowem dzisiejszej liturgii. Oto słówko Księdza Marka na dziś:
https://www.youtube.com/c/CatholicSurgut
Zatem, co dziś mówi do mnie Pan? Z jakim to konkretnym przesłaniem zwraca się właśnie do mnie? Duchu Święty, podpowiedz…
Niech Was błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec + i Syn, i Duch Święty. Amen
Gaudium et spes! Ks. Jacek
Poniedziałek 14 tygodnia zwykłego, rok II,
Wspomnienie Bł. Marii Teresy Ledóchowskiej, Dziewicy,
6 lipca 2026.,
do czytań: Oz 2,16.17b–18.21–22; Mt 9,18–26
CZYTANIE Z KSIĘGI PROROKA OZEASZA:
To mówi Pan: „Chcę przynęcić niewierną oblubienicę, na pustynię ją wyprowadzić i mówić do jej serca, i będzie mi tam uległa jak za dni swej młodości, gdy wychodziła z egipskiego kraju.
I stanie się w owym dniu, że nazwie Mnie: «Mąż mój», a już nie powie: «Mój Baal».
I poślubię cię sobie znowu na wieki, poślubię przez sprawiedliwość i prawo, przez miłość i miłosierdzie. Poślubię cię sobie przez wierność, a poznasz Pana”.
SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO MATEUSZA:
Gdy Jezus mówił, pewien zwierzchnik synagogi przyszedł do Niego i oddając pokłon, prosił: „Panie, moja córka dopiero co skonała, lecz przyjdź i włóż na nią rękę, a żyć będzie”. Jezus wstał i wraz z uczniami poszedł za nim.
Wtem jakaś kobieta, która dwanaście lat cierpiała na krwotok, podeszła z tyłu i dotknęła się frędzli Jego płaszcza. Bo sobie mówiła: „Żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa”.
Jezus obrócił się i widząc ją, rzekł: „Ufaj córko; twoja wiara cię ocaliła”. I od tej chwili kobieta była zdrowa.
Gdy Jezus przyszedł do domu zwierzchnika i zobaczył fletnistów oraz tłum zgiełkliwy, rzekł: „Usuńcie się, bo dziewczynka nie umarła, tylko śpi”. A oni wyśmiewali Go. Skoro jednak usunięto tłum, wszedł i ujął ją za rękę, a dziewczynka wstała. Wieść o tym rozeszła się po całej tamtejszej okolicy.
Jakich to sposobów nie chwytał się Bóg, żeby nawiązać kontakt ze swoim ludem, żeby do niego przemówić, dotrzeć ze swoim przekazem – a tak dokładniej: ze swoją miłością, na którą tyle razy lud ten odpowiadał niewdzięcznością, buntem?… Dzisiaj słyszymy porównanie tychże relacji do tych, jakie zachodzą pomiędzy dwojgiem małżonków, w ramach ich wzajemnej miłości oblubieńczej.
Takie porównanie nieraz spotykamy na kartach Pisma Świętego – i także dzisiaj, w jakże bardzo przejmujących słowach: Chcę przynęcić niewierną oblubienicę, na pustynię ją wyprowadzić i mówić do jej serca, i będzie mi tam uległa jak za dni swej młodości, gdy wychodziła z egipskiego kraju.
Bardzo mocne wrażenie robi to zdanie, a szczególnie słowo: przynęcić. W Biblii Paulistów zdanie to brzmi: Dlatego oto Ja zwabię ją i wyprowadzą na pustynię, by przemówić do jej serca, a ona odpowie mi jak za dni swej młodości i jak w czasie wyprowadzenia jej z ziemi egipskiej. Z kolei, w Biblii Pierwszego Kościoła zdanie to brzmi: Dlatego Ja doprowadzę do jej zabłąkania się, umieszczę ją na pustkowiu i wtedy będę mówił do jej serca. I poczuje się tam znowu mała jak za dni swego dzieciństwa i jak za dni swego wyjścia z Egiptu.
Tak więc Bóg powraca do tych serdecznych relacji, jakie ze swoim narodem nawiązał w czasie wyprowadzania go z Egiptu. Na pustyni kształtował ten swój naród, mówił do niego, upominał i karcił – ale też ciągle dawał mu szansę!
A wszystko po to, aby zwrócić serca swej wciąż buntującej się oblubienicy – czyli swego narodu – ku sobie. Owocem tego działania miało być to, iż stanie się w owym dniu, że nazwie Mnie: «Mąż mój», a już nie powie: «Mój Baal». Zatem, naród odejdzie wreszcie od obcych bóstw, aby się zwrócić ku jedynemu i prawdziwemu Bogu. A wówczas spełnią się słowa tej obietnicy: I poślubię cię sobie znowu na wieki, poślubię przez sprawiedliwość i prawo, przez miłość i miłosierdzie. Poślubię cię sobie przez wierność, a poznasz Pana.
Oczywiście, można by tu przeprowadzić bardzo szczegółową analizę omawianego fragmentu, odnosząc poszczególne stwierdzenia Boga do konkretnych faktów z historii zbawienia, opisanych na kartach Starego Testamentu, przywołać też adekwatne cytaty biblijne. Ale nam dzisiaj – na potrzeby tego rozważania – nie potrzeba aż tak szczegółowej analizy teologicznej i biblijnej, aby zwrócić sobie uwagę na niezwykłą delikatność i czułość miłości Bożej.
Na te cechy Bożej miłości może za mało zwracamy sobie uwagę, a warto, bo także dzisiejszy fragment ewangeliczny ukazuje taki jej obraz. Oto Jezus, Boży Syn, po usłyszeniu prośby «pewnego zwierzchnika synagogi» – bo tak został określony przez Ewangelistę Mateusza tenże człowiek – Panie, moja córka dopiero co skonała, lecz przyjdź i włóż na nią rękę, a żyć będzie, po prostu wstał i wraz z uczniami poszedł za nim. Nie mamy zapisanego żadnego słowa Jezusa, żadnej Jego jakiejkolwiek reakcji, jak tylko tę: wstał i poszedł.
Widocznie nie potrzebował o nic pytać – na tyle dobrze znał nastawienie tegoż człowieka, że to Mu praktycznie wystarczyło za jakieś długie tłumaczenia i powtarzane prośby. Na tyle głęboko wewnętrznie odebrał tę prośbę zbolałego ojca, że nie były potrzebne żadne dodatkowe jego słowa ani jakiekolwiek słowa samego Jezusa.
Ale kiedy już szedł do miejsca, w którym znajdowała się owa dopiero co zmarła dziewczynka, oto jakaś kobieta, która dwanaście lat cierpiała na krwotok, podeszła z tyłu i dotknęła się frędzli Jego płaszcza. Bo sobie mówiła: „Żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa”.
Znowu: jakaś kobieta. Wcześniej był: pewien zwierzchnik synagogi. Co nam to mówi? Że na ich miejscu może być każda i każdy z nas. Albo – że już na ich miejscu jest każda i każdy z nas. Dlatego na każdą i każdego z nas Jezus jest tak wyczulony, jak na tych dwoje, aby pospieszyć ze swoją miłością.
W przypadku owej kobiety nawet nie było potrzebne jakiekolwiek słowo z jej strony. Jezusowi wystarczyło, że sobie mówiła lub «sobie pomyślała», czego Ewangelista zapewne tylko się domyślił, bo raczej nie przypuszczamy, żeby ją potem o to zapytał, co ona w tamtym momencie sobie mówiła… Cały kontekst na to wskazał. I to, co potem zrobiła. Jak się okazało, Jezusowi też to wystarczyło – ta jej prośba bez słów, wyrażona jednak szczerym i prostym gestem dotknięcia szaty, będącym znakiem jej wielkiej wiary.
Jezus ze swoją czułością i delikatnością, ze swoją wrażliwością i otwartością serca, okazał pomoc, zanim w ogóle został o nią poproszony. Bo taka jest miłość Jezusa do każdej i każdego z nas: czuła, delikatna, wrażliwa, zawsze pierwsza, przewidująca i uprzedzająca. Jakże ważnym jest, abyśmy się takiej miłości od Jezusa uczyli i starali się z wrażliwością i delikatnością wyczuwać problemy i potrzeby innych, spiesząc im z pomocą – zanim nas poproszą. Taka pomoc ma największą wartość.
A nawet, kiedy nas poproszą, to też bardzo ważnym jest, czy wystarczy, że poproszą raz, czy muszą to czynić wiele razy, dopraszając się o tak zwaną „łaskę”! Ale nie o tę prawdziwą łaskę, rozumianą jako znak dobroci i miłości, ale o „robienie łaski” – w sensie traktowania tego drugiego człowieka z góry, a wręcz z pogardą.
Oczywiście, tu też nie chodzi o to, aby uszczęśliwiać innych na siłę, żeby się im narzucać i „wpychać” im swoją pomoc, której oni w ogóle nie chcą – w przekonaniu, że my lepiej od nich samych wiemy, co oni chcą. Albo – że jeszcze nie wiedzą, że tego chcą. Albo – że jeszcze nie wiedzą, że to jest dla nich dobre i im naprawdę potrzebne. Nie, tak nie można! Ale przed takimi zachowaniami będzie nas zawsze broniła miłość delikatna i wrażliwa, kształtowana w głębokiej osobistej relacji z Jezusem i na wzór Jego miłości.
To prawda, że ta granica między prawdziwą pomocą, uczynioną w formie niespodzianki, a tak zwaną „niedźwiedzią przysługą”, bywa niekiedy trudna do jednoznacznego i precyzyjnego zarysowania. Ale to właśnie po to mamy modlitwę, adorację, możliwość wyciszenia i refleksji; po to mamy Pismo Święte, po to mamy Spowiedź i możliwość rozmowy z duszpasterzami, albo z innymi osobami o głębokiej wierze, aby się takiej miłości ciągle uczyć i taką w sobie kształtować: miłość czułą, delikatną, wrażliwą, zawsze pierwszą, przewidującą i uprzedzającą. Czyli taką, jakiej wzór codziennie daje nam Jezus.
Ale też Patronka dnia dzisiejszego, Błogosławiona Maria Teresa Ledóchowska.
Urodziła się ona w czasie Powstania Styczniowego, w dniu 29 kwietnia 1863 roku, w Loosdorf, w Austrii, dokąd jej rodzina wyemigrowała po Powstaniu Listopadowym. 12 maja 1874 roku, przyjęła Pierwszą Komunię Świętą, a 15 lipca 1878 roku – Sakrament Bierzmowania.
Od najmłodszych lat wykazywała wybitne uzdolnienia literackie, muzyczne i aktorskie. Mając pięć lat, napisała mały utwór dla domowników, a jako dziewięcioletnia dziewczynka układała wiersze. Rodzina każdy dzień kończyła wspólnym pacierzem, a w niedzielę uczestniczyła we Mszy Świętej. Matka naszej Patronki, jako osoba niezwykle czuła na niedolę bliźnich, a do tego bardzo towarzyska i pogodna, umiała wychować dzieci w karności i sumienności. Ojciec pogłębiał wiedzę dzieci, zapoznając je z historią malarstwa i sztuki, z historią Polski i ojczystą mową.
W roku 1873 rodzice stracili po raz drugi majątek na skutek bankructwa instytucji, której akcje wykupili – bo pierwszy raz dziadek stracił wszystko za udział w Powstaniu Listopadowym. W tej sytuacji, ojciec Marii Teresy sprzedał majątek w Loosdorf i wynajął mieszkanie w St. Polten. Tu dzieci uczęszczały do szkoły. Dokumentem z tych lat jest świadectwo szkolne Marii Teresy Ledóchowskiej, wystawione w 1875 roku, na którym widnieją same oceny bardzo dobre. Miała wówczas dwanaście lat.
Wielkim przeżyciem dla niej była wiadomość o uwięzieniu w Ostrowie Wielkopolskim jej stryja, arcybiskupa Mieczysława Ledóchowskiego. Posłała do więzienia napisany przez siebie wiersz ku jego czci. W dwa lata później, w roku 1875, witała go radośnie w Wiedniu, gdy jako kardynał zatrzymał się tam w drodze do Rzymu. I jemu to właśnie zadedykowała swoją pierwszą książkę. Było to sprawozdanie z podróży, jaką odbyła po Polsce ze swoim ojcem, gdy miała szesnaście lat.
W 1883 roku, Ledóchowscy przenieśli się na stałe z Austrii do Polski, a konkretnie – do Lipnicy Murowanej koło Bochni, gdzie ojciec wykupił mocno zaniedbany majątek. Powitał ich burmistrz miasta i ludność w strojach krakowskich – chlebem i solą. Maria ucieszyła się z powrotu do Polski. A miała wtedy dwadzieścia lat. Rychło jednak zaznała, jakie są kłopoty w prowadzeniu gospodarstwa. W porze zimowej chętnie zwiedzała pobliski Kraków i brała udział w towarzyskich zebraniach i zabawach. Wyróżniała się urodą i inteligencją, dlatego szybko zdobyła sobie wzięcie.
W zimie 1885 roku zachorowała na ospę i przez wiele tygodni leżała, walcząc o życie. Choroba zostawiła ślady na jej twarzy. Organizm był osłabiony, bowiem sześć lat wcześniej przebyła ciężki tyfus. I to właśnie ta choroba uczyniła ją dojrzałą duchowo. Poznała marność życia doczesnego i rozkoszy świata. Zrodziło się w niej postanowienie oddania się na służbę Panu Bogu, jeśli tylko dojdzie do zdrowia. Na ospę zachorował także jej ojciec, wskutek czego – opatrzony Świętymi Sakramentami – niedługo zmarł. Pochowany został w Lipnicy. Maria Teresa, sama osłabiona po ciężkiej chorobie, nie była zdolna do prowadzenia majątku.
W wyniku starań rodziny, cesarz Franciszek Józef I mianował ją damą dworu wielkich książąt toskańskich w Salzburgu. Żyjąc na dworze, Maria Teresa nie zaprzestała prowadzenia życia przepełnionego wewnętrznym skupieniem. W 1886 roku po raz pierwszy zetknęła się z zakonnicami, które przybyły na dwór arcyksiężnej po datki na misje. Wtedy też po raz pierwszy spotkała się z ideą misyjną Kościoła.
A w tym właśnie czasie kardynał Karol Marcial Lavigerie, arcybiskup Algieru, rozwijał ożywioną akcję na rzecz Afryki. Pewnego dnia Maria Teresa dostała do ręki broszurę kardynała, gdzie przeczytała słowa: „Komu Bóg dał talent pisarski, niechaj go użyje na korzyść tej sprawy, ponad którą nie ma świętszej!” To było dla niej światłem z nieba. Znalazła cel swojego życia! Postanowiła skończyć z pisaniem dramatów dworskich, a wszystkie swoje siły poświęcić dla misji afrykańskich. W tej sprawie napisała też do stryja, kardynała Ledóchowskiego, który pochwalił jej postanowienie.
Jej pierwszym krokiem w ramach tejże działalności było napisanie dramatu „Zaida Murzynka”, wystawionego następnie w teatrze salzburskim i w innych miastach. Ponieważ obowiązki damy dworu zabierały jej zbyt wiele cennego czasu, zwolniła się z nich. Stanęła na czele komitetów antyniewolniczych. Te jednak rychło ją zwolniły, gdyż chciała, aby były to komitety katolickie, a nie międzywyznaniowe.
W 1890 roku, Maria zamieszkała w pokoiku przy domu starców u sióstr szarytek. Zerwała stosunki towarzyskie i oddała się wyłącznie sprawie Afryki. W tymże samym 1890 roku, na własną rękę, zaczęła wydawać „Echo z Afryki”. Nawiązała kontakt korespondencyjny z misjonarzami. Wkrótce korespondencja rozrosła się tak bardzo, że musiała zaangażować sekretarkę i ekspedientkę. Jednak widząc, że dzieło dalej się rozbudowuje, w jednym z numerów „Echa” z roku 1893 zamieściła apel o pomoc.
Z pomocą jednego z ojców jezuitów, opracowała statut Sodalicji Świętego Piotra Klawera. W dniu 29 kwietnia 1894 roku, w swoje trzydzieste pierwsze urodziny, przedstawiła go na prywatnej audiencji Papieżowi Leonowi XIII do zatwierdzenia. Papież dzieło pochwalił i udzielił mu swojego błogosławieństwa. Siedzibą Sodalicji były początkowo dwa pokoje przy kościele Świętej Trójcy w Salzburgu. Tam też założyła muzeum afrykańskie.
Od roku 1892, „Echo z Afryki” wychodziło także w języku polskim. Administrację pisma Maria Teresa umieściła przy klasztorze sióstr urszulanek, gdzie zakonnicą była wtedy jej młodsza siostra, Urszula. W 1894 roku, Maria Teresa miała już własną drukarnię. Od 1911 roku „Echo” zaczęło wychodzić w dwunastu językach. Ponadto, drukowano broszury misyjne, kalendarze, odezwy, a potem katechizmy i książeczki religijne w językach Afryki.
W dniu 9 września 1896 roku, Maria Teresa złożyła śluby zakonne na ręce kardynała Hellera, biskupa Salzburga. W 1897 roku, kardynał zatwierdził konstytucję przez nią ułożoną dla tegoż zgromadzenia zakonnego. W tym też samym roku, Maria Teresa założyła w Salzburgu drukarnię misyjną. W roku 1899, Święta Kongregacja Rozkrzewiania Wiary, na której czele stał kardynał Ledóchowski, wydała pismo pochwalne, a w roku 1899 ta sama Kongregacja przyjęła Sodalicję pod swoją bezpośrednią jurysdykcję. 10 czerwca 1904 roku, Święty Papież Pius X, osobnym dokumentem pochwalił dzieło, a w roku 1910 Stolica Apostolska udzieliła mu definitywnej aprobaty.
W roku 1904 Maria Ledóchowska przeniosła swoją stałą siedzibę do Rzymu. W cztery lata potem udała się osobiście do Polski, aby szerzyć tam ideę misyjną. Na wiadomość o powstaniu Polski niepodległej w roku 1918, Maria Teresa poleciła zatknąć polskie sztandary na domach swego zgromadzenia. W roku 1920, wysłała zapomogę do Polski. Pod koniec jej życia, „Echo z Afryki” miało już około stu tysięcy egzemplarzy nakładu. W roku 1901, Maria Teresa założyła przy domu głównym Sodalicji w Rzymie międzynarodowy nowicjat. Także i biura Sodalicji były rozsiane niemal po wszystkich krajach Europy. Przy każdej filii założono muzeum Afryki. Nadto, nasza Patronka wyjeżdżała do wielu różnych miejsc z wykładami i odczytami o misjach w Afryce.
Zmarła 6 lipca 1922 roku, w obecności swoich duchowych córek. 10 lipca złożono jej ciało na głównym cmentarzu rzymskim przy Bazylice Świętego Wawrzyńca. Proces beatyfikacyjny rozpoczęto w roku 1945. Papież Paweł VI, w świętym roku jubileuszowym, w niedzielę misyjną, dnia 19 października 1975, wyniósł ją do chwały ołtarzy. Ciało Błogosławionej, od roku 1934, znajduje się w domu generalnym Sodalicji.
W czasie Soboru Watykańskiego II, biskupi Afryki licznie nawiedzali grób tej, która całe swoje życie i wszystkie swoje siły poświęciła dla ich ojczystej ziemi. W nagrodę za bezgraniczne oddanie się sprawom Afryki, Maria Teresa zdobyła zaszczytny przydomek Matki Afryki. Jest patronką dzieł misyjnych w Polsce.
W swoim apostolskim piśmie, Papież Paweł VI tak pisał o Błogosławionej Marii Teresie: „Apostolskie zadania, wyznaczone przez Chrystusa, stało się natchnieniem całego życia czcigodnej Marii Teresy Ledóchowskiej, tak że dała wspaniały przykład współdziałania kobiet w misyjnym dziele Kościoła.
Chrystus wzbudził w niej pragnienie służenia Mu sercem niepodzielnym. On odkupił i uświęcił ludzi przez swoje posłuszeństwo, posunięte aż do śmierci krzyżowej. On powołał Marię Teresę, aby z miłości ku Niemu służyła Mu w Jego braciach, zwłaszcza tych najbardziej opuszczonych i nieszczęśliwych – niewolnikach z Afryki. Maria Teresa usłyszała Boże wezwanie i całkowicie posłuszna woli Boga, porwana miłością ku Niemu, wielkodusznie i wytrwale poszła za tym powołaniem.
Maria Teresa wyprzedziła czasy, w których żyła, tak bardzo nie sprzyjające apostolstwu kobiet. Musiała przezwyciężyć wiele przeszkód i uprzedzeń, aby móc się oddać apostolstwu i pracy redaktorskiej i wydawniczej. Przewędrowała całą Europę, szerząc wszędzie apostolstwo misyjne, wydając różnojęzyczne czasopisma, zakładając wydawnictwa. Bóg błogosławił dziełu, które rozrastało się i umacniało: założoną przez siebie Sodalicją Świętego Piotra Klawera kierowała roztropnie i z wielką miłością, dzięki której odczuwało się tym bardziej Bożą bliskość.
Tajemnica miłości dopełniła się w śmierci Marii Teresy […]. Katolicy z Afryki opłakiwali odejście swej matki – jak ją nazywali – ale przez działalność założonego przez nią Instytutu, żyjącego jej duchem, nie przestają i dzisiaj doświadczać wielkości i siły tej miłości, która nią owładnęła. Ale nie tylko ludy Afryki pamiętają i podziwiają Marię Teresę, lecz i cały Kościół, bo znamienny przykład jej życia jest dobrem nie tylko jednego kontynentu. W jej życiu Bóg ukazał Kościołowi, a także wszystkim ludziom dobrej woli, czego może dokonać miłość jednego człowieka, który całkowicie oddał się Bogu, a przez Niego i całej cierpiącej ludzkości.” Tyle Święty Papież Paweł VI.
Wpatrzeni w świetlany przykład jej świętości, a jednocześnie zasłuchani w Boże słowo dzisiejszej liturgii, raz jeszcze zapytajmy samych siebie o to, na ile nasza miłość i w ogóle relacja z Jezusem i z drugim człowiekiem – cechuje się wrażliwością, delikatnością i dyspozycyjnością wobec drugiego człowieka… Także – jeśli nie będzie o swoich sprawach mówił lub będzie się krępował poprosić nas o pomoc. Czy wystarczy nam wtedy, że on «sobie pomyślał» – a my już to z miłością wyczujemy?…
