Szczęść Boże! Drodzy moi, w dniu dzisiejszym urodziny przeżywa Anna Mazur, należąca w swoim czasie do Wspólnoty młodzieżowej w Wojcieszkowie. Życząc Bożego błogosławieństwa, zapewniam o modlitwie!
A ja serdecznie pozdrawiam Was z Siedlec, gdzie już od rana musiałem podjąć pewne działania, w ramach naszego Duszpasterstwa, a teraz właśnie wróciłem ze spotkania ze Studentami pierwszego roku na Wydziale Nauk Ścisłych i Przyrodniczych. A za chwilę udaję się na pierwszy dyżur duszpasterski, na Wydziałach przy ulicy Żytniej.
Potem wracam do siebie i już tutaj zostaję.
Drodzy moi, w dniu wczorajszym dotarła do mnie smutna po ludzku wiadomość o odejściu do Domu Ojca Pana Jana Piszcza, Taty Agnieszki, zaangażowanej w działalność KSM w Radoryżu Kościelnym, w czasie mojego pierwszego wikariatu, a z którą do dziś utrzymuję bardzo dobry i systematyczny kontakt.
Sam Pan Jan zaś był człowiekiem naprawdę wyjątkowym i dobrym, otwartym na każdego człowieka, szczególnie zaś – na współpracę z Duszpasterzami w Parafii. Ten Człowiek wychodził do drugiego człowieka z sercem na dłoni! Naprawdę, niezwykle pokorny, a jednocześnie jakże dobry Człowiek! Niech Pan da Mu Niebo!
Pogrzeb odbędzie się w sobotę, 10 października, w Parafii w Radoryżu Kościelnym, o godzinie 13:00. Zamierzam w nim uczestniczyć.
Teraz zaś zapraszam już do pochylenia się nad Bożym słowem dzisiejszej liturgii. Oto słówko Księdza Marka na dziś:
https://www.youtube.com/c/CatholicSurgut
Zatem, co dziś mówi do mnie Pan? Z jakim konkretnym przesłaniem zwraca się do mnie bardzo osobiście i bardzo konkretnie? Duchu Święty, podpowiedz…
Niech Was błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec + i Syn, i Duch Święty. Amen
Gaudium et spes! Ks. Jacek
Czwartek 27 Tygodnia zwykłego, rok II,
8 października 2026.,
do czytań: Ga 3,1–5; Łk 11,5–13
CZYTANIE Z LISTU ŚWIĘTEGO PAWŁA APOSTOŁA DO GALATÓW:
O, nierozumni Galaci! Któż was urzekł, was, przed których oczami nakreślono obraz Jezusa Chrystusa ukrzyżowanego? Tego jednego chciałbym się od was dowiedzieć, czy Ducha otrzymaliście na skutek wypełniania Prawa za pomocą uczynków czy też stąd, że daliście posłuch wierze? Czyż jesteście aż tak nierozumni, że zacząwszy duchem, chcecie teraz kończyć ciałem? Czyż tak wielkich rzeczy doznaliście na próżno? A byłoby to rzeczywiście na próżno. Czy Ten, który udziela wam Ducha i działa cuda wśród was, czyni to dlatego, że wypełniacie Prawo za pomocą uczynków, czy też dlatego, że dajecie posłuch wierze?
SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO ŁUKASZA:
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Ktoś z was, mając przyjaciela, pójdzie do niego o północy i powie mu: «Przyjacielu, użycz mi trzy chleby, bo mój przyjaciel przybył do mnie z drogi, a nie mam co mu podać». Lecz tamten odpowie z wewnątrz: «Nie naprzykrzaj mi się. Drzwi są już zamknięte i moje dzieci leżą ze mną w łóżku. Nie mogę wstać i dać tobie».
Mówię wam: Chociażby nie wstał i nie dał z tego powodu, że jest jego przyjacielem, to z powodu jego natręctwa wstanie i da mu, ile potrzebuje.
I ja wam powiadam: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajdzie, a kołaczącemu otworzą.
Jeżeli którego z was, ojców, syn poprosi o chleb, czy poda mu kamień? Albo o rybę, czy zamiast ryby poda mu węża? Lub też gdy prosi o jajko, czy poda mu skorpiona? Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec z nieba da Ducha Świętego tym, którzy Go proszą”.
Ile razy ten, kto stara się o dobro swoich podopiecznych – dzieci, wychowanków, wiernych w parafii czy w różnych wspólnotach – musi zmierzyć się z sytuacją, w której stwierdza, że wszystko, co do tej pory dla nich zrobił i czego próbował ich nauczyć, spłynęło jak tak zwana „woda po kaczce”! Owszem, coś tam może i usłyszeli, jakieś sygnały odebrali i może nawet kojarzą, że było im powiedziane to lub tamto, ale to nie ma żadnego wpływu na ich życie!
Z pewnością, takie rozczarowanie jest duże i bolesne, kiedy sprawa dotyczy nauczenia tychże ludzi jakichś kwestii zawodowych, związanych z jakąś profesją czy sprawnością – chociażby intelektualną, sportową, językową, czy jakiej by tu jeszcze nie wymienić. Jakąż bowiem radość przeżywa nauczyciel historii, którego uczeń – zachęcony i zmotywowany przez niego – bierze udział w olimpiadach historycznych, zdobywa na nich poczesne miejsca, a potem idzie na studia właśnie na jakiś kierunek, związany z historią.
Oczywiście, absolutnie pomijamy tu jakiekolwiek nieprawidłowe wpływanie na czyjąś psychikę, narzucanie komuś swego spojrzenia czy sposobu myślenia, swoich pasji czy zainteresowań, czy „wpychanie” kogoś w swoje „ramki”. Mówimy tutaj o takim sposobie tego, co ma się do przekazania, o takiej osobistej fascynacji tematem, że inni samorzutnie, w sposób totalnie wolny, są w stanie się tym zainteresować, a z czasem „przejąć pałeczkę”.
To w kwestiach intelektualnych, zawodowych, związanych z jakąś profesją. Jako rzekliśmy: bardzo cieszy poczucie takiej owocności własnych działań, takiego pozytywnego ich oddziaływania na innych. I odwrotnie: bardzo martwi takiego nauczyciela czy wychowawcę poczucie bezowocności podejmowanych działań. To we wspomnianych kwestiach intelektualnych, sprawnościowych czy innych, tego typu.
A cóz powiedzieć, kiedy sprawa dotyczy kwestii najważniejszych, fundamentalnych – dosłownie: kwestii życia i śmierci?! I to dosłownie: kwestii życia wiecznego bądź duchowej śmierci, czyli wiecznego potępienia, na jakie narażają się ci, którzy świadomie odrzucają Jezusa i Jego naukę.
Paweł dzisiaj zwraca się – w dość emocjonalny, przyznajmy to, sposób – do swoich uczniów: O, nierozumni Galaci! Któż was urzekł, was, przed których oczami nakreślono obraz Jezusa Chrystusa ukrzyżowanego? Tego jednego chciałbym się od was dowiedzieć, czy Ducha otrzymaliście na skutek wypełniania Prawa za pomocą uczynków czy też stąd, że daliście posłuch wierze? Czyż jesteście aż tak nierozumni, że zacząwszy duchem, chcecie teraz kończyć ciałem? Czyż tak wielkich rzeczy doznaliście na próżno? A byłoby to rzeczywiście na próżno.
I tutaj musimy powiedzieć, że on naprawdę wie, o czym mówi. Któż bardziej, niż on? On sam przecież był nie tylko wyznawcą zasad Prawa starotestamentalnego, ale ich żarliwym „obrońcą”! Naturalnie, słowo „obrońca” bierzemy w duży cudzysłów, bo ta „obrona” polegała na faktycznym niszczeniu chrześcijan, jako rzekomo zagrażających judaizmowi. Ale możemy z całą pewnością stwierdzić, że czynił to on wówczas z najgłębszym przekonaniem o słuszności swoich działań.
I jeżeli teraz ktoś, mający takie doświadczenie, przekonywał swoich uczniów, że nie Prawo Starego Testamentu, a Prawo ewangeliczne należy uznać za to jedyne, mające wytyczać kierunek życia chrześcijan, a jego uczniowie nie za bardzo się tym przejmują i albo tkwią niezmiennie w tym, co „stare”, albo wręcz do tego wracają, to jak on, ich nauczyciel i pasterz – a wręcz: duchowy ojciec – ma się tym nie martwić?
Jak ma spokojnie patrzeć na to, że oni wracają do tego, od czego on sam odszedł – pomimo że aż tak bardzo był do tego przekonany, iż w imię tych zasad i w ich „obronie” był w stanie ludzi wręcz zabijać – on sam już wie, że to nie była właściwa droga, a oni teraz na tę starą drogę wracają? Czy mógł na to spokojnie patrzeć i czekać, aż się „sparzą” i przekonają sami, na własnej skórze, iż to nie tędy droga? Który dobry rodzic jest w stanie spokojnie patrzeć na to, jak jego dziecko samo chce na sobie doświadczyć tego, co on sam już ma za sobą i czego na sobie doświadczył, a przed czym chciałby swoje dziecko uchronić?
A może właśnie trzeba pozwolić mu, by tego wszystkiego na sobie doświadczyło, wręcz „sparzyło się”, aby w ten sposób mogło się przekonać, że to nie jest dobra droga? Naturalnym odruchem rodzica jest pragnienie, by dziecko już nie musiało przechodzić tego, co on sam przechodził – aby skorzystało z jego doświadczeń i nie musiało cierpieć z tego powodu. I właśnie z taką sytuacją dzisiaj mierzy się Paweł Apostoł, duchowy ojciec, który chce ustrzec swoje dzieci przed błędami, które on sam popełnił – zwłaszcza, że w tym przypadku cała sprawa dotyczy zbawienia wiecznego! A to już nie są żarty!
Zresztą, w innych przypadkach też nie są, ale tutaj mamy do czynienia ze sprawą wyjątkowo poważną. Trudno się zatem dziwić dość emocjonalnemu sposobowi wypowiedzi i reakcji Pawła. Dowodzi to tylko jego ogromnej miłości do swoich duchowych dzieci i dowodzi autentyzmu całej jego postawy i słów.
I właściwie dzisiaj, w czytaniu, nie słyszymy propozycji jakiegokolwiek rozwiązania tej sprawy. Słyszymy tylko takie oto dopowiedzenie do słów już zacytowanych: Czy Ten, który udziela wam Ducha i działa cuda wśród was, czyni to dlatego, że wypełniacie Prawo za pomocą uczynków, czy też dlatego, że dajecie posłuch wierze? Takie pytanie do refleksji…
Czy zatem jedynie na tym mamy skoncentrować swoją refleksję: na pytaniach bez odpowiedzi, na emocjonalnym wołaniu o opamiętanie, na swoistym poczuciu bezradności? Jaką myśl mamy z tego wyprowadzić dla siebie?…
Z pewnością, jakimś wskazaniem może być dla nas pouczenie Jezusa z dzisiejszej Ewangelii. Oto bowiem Jezus powiedział do swoich uczniów: „Ktoś z was, mając przyjaciela, pójdzie do niego o północy i powie mu: «Przyjacielu, użycz mi trzy chleby, bo mój przyjaciel przybył do mnie z drogi, a nie mam co mu podać». Lecz tamten odpowie z wewnątrz: «Nie naprzykrzaj mi się. Drzwi są już zamknięte i moje dzieci leżą ze mną w łóżku. Nie mogę wstać i dać tobie».
Otóż, właśnie! Naleganie, proszenie, dopominanie się, dobijanie o coś, nastawanie wręcz na kogoś – o tym sobie dzisiaj mówimy. A to wszystko jeszcze zaprawione emocjonalnie… Czy to ma sens?
Jezus spieszy z odpowiedzią: Mówię wam: Chociażby nie wstał i nie dał z tego powodu, że jest jego przyjacielem, to z powodu jego natręctwa wstanie i da mu, ile potrzebuje. I ja wam powiadam: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajdzie, a kołaczącemu otworzą.
A więc jednak! Ma to sens! Ma sens troska o drugiego człowieka, ma sens poszukiwanie kierunku i celu, ma sens nastawanie na drugiego człowieka – i nastawanie na Boga, dobijanie się do Bożego serca o pomoc w tej czy innej sprawie. Nawet, jeżeli jest to bardzo zaprawione emocjonalnie – a nawet tym bardziej, jeśli jest takie, o ile tylko jest autentyczne, a nie jest tylko jakimś aktorskim popisem przed innymi, grą pozorów, obliczoną na emocjonalny szantaż wobec innych – to ma sens!
A nawet ma ogromną wartość, bo pokazuje, że głęboko i szczerze przeżywamy naszą relację z Bogiem i naszą relację z drugim człowiekiem. Czyli że nie jesteśmy w tej relacji jakimś zaprogramowanymi komputerami, które – po uruchomieniu takiego programu – odmówią „paciorek”, a po uruchomieniu drugiego pójdą w niedzielę do „kościółka”, a wszystko to na „zimno” i na „sztywno”, ale jesteśmy całym sercem zaangażowani w budowanie tychże relacji!
Ze wszystkimi tego konsekwencjami, a więc nastawiamy się i na ogromną radość i szczęście, jakie z tych relacji wypłyną, ale i na smutek i ból, kiedy będzie się wydawało, że druga strona nie reaguje, nie odpowiada, niczego nie słyszy i nie rozumie…
Obyśmy całym sercem zawsze angażowali się w budowanie tych relacji. Także z włączeniem emocji. Przecież one są nieodłącznym elementem życia człowieka. Oczywiście, one nie mogą być zasadniczym motywem naszego działania, ale trudno je zupełnie wyłączyć. I nawet nie trzeba ich wyłączać. One są w tym wszystkim jakoś potrzebne – choćby dla przekonania tej drugiej strony, że nam naprawdę zależy na tej szczerej, osobistej, głębokiej relacji, jak najgłębszej więzi!
Oby nam zawsze naprawdę na niej zależało…
