Odwagi, Ja jestem!

O
Szczęść Boże! Moi Drodzy, po wczorajszej dość długiej rozmowie z Joanną (naszą blogową J.B.) powracam w codziennych rozważaniach do pytań, stawianych na końcu. Otrzymałem bowiem sugestię, że bywają one pomocne w osobistej refleksji. Bardzo ciekaw jestem także Waszej opinii: czy Wam te pytania pomagają, czy raczej przeszkadzają? A może macie jeszcze jakieś sugestie i propozycje, odnośnie do bloga? Proszę o te wypowiedzi, bo Waszych komentarzy jest coraz mniej… A szkoda. Blog staje się coraz bardziej przekazem „w jedną stronę”…
             Pozdrawiam i życzę Wszystkim błogosławionego dnia!
                            Gaudium et spes!  Ks. Jacek

9
stycznia 2015., 
do
czytań: 1 J 4,11–18; Mk 6,45–52
CZYTANIE
Z PIERWSZEGO LISTU ŚWIĘTEGO JANA APOSTOŁA:
Umiłowani,
jeśli Bóg tak nas umiłował, to i my winniśmy się wzajemnie
miłować. Nikt nigdy Boga nie oglądał. Jeżeli miłujemy się
wzajemnie, Bóg trwa w nas i miłość ku Niemu jest w nas doskonała.
Poznajemy, że my trwamy w Nim, a On w nas, bo udzielił nam ze swego
Ducha. My także widzieliśmy i świadczymy, że Ojciec zesłał Syna
jako Zbawiciela świata.
Jeśli
kto wyznaje, że Jezus jest Synem Bożym, to Bóg trwa w nim, a on w
Bogu. Myśmy poznali i uwierzyli miłości, jaką Bóg ma ku nam. Bóg
jest miłością: kto trwa w miłości, trwa w Bogu, a Bóg trwa w
nim. Przez to miłość osiąga w nas kres doskonałości, ponieważ
tak, jak On jest w niebie, i my jesteśmy na tym świecie. W miłości
nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk, ponieważ lęk
kojarzy się z karą. Ten zaś, kto się lęka, nie wydoskonalił się
w miłości.
SŁOWA
EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO MARKA:
Kiedy
Jezus nasycił pięć tysięcy mężczyzn, zaraz przynaglił swych
uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, do
Betsaidy, zanim odprawi tłum. Gdy rozstał się z nimi, odszedł na
górę, aby się modlić.
Wieczór
zapadł, łódź była na środku jeziora, a On sam jeden na lądzie.
Widząc, jak się trudzili przy wiosłowaniu, bo wiatr był im
przeciwny, około czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc
po jeziorze, i chciał ich minąć.
Oni
zaś, gdy Go ujrzeli kroczącego po jeziorze, myśleli, że to zjawa,
i zaczęli krzyczeć. Widzieli Go bowiem wszyscy i zatrwożyli się.
Lecz On zaraz przemówił do nich: „Odwagi, Ja jestem, nie bójcie
się”. I wszedł do nich do łodzi, a wiatr się uciszył. Oni tym
bardziej byli zdumieni w duszy, że nie zrozumieli sprawy z chlebami,
gdyż umysł ich był otępiały.
Dwa
słowa, które jakoś tak mocno zwracają na siebie uwagę, kiedy
słucha się pierwszego czytania, to „miłość” oraz
„trwanie”. A już najpiękniej brzmi zdanie, w którym
słowa te zostały połączone: Bóg
jest miłością: kto trwa w miłości, trwa w Bogu, a Bóg trwa w
nim.
Trwanie
w miłości…
Właściwie
tylko wówczas można mówić o
miłości pełnej i prawdziwej,

kiedy wyraża się ona w
trwaniu,

a nie jest tylko jednorazowym i chwilowym zrywem. Trwanie
w miłości… Ono zawsze oznacza trwanie w Bogu. Apostoł pisze:
Jeżeli
miłujemy się wzajemnie, Bóg trwa w nas i miłość ku Niemu jest w
nas doskonała. Poznajemy, że my trwamy w Nim, a On w nas, bo
udzielił nam ze swego Ducha.

Owocem
tak przeżywanej miłości jest wielkie męstwo i odwaga w sercu
człowieka, o czym Apostoł Jan pisze tak: W
miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk,
ponieważ lęk kojarzy się z karą. Ten zaś, kto się lęka, nie
wydoskonalił się w miłości.
A
jak to wygląda w konkretnej życiowej sytuacji, to możemy zobaczyć
w scenie, przedstawionej nam w Ewangelii. Oto uczniowie
zmagają się z przeciwnym wiatrem

i z wielką trudnością wiosłują. Jezus, chcąc im dodać otuchy i
w jakiś sposób pomóc, przybywa do nich. Jednak okazuje się, że
skutek tego przyjścia – przynajmniej w początkowej fazie –
daleki
jest
od zamierzonego!

Bo Jezus nie dość, że ich duchowo nie wsparł, to jeszcze ich
porządnie przestraszył!
Ewangelista
Marek tak to relacjonuje: Oni
zaś, gdy Go ujrzeli kroczącego po jeziorze, myśleli, że to zjawa,
i zaczęli krzyczeć. Widzieli Go bowiem wszyscy i zatrwożyli się.

I
dopiero słowa Jezusa, a następnie Jego wejście do łodzi i
uciszenie wiatru

spowodowały, że i ich obawy zupełnie się uciszyły. A słowa,
które
Jezus wówczas wypowiedział,
były naprawdę bardzo mocne i jednocześnie przepiękne: Odwagi,
Ja jestem, nie bójcie się!
Oczywiście,
nam dzisiaj łatwo
mądrzyć i krytykować Apostołów,

jak to nie potrafili zaufać Panu, jak nie uwierzyli w Jego moc, jak
się Go przestraszyli. Jak
jednak sami zachowalibyśmy się w podobnej sytuacji?

Dlatego
może nie trzeba nam oceniać uczniów Chrystusa, a samych
siebie zapytać

– biorąc pod uwagę ten ewangeliczny epizod, jak i treść
pierwszego czytania – ile
odwagi jest w naszym sercu?

Innymi słowy pytamy o to, czy – i w jakim stopniu –
wydoskonaliliśmy się w miłości? Czy jest w nas tak wielka miłość
do Jezusa, że jesteśmy Mu w stanie w
stu procentach zaufać w każdej naszej sytuacji, nawet tej
najtrudniejszej?

Czy jednak jeszcze w obliczu wielu swoich życiowych burz próbujemy
sobie radzić sami?
Kochani,
to jest naprawdę bardzo ważne pytanie: Czy
my się przed Jezusem nie wstydzimy swojej bezradności?

A może udajemy silnych i odważnych, którzy ze wszystkim sobie sami
poradzą? Czy prosimy Jezusa o pomoc w
każdej sytuacji?

Czy pytamy Go, albo zastanawiamy się, jak On daną sprawę
rozwiązałby? Jak do tej lub innej sytuacji naszego życia odnosi
się Jego nauczanie, zawarte na kartach Ewangelii?
Ci,
którzy prawdziwie kochają Jezusa – nie tylko o tym mówią, ale
naprawdę kochają, a przynajmniej się o to starają – ci właśnie
nasłuchują
wręcz, co Jezus mówi i myśli o danej sprawie,
w
jaki sposób On sam chce uciszyć burze i
zawirowania, męczące nas w naszej codzienności. I im bardziej
człowiek jest zasłuchany w głos Jezusa, im bardziej jest z Nim
zżyty, a więc – rozkochany w Nim, tym więcej ma w swoim sercu
odwagi
do radzenia sobie ze wszystkimi swymi trudnościami.

Podkreślmy:
to
nie znaczy, że tych burz i zawirowań nie będzie!

Niestety, prawdopodobnie będą – bo takie jest życie. Ale ten,
kto bierze sobie głęboko do serca słowa Jezusa: Odwagi,
Ja jestem, nie bójcie się!,

ten
może być spokojny o swoje życie i o swoją przyszłość. Ten zaś,
kto z jednej strony tak
trochę wierzy

w Jezusa i w Jego pomoc, a z drugiej strony ciągle
się kogoś lub czegoś lęka,

ten – mówiąc słowami Świętego Jana – jeszcze nie
wydoskonalił się w miłości.
Ma
więc nad czym popracować…
W
tym kontekście zastanówmy się:

Czego
– lub kogo – w swym życiu najczęściej się lękam?

Czy
o swoich lękach i obawach śmiało mówię Jezusowi na modlitwie?

W
jaki sposób próbuję rozwiewać moje obawy i rozwiązywać
najtrudniejsze sytuacje?

Odwagi,
Ja jestem, nie bójcie się!

6 komentarzy

  • Przyznaję, że nie spodziewałam się, iż ta nasza wczorajsza rozmowa (rzeczywiście "odrobinę" długa) przyniesie taki natychmiastowy skutek…Bardzo dziękuję. I choć pewnie zapatrywania na te pytania końcowe można mieć bardzo różne (zależne od wielu czynników) nie ukrywam, że mnie one bardzo pomagają w codziennej refleksji nad jakością życia i nierzadko wskazują to co w przeżywaniu codzienności wymaga poprawy. Pozdrawiam serdecznie.
    J.B.

  • Dziękuję Bogu że Ksiadz jest. Codziennie staram sie tu zaglądać. Pytania bardzo pomagają w codziennym stawaniu w prawdzie i pomagają żyć Słowem na codzień. Tak dalej. Ma Ksiadz wielki dar. Chwała Panu. Pozdrawiam, z darem modlitwy s.M. Stella

Ks. Jacek Autor: Ks. Jacek

Archiwum wpisów

Ks. Jacek Jaśkowski

Witam serdecznie! Kłania się Ks. Jacek Jaśkowski. Nie jestem ani kimś ważnym, ani kimś znanym. Jestem księdzem, który po prostu chce rozmawiać. Codzienna kapłańska posługa pokazuje mi, że tematów do rozmów z księdzem jest coraz więcej i dzisiaj żaden ksiądz nie może od nich uciekać, ale – wprost przeciwnie – podejmować nowe wyzwania. To przekonanie skłoniło mnie do próby otwarcia tegoż bloga, chociaż okazji do rozmów na co dzień – w konfesjonale i poza nim – na szczęście nie brakuje. Myślę jednak, że ten blog będzie jeszcze jednym sposobem i przestrzenią nawiązania kontaktu z ludźmi dobrej woli, otwartymi na dialog.