Uwierzył człowiek Słowu…

U

Szczęść Boże! Moi Drodzy, zapraszam na drugi dzień Rekolekcji. Wzywajmy Ducha Świętego, aby pomógł nam odkryć to jedno, konkretne przesłanie, z jakim Pan do każdej i każdego z nas – osobiście do mnie – dzisiaj się zwraca.

Niech Was błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec + i Syn, i Duch Święty. Amen

Gaudium et spes! Ks. Jacek

REKOLEKCJE WIELKOPOSTNE – dzień 2,

Poniedziałek 4 Tygodnia Wielkiego Postu,

28 marca 2022.,

do czytań: Iz 65,17–21; J 4,43–54

CZYTANIE Z KSIĘGI PROROKA IZAJASZA:

To mówi Pan: „Oto Ja stwarzam nowe niebiosa i nową ziemię; nie będzie się wspominać dawniejszych dziejów ani na myśl one nie przyjdą.

Przeciwnie, będzie radość i wesele na zawsze z tego, co Ja stworzę; bo oto Ja uczynię z Jerozolimy «Wesele» i z jej ludu «Radość». Rozweselę się z Jerozolimy i rozraduję się z jej ludu. Już się nie usłyszy w niej odgłosów płaczu ni krzyku narzekania.

Nie będzie już w niej niemowlęcia, mającego żyć tylko kilka dni, ani starca, który by nie dopełnił swych lat; bo najmłodszy umrze jako stuletni, a nie osiągnąć stu lat będzie znakiem klątwy. Zbudują domy i mieszkać w nim będą, zasadzą winnice i będą jedli z nich owoce”.

SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO JANA:

Jezus wyszedł z Samarii i udał się do Galilei. Jezus wprawdzie sam stwierdził, że prorok nie doznaje czci we własnej ojczyźnie. Kiedy jednak przybył do Galilei, Galilejczycy przyjęli Go, ponieważ widzieli wszystko, co uczynił w Jerozolimie w czasie świąt. I oni bowiem przybyli na święto.

Następnie przybył powtórnie do Kany Galilejskiej, gdzie przedtem przemienił wodę w wino. A w Kafarnaum mieszkał pewien urzędnik królewski, którego syn chorował. Usłyszawszy, że Jezus przybył z Judei do Galilei, udał się do Niego z prośbą, aby przyszedł i uzdrowił jego syna: był on bowiem już umierający.

Jezus rzekł do niego: „Jeżeli znaków i cudów nie zobaczycie, nie uwierzycie”.

Powiedział do Niego urzędnik królewski: „Panie, przyjdź, zanim umrze moje dziecko”.

Rzekł do niego Jezus: „Idź, syn twój żyje”. Uwierzył człowiek słowu, które Jezus powiedział do niego, i szedł z powrotem.

A kiedy był jeszcze w drodze, słudzy wyszli mu naprzeciw, mówiąc, że syn jego żyje. Zapytał ich o godzinę, o której mu się polepszyło. Rzekli mu: „Wczoraj około godziny siódmej opuściła go gorączka”. Poznał więc ojciec, że było to o tej godzinie, o której Jezus rzekł do niego: „Syn twój żyje”. I uwierzył on sam i cała jego rodzina.

Ten już drugi znak uczynił Jezus od chwili przybycia z Judei do Galilei.

Panu naszemu z całego serca dziękujemy za to, że pozwala nam przeżywać ten święty czas Rekolekcji wielkopostnych – za to, że sam nimi kieruje i daje tak bardzo potrzebne natchnienia.

Refleksje nasze, oparte na Bożym słowie, odczytywanym w liturgii właśnie w tych dniach – a więc nie dobieranym specjalnie do naszych potrzeb, czy doraźnych oczekiwań, ale na tym, które Pan sam nam daje – koncentrują się wokół hasła: OTO WSZYSTKO STAŁO SIĘ NOWE, przy czym wczoraj, w pierwszym dniu, rozważaliśmy sobie słowa: TO, CO DAWNE, MINĘŁO i mówiliśmy, że trzeba nam zerwać z tym, co stare w nas, co nas umniejsza i zamyka na Boga, na ludzi i na cały świat, bo jeżeli z tym nie zerwiemy, to będzie się to za nami ciągnęło, jak kula u nogi i będzie blokowało duchowy rozwój.

Na przykładzie młodszego syna z przypowieści o miłosiernym ojcu mówiliśmy sobie, że dopiero wtedy, kiedy ów młody człowiek – jak go nazywamy: marnotrawny syn – stracił wszystko i dotarło to do niego, że naprawdę stracił wszystko, ale zapragnął swoje życie odbudować, dopiero wówczas zaczęło się w nim to, co nowe: on sam stał się nowym człowiekiem. Musiał jednak wszystko stracić, musiał zerwać z tym, co złe w jego życiu i w jego postawie – można powiedzieć, że musiał zerwać z samym sobą. Z poprzednim sobą, aby stać się kimś nowym.

W tym kontekście mówiliśmy sobie, że i my musimy zerwać ze swoją wadą główną, a więc z tym złym naszym przyzwyczajeniem, które blokuje nam drogę do ludzi, a ludziom do nas – i które w ogóle powoduje zamieszanie w naszym życiu. Odkryciu tej wady, a jednocześnie naszemu przygotowaniu do dzisiejszej lub jutrzejszej Spowiedzi Świętej, miał służyć solidny rachunek sumienia, który mieliśmy sobie uczynić. Wierzę, że udało się nam go przeprowadzić – i że dzięki niemu lepiej poznaliśmy prawdę o sobie samych. A to głównie o to chodzi przy Spowiedzi, ale też to właśnie jest głównym warunkiem i podstawą wszelkiej pracy nad sobą i przemiany duchowej: poznanie pełnej prawdy o sobie samym.

Dlatego jeżeli ktoś nie miał czasu na zrobienie tego solidnego rachunku sumienia wczoraj – niech go zrobi dzisiaj. I postarajmy się, aby przed każdą Spowiedzią taki rzetelny rachunek sumienia był czyniony – nie idźmy nigdy do Spowiedzi z nastawieniem, że „coś tam się zawsze powie”… Bo wtedy – rzeczywiście – „coś tam” się mówi, tylko że taka Spowiedź nie jest zbyt owocna.

Dzisiaj pójdziemy dalej w naszych refleksjach, koncentrując je wokół zdania, zapisanego przez Ewangelistę Jana, a dotyczącego pewnego urzędnika królewskiego, który prosił o ratunek dla swego syna. Ewangelista informuje nas, że kiedy Jezus zapewnił, że syn ów wyzdrowiał, wówczas UWIERZYŁ CZŁOWIEK SŁOWU – właśnie temu słowu, które wyrzekł Jezus. I wokół tego stwierdzenia dzisiaj będziemy koncentrować nasze refleksje.

Ale zanim to uczynimy, to przypomnijmy, że bardzo ważną częścią naszej pracy duchowej w tym czasie jest nasza serdeczna modlitwa za siebie nawzajem, wszystkich za wszystkich, oraz w konkretnych intencjach rekolekcyjnych. Już wczoraj wymieniliśmy sobie cztery takie zasadnicze intencje.

Modlimy się zatem o dobre, błogosławione i liczne owoce duchowe tych Rekolekcji dla nas wszystkich. Modlimy się za Kapłanów, za rekolekcjonistów i spowiedników wielkopostnych, szczególnie zaś pamiętając o tych, którzy nam służą Sakramentem Pojednania w tych dniach.

Następnie: modlimy się za tych naszych bliźnich, którzy bardzo chcieliby być tutaj z nami, ale nie mogą – z różnych powodów, ale szczególnie z powodu choroby, wieku lub koniecznej całodniowej pracy. Wszystkie te osoby serdecznie pozdrawiamy, duchem i modlitwą z nimi się łączymy i prosimy, aby i one łączyły się z nami, prosząc jednocześnie chorych i cierpiących, aby chociaż cząstkę swoich cierpień ofiarowali w intencji naszych Rekolekcji. Już teraz dziękujemy im za tę duchową łączność i to duchowe wsparcie.

I jeszcze jedna intencja naszych modlitw: polecamy Bogu tych, którzy choć mogą uczestniczyć w naszych spotkaniach, to jednak nie chcą. Dla nich modlimy się o to, żeby zechcieli. I to jak najszybciej.

Te wszystkie sprawy powierzamy Bogu w naszych modlitwach, zanoszonych tu, w kościele, we wspólnocie, ale także w naszych modlitwach osobistych. A wczoraj taką formą modlitwy, która nas jednoczyła przed Panem, ale też która pozwoliła nam zaprowadzić tę dobrą, rekolekcyjną atmosferę w naszych domach, była lektura Pisma Świętego, najlepiej wspólna, w gronie rodziny, w gronie domowników. Czy udało się nam ją przeprowadzić?…

Bardzo dziękuję tym, którym się udało, a jeżeli komuś się nie udało – z różnych względów – a chciałby nasze dzieło w ten sposób wesprzeć, niech po prostu dzisiaj poczyta Pismo Święte. Oczywiście, najlepiej we wspólnocie rodzinnej – czy jakiejkolwiek, ale można i indywidualnie.

A dzisiaj formą naszej wspólnej modlitwy, zanoszonej w naszych domach, niech będzie Koronka do Bożego Miłosierdzia. Postarajmy się ją także odmówić wspólnie.

A zatem – OTO WSZYSTKO STAŁO SIĘ NOWE. Tak brzmi główna myśl naszych Rekolekcji, dzisiaj zaś zatrzymujemy się nad zdaniem: UWIERZYŁ CZŁOWIEK SŁOWU. Już wiemy, co to za człowiek, zwróćmy natomiast uwagę, w jakich okolicznościach uwierzył on temuż Słowu.

Przede wszystkim, nie należał on do narodu wybranego i nie widział znaków i cudów, jakie czynił Jezus. Ale coś o nich słyszał, coś też słyszał o samym Jezusie, dlatego odważył się poprosić Go o pomoc. I chyba nie chodziło w jego przypadku jedynie o troskę o umierające dziecko, chociaż na pewno była to motywacja bardzo silna do szukania ratunku. Czego bowiem w końcu ojciec czy matka nie uczynią dla swego dziecka – zwłaszcza, kiedy przeżywa ono takie trudne doświadczenia, albo wręcz umiera?…

Tutaj jednak naprawdę mamy do czynienia z wiarą owego człowieka. Jezus czynił znaki i cuda, aby przekonać do siebie swoich rodaków, okazywało się jednak, że nie szło to zbyt łatwo… Słyszymy dzisiaj, że Galilejczycy przyjęli Go, ponieważ widzieli wszystko, co uczynił w Jerozolimie w czasie świąt. Jednak Jezus jest w Kanie Galilejskiej, gdzie uczynił pierwszy swój cud – cud przemiany wodę w wino. O tym znaku Ewangelista mówi, że kiedy się dokonał, wówczas uwierzyli w Jezusa Jego uczniowie, dostrzegli w Nim kogoś szczególnego, wybranego i posłanego przez Boga.

Uczniowie uwierzyli. Inni jednak mieli z tym problem, aby przekonać się, że Jezus jest tym właśnie, za kogo się podaje. Jezus sam dzisiaj mówi do nich: Jeżeli znaków i cudów nie zobaczycie, nie uwierzycie, ale też wiemy, że i widząc tyle znaków i cudów, ile On sam dokonał, wielu nie uwierzyło, a w godzinie Męki i Śmierci wszyscy mieli się od Niego odwrócić.

Tym korzystniej na tym tle wygląda postawa urzędnika królewskiego, który ze szczerym i otwartym sercem zwrócił się do Jezusa o pomoc, bo głęboko wierzył, że tę pomoc otrzyma. A kiedy Jezus powiedział: Idź, syn twój żyje, wówczas UWIERZYŁ CZŁOWIEK SŁOWU. Tak, ten konkretny człowiek, w tym konkretnym momencie, uwierzył słowu, które do Niego wypowiedział Jezus. Nie pytał, czy aby na pewno syn żyje, a jak się ma o tym przekonać, a co ma robić, jeśli jednak nie poprawi mu się za bardzo?…

A skąd wiadomo, że żyje, skoro jest on tam, daleko, w rodzinnym domu, a Jezus jest tutaj i wcale nie zamierza iść tam, do domu, by dokonać uzdrowienia, tylko tutaj wypowiedział swoje słowa i w ten sposób uzdrowił?… Czy to w ogóle możliwe – takie zdalne działanie? Czy ono może być skuteczne?

Tak się akurat składa, że my ostatnio musieliśmy się przekonać do zdalnego działania na wielu płaszczyznach, szczególnie jeśli idzie o nauczanie, o leczenie, o pracę urzędów… Nad skutecznością tej pracy pewnie można by długo dyskutować, ale raczej nie dojdziemy do zbyt optymistycznych wniosków… Całe szczęście, że powoli wracamy do normalności…

Natomiast Jezus w tym momencie właśnie tak zadziałał – zdalnie – i urzędnik królewski bez żadnych oporów i wątpliwości w to uwierzył. Dlatego szedł z powrotem. A kiedy był jeszcze w drodze, słudzy wyszli mu naprzeciw, mówiąc, że syn jego żyje. Zapytał ich o godzinę, o której mu się polepszyło. Rzekli mu: „Wczoraj około godziny siódmej opuściła go gorączka”. Poznał więc ojciec, że było to o tej godzinie, o której Jezus rzekł do niego: „Syn twój żyje”. I uwierzył on sam i cała jego rodzina.

Czyli uwierzył ponownie, jeszcze mocniej, niż za pierwszym razem, bo w tym momencie miał już argument na potwierdzenie swojej wiary. Wcześniej go nie miał – musiał uwierzyć na słowo. Uwierzyć słowu. I on uwierzył – tak: UWIERZYŁ CZŁOWIEK SŁOWU. Ten konkretny człowiek uwierzył słowu Jezusa, uwierzył w Jego moc – uwierzył w to, że dla Jezusa żadna odległość nie jest przeszkodą, ani żadna inna okoliczność, aby swoją moc okazać.

UWIERZYŁ CZŁOWIEK SŁOWU, dlatego w jego domu, w jego rodzinie, zaistniała nowa rzeczywistość, związana z powrotem do zdrowia – a właściwie: niemalże powrotem do życia – jego syna. To była całkowicie nowa rzeczywistość. OTO WSZYSTKO STAŁO SIĘ NOWE – w domu urzędnika królewskiego. Dlatego, że uwierzył on słowu Pana.

W tym kontekście, wsłuchujemy się w słowa Proroctwa Izajasza, z pierwszego dzisiejszego czytania: To mówi Pan: „Oto Ja stwarzam nowe niebiosa i nową ziemię; nie będzie się wspominać dawniejszych dziejów ani na myśl one nie przyjdą. Przeciwnie, będzie radość i wesele na zawsze z tego, co Ja stworzę; bo oto Ja uczynię z Jerozolimy «Wesele» i z jej ludu «Radość». Rozweselę się z Jerozolimy i rozraduję się z jej ludu. Już się nie usłyszy w niej odgłosów płaczu ni krzyku narzekania. Nie będzie już w niej niemowlęcia, mającego żyć tylko kilka dni, ani starca, który by nie dopełnił swych lat; bo najmłodszy umrze jako stuletni, a nie osiągnąć stu lat będzie znakiem klątwy. Zbudują domy i mieszkać w nim będą, zasadzą winnice i będą jedli z nich owoce.

Czy to jest w ogóle możliwe? Czy to nie jest obraz jakiejś baśniowej sielanki, który trudno w ogóle brać na poważnie? Tak by się mogło wydawać, ale skoro na początku słyszeliśmy informację, że to mówi Pan, to chyba coś to jednak znaczy. I że warto to usłyszeć, warto to wziąć sobie do serca – warto w to uwierzyć. Bo to mówi Pan.

Urzędnik królewski uwierzył, że syn jego żyje i będzie żył, chociaż nie widział samego momentu uzdrowienia, nie dokonało się ono na jego oczach i w jego obecności, ale on uwierzył, że się dokonało i że syn żyje – bo tak powiedział Jezus. Dlatego UWIERZYŁ CZŁOWIEK SŁOWU.

A czy ten człowiek, którym jest każda i każdy z nas – wierzy każdemu słowu swego Pana? Moi Drodzy, co nam pomaga, a co przeszkadza w tym, byśmy w to Słowo uwierzyli? Zapewne nie zaskoczę tu nikogo, jeżeli powiem, że pierwszym warunkiem uwierzenia w to Słowo, jest jego usłyszenie. I tutaj musimy zapytać o to, jak my często czytamy Pismo Święte w naszych domach, w naszych rodzinach?… Właśnie wczorajsze spotkanie rodzinne przy Bożym słowie miało nam uświadomić, że można w taki właśnie sposób zapraszać Jezusa do naszych domów i naszych rodzin. Można wspólnie czytać Boże słowo, można je czytać indywidualnie – ale przede wszystkim: trzeba to robić. Przyznajmy, moi Drodzy, że z tym akurat to u nas nie jest najlepiej…

Jak często Pismo Święte wyciągane jest z półki jedynie na czas wizyty kolędowej, aby potem szybko je z powrotem postawić na tym samym miejscu, aby tam spokojnie przeczekało do następnej wizyty kolędowej – by równie czyste, ładne i nietknięte można było ponownie położyć obok krzyżyka i świec… A przecież to powinna być księga najczęściej ze wszystkich innych otwierana i wykorzystywana – nawet, jeśli nie wyglądałaby potem tak okazale i dekoracyjnie, bo właśnie akurat o tej księdze najlepsze świadectwo dają wszelkie znaki jej częstego używania. A może – nie tyle o samej księdze, co o jej właścicielach…

Bierzmy tę Księgę jak najczęściej do rąk, otwierajmy, czytajmy! Niech to będzie nasz przewodnik po drogach codzienności! Nie da się uwierzyć Słowu, jeśli się go nie zna, nie czyta.

I trudno jest też w nie uwierzyć, kiedy się go nie słucha, gdy jest czytane i wyjaśniane w liturgii. Owszem, wyjaśniane jest lepiej, czy gorzej, ale jednak zawsze jakiś promyk światła ma szansę rozjaśnić nasze umysły i serca – jeśli tylko zechcemy posłuchać z otwartym sercem i odrobiną dobrej woli. Natomiast trudno jest przyjąć to Słowo, kiedy słuchamy go jedynie z pozycji recenzenta, który ocenia, czy ksiądz mówił ciekawie, czy nieciekawie; czy mówił z polotem, czy raczej ciężko mu to szło; czy używał wyszukanych sformułowań i porównań, czy raczej posługiwał się językiem prostym – żeby nie powiedzieć: nieporadnym?…

Ileż to, moi Drodzy, mamy w zanadrzu takich ocen i jak często je wypowiadamy po usłyszeniu tej, czy tamtej homilii?… A do tego dochodzi jeszcze nasz osobisty stosunek do danego księdza, bo przecież możemy go lubić i dlatego chętnie go słuchamy, ale możemy go z jakiegoś powodu nie lubić, może nas drażnić, denerwować – co „coś tam” – a wówczas nawet, jeśli będzie mówił rzeczy najprawdziwsze z prawdziwych i nawet cytował wręcz słowa Jezusa, to i tak będzie blokada w przyjęciu tych słów, bo to właśnie ten ksiądz… Bo to taki a nie taki ten ksiądz…

Moi Drodzy, jak często przeszkodą w przyjęciu Bożego słowa – a co za tym idzie: uwierzeniu w nie – jest to, że my słuchamy go nie z pozycji ucznia, a właśnie z pozycji recenzenta. I to może nie tyle recenzenta samego Słowa Bożego jako takiego, bo tutaj generalnie przyjmujemy, że jest to słowo Boga, słowo wiarygodne i prawdziwe, natomiast recenzujemy głosiciela – i to nie tylko sposób, w jaki mówi, ale oceniamy często całą jego postawę, co prowadzi do tego, że negujemy nieraz samą jego osobę. A to nie służy słuchaniu Słowa – nawet Bożego słowa – które on głosi.

Dlatego tak ważnym jest, abyśmy nawet w sytuacji obiektywnych oporów i niekorzystnego nastawienia do tego, czy innego księdza, starali się wznieść niejako ponad te uprzedzenia i zastrzeżenia – i przede wszystkim starali się uwierzyć, że kiedy czyta on lub rozważa Boże słowo, to naprawdę Bóg przez niego mówi. Dlatego warto się wsłuchać, warto te słowa przyjąć, a za samego księdza po prostu się pomodlić.

Bo – jak najbardziej – może być tak, że nasze zastrzeżenia co do jego postawy są słuszne i uzasadnione. Ale czy to ma oznaczać, że nie przyjmujemy Bożego słowa, które on głosi? Na złość – nie przyjmujemy? A jeżeli tak, to na złość komu? Jemu, Panu Bogu – czy jednak sobie samym najbardziej w ten sposób szkodzimy? Czy ja naprawdę mam sobie odmrażać uszy na złość mamie – jak zwykliśmy mawiać w znanym porzekadle?

Dobrze byłoby zatem zmienić nastawienie i z pozycji recenzenta, który ocenia sposób głoszenia tegoż Słowa, jak i postawy samego głoszącego, przyjąć postawę ucznia, który chce usłyszeć, co teraz mówi do niego Pan?

Dlatego też warto zauważyć i uniknąć kolejnego niebezpieczeństwa, jakim jest przekonanie, że ja to już wszystko wiem, ja to już nieraz słyszałem, ja już te słowa znam – nawet niektóre mogę z pamięci zacytować. To oczywiście jest bardzo ważne i bardzo dobre, ale w takim razie: na ile to Słowo, które tak dobrze znam, zmieniło moje życie? Jak na to moje życie wpłynęło, co w nim poprawiło, w jakim stopniu je ubogaciło – ale tak konkretnie? Skoro tak dobrze je znam, to znaczy, że żyję nim na co dzień i kieruję się we wszystkim sprawach. Czy tak jest naprawdę?… Oj, chyba dobrze wiemy, jak jest…

Inną jeszcze przeszkodą w przyjęciu tegoż Słowa jest nasza niecierpliwość i brak wytrwałości w jego wprowadzaniu w życie. Bo my chcielibyśmy zobaczyć od razu, natychmiast, tu i teraz, skutki przyjęcia tego Słowa, chcielibyśmy natychmiastowej przemiany naszej rzeczywistości i ludzi z naszego otoczenia – bo nie zawsze, a przynajmniej nie od razu, przemiany nas samych. A tu się okazuje, że świat idzie zupełnie inną drogą! Widzimy zatem, że Boże słowo – i w ogóle Bóg – sobie, a świat sobie.

Tymczasem przykład urzędnika królewskiego przekonuje nas, że warto uwierzyć słowu i że nawet trzeba uwierzyć Słowu – nawet, jeżeli nie od razu widzimy jego skutki. Zobaczymy je wtedy, kiedy Pan zechce, natomiast naszym zwycięstwem będzie, jeżeli uwierzymy, że skoro Pan tak mówi, to znaczy, że tak jest, że On ma rację, bo On wie, co mówi.

Moi Drodzy, zastanówmy się dzisiaj tak na spokojnie, jak to jest z tym naszym słuchaniem Bożego słowa? Czy go w ogóle słuchamy? Czy czytamy Pismo Święte? Czy w ogóle bierzemy je do ręki – poza wspomnianą wizytą kolędową? Czy słuchamy Bożego słowa jako słowa, skierowanego indywidualnie i osobiście przez Boga do mnie, czy jako pięknej baśni, która gdzieś, ponad głowami ludzkimi, pięknie sobie płynie i nawet może wywołuje niejakie wzruszenia, ale na nic w życiu nie wpływa?

Czy na moje życie Boże słowo wpływa? Czy to Boże słowo jakoś kształtuje mnie samego i moją sytuację – moje „tu i teraz”?… Czy słucham tegoż Słowa z pozycji ucznia, który z otwartym sercem i umysłem chce przyjąć to, co mówi do Niego Pan, czy też z pozycji recenzenta, lub eksperta, który już to wszystko wie, a nawet wie lepiej?

Jak często sięgam po komentarze, rozważania Bożego słowa, jak często słucham audycji radiowych i telewizyjnych, których ostatnio naprawdę coraz więcej przygotowują katolickie redakcje, aby zrozumieć lepiej sens i przesłanie tegoż Słowa, a dzięki temu – lepiej odnieść je do swego życia? Czy jest we mnie takie pragnienie, by dowiedzieć się czegoś więcej o tym Słowie czy o przekazie, który niesie?… Czy podejmuję na te tematy rozmowę – bądź to z jakimś księdzem, bądź z osobami ze swego otoczenia?

Moi Drodzy, to są naprawdę bardzo ważne pytania. Niech one staną się dziś przedmiotem naszej osobistej refleksji. Spróbujmy o tych sprawach pomyśleć – i o innych sprawach, związanych z naszym życiem i z naszą osobistą postawą – i postarajmy się o to, aby przygotować na jutro jakieś osobiste, konkretne postanowienie, jakim właśnie jutro zakończymy te nasze Rekolekcje.

Ja jutro trochę więcej powiem o tym postanowieniu i na zakończenie rozważania jutro będzie chwila ciszy na jego podjęcie, ale już dzisiaj pomyślmy, co konkretnie powinienem w swoim życiu i w swojej postawie zmienić. I to będzie praca domowa na dziś: przygotowanie postanowienia końcowego. To druga część pracy domowej, bo pierwszą jest odmówienie – najlepiej wspólne z rodziną – Koronki do Bożego Miłosierdzia.

A wszystkie te działania i refleksje podejmuję po to, abym mógł z radością stwierdzić, że OTO WSZYSTKO STAŁO SIĘ NOWE. Przede wszystkim, z całą pewnością, trzeba mi bardziej, niż dotychczas, przejąć się Bożym słowem, bo to ono właśnie ma moc przemiany każdego ludzkiego serca. Także mojego serca. Dlatego tak ważnym jest, aby UWIERZYŁ CZŁOWIEK SŁOWU. Abym to ja – tak bardzo konkretnie, w realiach mego życia – temuż Słowu uwierzył…

4 komentarze

  • Super rozważania. Do mnie bardzo przemawiają. W Celestynowie też są rekolekcje.
    Dziś ks.Roman Haronska mówił o swoim doświadczeniu z kolędy, kiedy to na stole leży Pismo Święte
    i super, ale zamknięte. Trzeba je otworzyć.
    My od ponad 20 lat zazwyczaj rano modlimy się z mężem czytaniami z danego dnia i od 3 lat odmawiamy Litanię do Św. Józefa. Do czytań oczywiście komentarze. Mamy też całą listę osób za które się modlimy m.in. Margaretki, zmarłych i różne intencje w zależności od potrzeb i podziękowań.
    Jeśli coś się wydarzy nieprzewidzianego to przyjmuję to jako przestrogę dla mnie, czyli nie „dopust Boży”, ale ochronę przed czymś Bóg mnie przestrzega i ochrania.
    Każda spowiedź mobilizuje mnie abym nie czyniła tych samych błędów. Często sprzeczamy się z mężem o błahe sprawy, ale ostatnio robię to rzadziej.
    Mocno dotknęły mnie też słowa z rozważań Drogi Krzyżowej, jaką przygotowała młodzież z nauczania Ks. Piotra Pawlukiewicza. Zmieniły mój kierunek myślenia i postepowania.
    Obecność Boga jest w każdej chwili odczuwalna, tylko musimy to dostrzec i odczytać.
    Pozdrawiam wszystkich prowadzących rekolekcje i spowiedników. Niech dobry Bóg ma Was w swojej opiece.

Ks. Jacek Autor: Ks. Jacek

Archiwum wpisów

Ks. Jacek Jaśkowski

Witam serdecznie! Kłania się Ks. Jacek Jaśkowski. Nie jestem ani kimś ważnym, ani kimś znanym. Jestem księdzem, który po prostu chce rozmawiać. Codzienna kapłańska posługa pokazuje mi, że tematów do rozmów z księdzem jest coraz więcej i dzisiaj żaden ksiądz nie może od nich uciekać, ale – wprost przeciwnie – podejmować nowe wyzwania. To przekonanie skłoniło mnie do próby otwarcia tegoż bloga, chociaż okazji do rozmów na co dzień – w konfesjonale i poza nim – na szczęście nie brakuje. Myślę jednak, że ten blog będzie jeszcze jednym sposobem i przestrzenią nawiązania kontaktu z ludźmi dobrej woli, otwartymi na dialog.