To jest Pan!

T

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Moi Drodzy, w dniu dzisiejszym kolejna Niedziela Wielkanocy, ale też – rozpoczynamy najpiękniejszy miesiąc w roku. Rozpoczynamy też nabożeństwo majowe. Złączmy się we wspólnym wołaniu do Matki Najświętszej, aby Ona sama uczyła nas głębokiego przeżywania tajemnicy Zmartwychwstania Jezusa!

Moi Drodzy, wczoraj – już po zamieszczeniu słówka – dowiedziałem się, że w piątek, 29 kwietnia, w godzinach wieczornych odszedł do Domu Ojca Pan Leszek MaćkowiakHydraulik, który wykonał dużo napraw w naszym Ośrodku i wspierał Duszpasterstwo Akademickie dobrym słowem, modlitwą i ogromną życzliwością, z której był powszechnie znany. Był Człowiekiem ogromnej wiary i równie wielkiej dobroci. Niech Pan wynagrodzi Mu tę dobroć i radość życia, którą obdarzał wszystkich wokół – wieczną radością w Niebie! Pogrzeb śp. Pana Leszka odbędzie się w środę, 4 maja, w Kościele Ducha Świętego, o godz. 10:00.

A teraz już zapraszam do pochylenia się nad Bożym słowem dzisiejszej liturgii. Gdzie jest słówko Księdza Marka – na pewno już wiecie. Zatem, co dziś mówi do mnie osobiście Pan? Z jakim przesłaniem zwraca się do mnie bardzo konkretne? Duchu Święty, tchnij!

Niech Was błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec + i Syn, i Duch Święty. Amen

Gaudium et spes! Ks. Jacek

3 Niedziela Wielkanocy, C,

1 maja 2022.,

do czytań: Dz 5,27b–32.40b–41; Ap 5,11–14; J 21,1–19

CZYTANIE Z DZIEJÓW APOSTOLSKICH:

Arcykapłan zapytał apostołów: „Zakazaliśmy wam surowo, abyście nie nauczali w to imię, a oto napełniliście Jerozolimę waszą nauką i chcecie ściągnąć na nas krew tego Człowieka?”

Odpowiedział Piotr i apostołowie: „Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi. Bóg naszych ojców wskrzesił Jezusa, którego straciliście, przybiwszy do krzyża. Bóg wywyższył Go na prawicę swoją jako Władcę i Zbawiciela, aby dać Izraelowi nawrócenie i odpuszczenie grzechów. Dajemy temu świadectwo my właśnie oraz Duch Święty, którego Bóg udzielił tym, którzy Mu są posłuszni”.

I zabronili apostołom przemawiać w imię Jezusa, a potem zwolnili. A oni odchodzili sprzed Sanhedrynu i cieszyli się, że stali się godni cierpieć dla Imienia Jezusa.

CZYTANIE Z KSIĘGI APOKALIPSY ŚWIĘTEGO JANA APOSTOŁA:

Ja, Jan, ujrzałem i usłyszałem głos wielu aniołów dokoła tronu i Zwierząt, i Starców, a liczba ich była miriady miriad i tysiące tysięcy, mówiących głosem donośnym: „Baranek zabity jest godzien wziąć potęgę i bogactwo, i mądrość, i moc, i cześć, i chwałę, i błogosławieństwo”.

A wszelkie stworzenie, które jest w niebie i na ziemi, i pod ziemią, i na morzu, i wszystko, co w nich przebywa, usłyszałem, jak mówiło: „Siedzącemu na tronie i Barankowi błogosławieństwo i cześć, i chwała, i moc na wieki wieków”. A czworo Zwierząt mówiło: „Amen”. Starcy zaś upadli i oddali pokłon.

SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO JANA:

Jezus znowu ukazał się nad Morzem Tyberiadzkim. A ukazał się w ten sposób:

Byli razem Szymon Piotr, Tomasz, zwany Didymos, Natanael z Kany Galilejskiej, synowie Zebedeusza oraz dwaj inni z Jego uczniów. Szymon Piotr powiedział do nich: „Idę łowić ryby”. Odpowiedzieli mu: „Idziemy i my z tobą”. Wyszli więc i wsiedli do łodzi, ale tej nocy nic nie złowili.

A gdy ranek zaświtał, Jezus stanął na brzegu. Jednakże uczniowie nie wiedzieli, że to był Jezus.

A Jezus rzekł do nich: „Dzieci, czy nie macie nic do jedzenia?”

Odpowiedzieli Mu: „Nie”.

On rzekł do nich: „Zarzućcie sieć po prawej stronie łodzi, a znajdziecie”. Zarzucili więc i z powodu mnóstwa ryb nie mogli jej wyciągnąć.

Powiedział więc do Piotra ów uczeń, którego Jezus miłował: „To jest Pan!” Szymon Piotr, usłyszawszy, że to jest Pan, przywdział na siebie wierzchnią szatę – był bowiem prawie nagi – i rzucił się w morze. Reszta uczniów dobiła łodzią, ciągnąc za sobą sieć z rybami. Od brzegu bowiem nie było daleko, tylko około dwustu łokci.

A kiedy zeszli na ląd, ujrzeli żarzące się na ziemi węgle, a na nich ułożoną rybę oraz chleb. Rzekł do nich Jezus: „Przynieście jeszcze ryb, któreście teraz ułowili”. Poszedł Szymon Piotr i wyciągnął na brzeg sieć pełną wielkich ryb w liczbie stu pięćdziesięciu trzech. A pomimo tak wielkiej ilości sieć się nie rozerwała. Rzekł do nich Jezus: „Chodźcie, posilcie się!” Żaden z uczniów nie odważył się zadać Mu pytania: „Kto Ty jesteś?”, bo wiedzieli, że to jest Pan. A Jezus przyszedł, wziął chleb i podał im, podobnie i rybę.

To już trzeci raz, jak Jezus ukazał się uczniom od chwili, gdy zmartwychwstał.

A gdy spożyli śniadanie, rzekł Jezus do Szymona Piotra: „Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci?”

Odpowiedział Mu: „Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham”.

Rzekł do niego: „Paś baranki moje”.

I powtórnie powiedział do niego: „Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie?”

Odparł Mu: „Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham”.

Rzekł do niego: „Paś owce moje”.

Powiedział mu po raz trzeci: „Szymonie, synu Jana, czy kochasz Mnie?”

Zasmucił się Piotr, że mu po raz trzeci powiedział: „Czy kochasz Mnie?” I rzekł do Niego: „Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham”.

Rzekł do niego Jezus: „Paś owce moje.

Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci: Gdy byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś. Ale gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz”.

To powiedział, aby zaznaczyć, jaką śmiercią uwielbi Boga. A wypowiedziawszy to, rzekł do niego: „Pójdź za Mną!”

Bywa tak czasami, że człowiekowi świat się zawali; że całkowicie straci poczucie sensu tego, co robi – co do tej pory robił, czym żył, do czego dążył… Bo nagle wszystko rozsypie się, jak domek z kart: ludzie zawiodą, plany się nie spełnią, upragniony i upatrzony cel odsunie się gdzieś daleko… I co w takiej sytuacji robić?

Czasami pojawia się gdzieś tam, w zakamarkach umysłu i serca, nawet to najbardziej drastyczne i ostateczne rozwiązanie, które przecież – tak naprawdę – żadnym rozwiązaniem nie jest. Co jednak robić, kiedy człowiekowi naprawdę całe życie się zawali i straci on jakiekolwiek poczucie sensu i celu pobytu na tym świecie. Chyba właśnie o takim stanie możemy mówić w przypadku Apostołów.

Bo oni dali się trzy lata wcześniej poprowadzić, zachwycić, a nawet przejąć do głębi nauką tego nowego Nauczyciela. Szybko się miało okazać, że oprócz tego, że był on nowy, to był także wyjątkowy: nikt z ludzi, nikt z pozostałych nauczycieli, nie przemawiał z taką mocą i nie czynił przy okazji takich znaków i cudów. A On to wszystko czynił bardzo naturalnie i zwyczajnie, bez jakiegoś szczególnego zadęcia, bez jakiegoś „wysokiego C”. Ale właśnie czynił! I tyle cennych wskazań dał, tyle pięknych i mądrych rzeczy wypowiedział.

A tymczasem to wszystko przepadło, wszystko skończyło się tak nagle, tak szybko, tak brutalnie zostało zakończone. Przeciwnicy Go zabili, uczniowie się rozproszyli – cóż więc zostało robić? A no… wracać do swojej roboty, do swojego wyuczonego i wypracowanego fachu. Bo w końcu, z czegoś trzeba żyć… I w ogóle – trzeba żyć, trzeba jakoś dalej żyć…

Oszem, było miło, było całkiem sympatycznie, a niekiedy to nawet entuzjastycznie; ten nowy Nauczyciel porwał ich za sobą – a dzisiaj to chyba można powiedzieć, że omamił – i oni poszli za Nim! Uwierzyli Mu! A On przegrał! Cóż więc pozostało robić? To, co robiło się wcześniej i co umiało się robić, z czego się chleb jadło – a precyzyjnie mówiąc, to nie tylko chleb, ale i ryby! Po prostu – wrócili do swojego poprzedniego, dobrze znanego sobie fachu.

A odbyło się to w ten sposób, że Szymon Piotr powiedział do nich [czyli do pozostałych Apostołów]: „Idę łowić ryby”. Odpowiedzieli mu: „Idziemy i my z tobą”. I właśnie w tych słowach Piotra, oraz w odpowiedzi, jaką usłyszał od reszty, komentatorzy biblijni widzą wielką rezygnację, poczucie totalnej przegranej – właśnie ów zawalony na głowę cały świat, a przynajmniej: to wszystko, co przez trzy lata razem ze swoim Mistrzem budowali.

Skoro festiwal się skończył, święto się skończyło, wszystko się skończyło, co sobie tak ciekawie wspólnie planowali; skoro nic z tego nie wyszło, to już może dość tego bajania – weźmy się do roboty. Do jakiejś konkretnej roboty. I wzięli się.

Ale efekt był marny. To znaczy – żeby być precyzyjnym – żaden. Nic nie ułowili przez całą noc. Jak się musieli czuć, to możemy się tylko domyślać. Z pewnością, lepiej im wtedy było w drogę nie wchodzić, bo można było usłyszeć coś mocno, ale to mocno nieprzyjemnego…

A jeżeli ktoś miałby im wówczas jednak wejść w drogę, to tylko Ten, który faktycznie wszedł, a który przyszedł przekonać ich, że jednak nic się nie skończyło. I że On tak naprawdę to nie tylko, że nie przegrał, ale w sposób bezapelacyjny i bezdyskusyjny wygrał! Zwyciężył! To nie świat Go pokonał swoją nienawiścią – nie! To On zwyciężył świat swoją miłością! Dokładnie tak, jak to kiedyś powiedział, zachęcając do zaufania do siebie, bo On zwyciężył świat. Oto miało się właśnie okazać, że to prawda!

A potwierdzeniem tego był ów cudowny połów, jakiego dokonali – ale jakiego dokonali dopiero potem, jak On wyraźnie im pokazał, gdzie mają go dokonać. Tam zarzucili sieci – i tam wyciągnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci im się omal nie porwały. Ale się na szczęście nie porwały, chociaż mieli problem z ich wyciągnięciem. I wtedy się przekonali, że to On…

Tak, to On! Jednak nie przegrał, jednak to nie koniec. Nie, to dopiero początek, to nowy początek! Przekonali się, że bez Niego tak naprawdę nie poradzą sobie w życiu, nie poradzą sobie w niczym. Nawet to, co rzekomo umieli robić, bo całe wcześniejsze życie tylko to robili, czyli łowienie ryb – nie wyszło im zupełnie, dopóki On im nie pokazał, gdzie mają zarzucić sieci.

Czyli – jednak On. Tylko On! I nikt inny. Powrócił sens życia, powróciła radość – chociaż w tym momencie jeszcze taka niepewna. W tym momencie, to chyba bardziej jakieś onieśmielenie, jakieś zawstydzenie, a może trochę obawy, trochę zalęknienia, bo co Mu teraz powiedzieć, kiedy się Go w decydującym i najbardziej dramatycznym momencie zostawiło samego – co Mu teraz powiedzieć? Przeprosić? Próbować coś wyjaśniać?… Tłumaczyć się ze swojej ludzkiej słabości i strachu?…

A w największej niepewności był tu Szymon Piotr – tak, dokładnie ten, któremu przecież Mistrz oddał klucze swego tworzącego się Kościoła, uczynił go pierwszym spośród całego Grona. Właśnie on wyjątkowo – by to w miarę delikatnie ująć – nie popisał się… Oj, nie popisał się – ani bohaterstwem, ani odwagą, ani gotowością oddania życia. A przecież o tym wszystkim solennie zapewniał!

I pewnie wewnętrznie oburzał się na swego Mistrza, który powiedział mu wówczas otwarcie, że nie tylko życia nie odda – oczywiście, w tym momencie, bo potem tak – ale nawet wprost zaprze się trzykrotnie! Jak On mógł tak powiedzieć? Nawet pomyśleć? On, Szymon Piotr, pełen gorliwości i zapału, pierwszy spośród całego Grona – został tak mocno przygaszony, sprowadzony wręcz do parteru. Cały czas mówimy o tamtej sytuacji, o tamtej rozmowie Piotra z Jezusem.

I akurat w tym momencie, o jakim dzisiaj opowiada nam Ewangelista, Piotr już wiedział, jaki z niego bohater. I ile znaczyły tamte jego zapowiedzi, obietnice, buńczucznie rzucane w twarz światu wyzwania. Ile znaczyły? Ano – nic nie znaczyły. Tak, były wypowiedziane bardzo szczerze, z wielkim zapałem – to prawda. Strach jednak okazał się silniejszy. Przynajmniej w tamtym momencie.

Dlatego potrzeba było tej rozmowy, jaka się dziś odbyła, potrzeba było tego trzykrotnego pytania o miłość, skoro trzykrotnie się swego Mistrza zaparło… Potrzeba było tego egzaminu z miłości! I żeby to jasno powiedzieć: nie Jezusowi było to potrzebne. On nie musiał Piotra pytać trzykrotnie, czy ten Go kocha. Powiedzmy więcej: nawet jeden raz Jezus nie musiał Piotra pytać, w ogóle nie musiał go pytać.

Bo doskonale wiedział, że Piotr go kocha – tak, kocha Go szczerze! Tak szczerze, jak tylko potrafi! Co więcej, Jezus doskonale wiedział, że Piotr szczerze kochał Go także wtedy, kiedy trzykrotnie zapewniał cały świat, że Go nie zna. On się wtedy przestraszył, zląkł się, ale nie przestał swego Mistrza kochać – i Jezus o tym wiedział. Dlatego te dzisiejsze pytania nie były potrzebne Jezusowi.

Te trzy pytania, a szczególnie odpowiedź na każde z nich – były potrzebne Piotrowi. I były potrzebne pozostałym Apostołom, którzy – podobnie, jak Piotr, ich szef – także tamtego dnia się nie popisali. Oni wszyscy musieli przekonać się, że Jezus nie gniewa się na nich, nie przekreślił ich, że nadal na nich liczy.

Co więcej, w gestach, które się dziś dokonały, Jezus pokazał im, że sam będzie ich wspierał, prowadził, opiekował się nimi. Jakie to gesty?

Pierwszym to samo Jego pojawienie się wśród nich w momencie, kiedy byli oni przekonani, że świat się im zawalił i że wszystko przegrane. Drugim – był cudowny, przeobfity połów. Kolejnym było zaproszenie na śniadanie. Zauważmy, że kiedy Apostołowie podeszli, ujrzeli żarzące się na ziemi węgle, a na nich ułożoną rybę oraz chleb. Rzekł do nich Jezus: „Przynieście jeszcze ryb, któreście teraz ułowili”. A przecież chwilę wcześniej pytał ich, czy nie mają czegoś do jedzenia. Skąd więc miał tę rybę – i w którym momencie zdążył rozpalić ognisko?

To wszystko pokazuje, że my naprawdę wszystko, co mamy – mamy od Niego. On pierwszy wychodzi do nas z zaproszeniem, obdarowuje nas swymi dobrodziejstwami, ale też liczy na to, że my dołożymy coś od siebie, przy czym to, co my mamy dołożyć – także mamy od Niego, dzięki Jego pomocy! Przecież ryby, które Apostołowie mieli dołożyć, ułowili dzięki Jego wyraźnej interwencji. Bo sami – to wiemy, ile zdziałali przez całą noc. Zatem, to kolejny znak Jego opieki.

I wreszcie, ta niesamowita rozmowa z Piotrem i potwierdzenie zaufania, jakie już wcześniej Mistrz w swoim uczniu położył – i ponowne potwierdzenie powierzenia mu opieki nad całym Kościołem.

Zobaczmy, jak wiele zostało wyrażone we wszystkich tych znakach i jak Jezus starał się na wszystkie możliwe sposoby pokazać, że nie przestał ufać swoim uczniom, że nie przestał – i nigdy nie przestanie – ufać każdej i każdemu z nas. Wiemy, że ostatecznie Piotr i Apostołowie tego zaufania nie zawiedli. Pokazali, że naprawdę bardzo szczerze kochają swego Mistrza i Przyjaciela, Jezusa, gotowi oddać za Niego życie. Zresztą, w większości oddali je w sposób męczeński.

A dzisiaj, w pierwszym czytaniu, słyszymy, jak patrząc w oczy żydowskiej elicie, stwierdzają odważnie i z przekonaniem: Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi. Bóg naszych ojców wskrzesił Jezusa, którego straciliście, przybiwszy do krzyża. Bóg wywyższył Go na prawicę swoją jako Władcę i Zbawiciela, aby dać Izraelowi nawrócenie i odpuszczenie grzechów. Dajemy temu świadectwo my właśnie oraz Duch Święty, którego Bóg udzielił tym, którzy Mu są posłuszni.

Tak, już wtedy nie mieli wątpliwości, że trzeba bardziej słuchać Boga, niż ludzi. Także wtedy, kiedy tymi ludźmi są oni sami, a głosami, których nie powinni słuchać, są głosy ich własnych obaw i ich słabości. Trzeba bardziej słuchać Boga, trzeba bardziej zaufać Jezusowi, niż nawet samym sobie. Bo On widzi w nas całe to dobro, którego może my nie widzimy: On naprawdę dostrzega w nas nasze dobre intencje, nasze szczere pragnienia służenia Mu i naszą życzliwość wobec ludzi, która tak często uzewnętrznia się, szczególnie w czasie jakiejś próby, czy zagrożenia…

Tylko nieraz my sami nie wiemy, jak wiele dobra jest w nas – i że tak naprawdę to kochamy tego swego Boga, tylko nie zawsze potrafimy to wyrazić, nieraz upadamy z ludzkiej słabości, a nieraz także i ze strachu… Musimy to uczciwie przyznać. Ale Jezus – tak samo, jak do swoim Apostołów – wychodzi dzisiaj także do nas, aby nas przekonać, że to On właśnie jest tym, o którym w drugim czytaniu słyszymy, że wszelkie stworzenie, które jest w niebie i na ziemi, i pod ziemią, i na morzu, i wszystko, co w nich przebywa, [wyśpiewuje]: Siedzącemu na tronie i Barankowi błogosławieństwo i cześć, i chwała, i moc na wieki wieków”.

Moi Drodzy, ten potężny Bóg – to nasz Bóg. I ten zwycięski, zmartwychwstały Jezus – to nasz Zbawiciel, a jednocześnie nasz Przyjaciel, Przewodnik, nasz Mistrz. My w takiego Boga wierzymy, do Ekipy takiego wielkiego Zwycięzcy należymy. My naprawdę jesteśmy bardzo, ale to bardzo obdarowani, jesteśmy ponad miarę wręcz uszczęśliwieni. Tylko – żebyśmy w to jeszcze uwierzyli… Żebyśmy w to naprawdę uwierzyli!

Żeby Zmartwychwstanie nie było tylko wydarzeniem historycznym i czerwoną kartką w kalendarzu, ale mocą i motywacją naszego życia – Twojego i mojego życia, w sposób bardzo konkretny i wyraźny.

Czy dam się Jezusowi przekonać, że jestem w Jego oczach kimś bardzo, bardzo ważnym – wręcz najważniejszym? I czy spróbuję dostrzec w sobie samym te pokłady dobra i miłości, których często na co dzień nie dostrzegam, ale które On we mnie dostrzega?…

Jeżeli tak się stanie, to będzie można powiedzieć, że On naprawdę zmartwychwstał. Nie tylko dwa tysiące lat temu – gdzieś tam, daleko od nas – ale naprawdę zmartwychwstał, tu i teraz. W moim sercu…

3 komentarze

  • 1. Dzisiejsza Ewangelia mówi mi, że mam słuchać Jezusa, tak jak Uczniowie, słuchać Jego rad i wskazówek czyli słuchać Słowa Bożego. Wtedy mogę liczyć na obfitość darów i Bożej łaski. To dobre rozpoczęcie Tygodnia Biblijnego! Dla mnie, to nie jest rozpoczęcie, jest to kontynuacja, 121 dzień słuchania Ducha Świętego, Boga Ojca i Pana Jezusa.
    2. Zwrócenie się Jezusa do Piotra imieniem sprzed pierwszego powołania ” Szymonie , synu Jana..” jest jakby powtórnym powołaniem „do połowu ludzi” i nakazem ” paś owce moje”. Jezus widzi i w nas, niekiedy zrezygnowanych, nierozpoznających woli Bożej względem siebie, wielki potencjał Bożych darów i pomaga nam swoim Światłem, Słowem rozjaśnić mroki w które sami wchodzimy. To jest Pan! Taki jest nasz Pan!

    • Na ostatnich rekolekcjach – tych, dla Duszpasterzy Osób Niewidomych – Ksiądz Krzysztof Pachucki, Dyrektor tamtejszego domu rekolekcyjnego, kiedy mówił do nas, kilkakroć podkreślił, że Jezus zdaje się tak sprawę stawiać, jakoby bez naszej pomocy i współpracy nie mógł sobie poradzić z dziełem zbawiania świata. My wiemy, że spokojnie mógłby, ale Jezus tak sprawy ustawia – i to nie tylko w mowie, ale w całym swoim nastawieniu – że jesteśmy Mu bardzo potrzebni, wręcz niezbędni… Przyznaję, że to bardzo odważne spojrzenie, a dla mnie – z jednej strony oczywiste, a z drugiej: w jakiś sposób nowe…
      xJ

Ks. Jacek Autor: Ks. Jacek

Archiwum wpisów

Ks. Jacek Jaśkowski

Witam serdecznie! Kłania się Ks. Jacek Jaśkowski. Nie jestem ani kimś ważnym, ani kimś znanym. Jestem księdzem, który po prostu chce rozmawiać. Codzienna kapłańska posługa pokazuje mi, że tematów do rozmów z księdzem jest coraz więcej i dzisiaj żaden ksiądz nie może od nich uciekać, ale – wprost przeciwnie – podejmować nowe wyzwania. To przekonanie skłoniło mnie do próby otwarcia tegoż bloga, chociaż okazji do rozmów na co dzień – w konfesjonale i poza nim – na szczęście nie brakuje. Myślę jednak, że ten blog będzie jeszcze jednym sposobem i przestrzenią nawiązania kontaktu z ludźmi dobrej woli, otwartymi na dialog.