Pan widzi w ukryciu…

P

Szczęść Boże! Moi Drodzy, w dniu dzisiejszym rocznicę Święceń kapłańskich przeżywają:

Ksiądz Henryk Demiańczuk – emerytowany Kapłan, posługujący w Parafii Samogoszcz,

Ksiądz Tadeusz Zawadzki – Sąsiad w Domu Księży Emerytów,

Ksiądz Andrzej Danieluk,

Ksiądz Leszek Dąbrowski,

Ksiądz Adam Józefaciuk,

Ksiądz Wojciech Majewski,

Ksiądz Tomasz Mikołajczuk,

Ksiądz Marcin Olek,

Ksiądz Robert Osypowicz,

Ksiądz Robert Sierociuk,

Ksiądz Radosław Szucki,

Ksiądz Artur Wojtkowicz,

Ksiądz Aleksander Lis – pierwsza rocznica,

Ojciec Marian Lis – Oblat posługujący w Kodniu,

Ojciec Leszek Walendzik – Oblat niegdyś posługujący w Kodniu,

Ojciec Dariusz Buczek – jak wyżej,

Ojciec Włodzimierz Jamrocha – jak wyżej,

Ojciec Ryszard Sierański.

Imieniny natomiast przeżywa Albert Kajka, Organista w Miastkowie.

A urodziny przeżywa Cezary Kryczka, za moich czasów – Lektor w Radoryżu Kościelnym, w mojej pierwszej Parafii.

Wszystkim świętującym życzę, by tak, jak Patron dnia dzisiejszego, budowali jak najmocniejszą, osobistą relację z Jezusem! Zapewniam o modlitwie!

Drodzy moi, na pewno słyszeliście o wczorajszych wydarzeniach w Berlinie:

https://wpolityce.pl/polityka/762818-niemiecka-policja-brutalnie-skopala-polakow-rzad-tuska-milczy

https://wpolityce.pl/polityka/762808-wstrzasajaca-relacja-bakiewicza-niemcy-zamkneli-mnie-w-klatce

Niemieccy bandyci – szkoda, że w mundurach – pobili Polaków. Naród, który wymordował tylu naszych Przodków i tylu ludzi na świecie – dzisiaj bezczelnie poucza cały świat w kwestiach demokracji i to on nadaje ton w tak zwanej unii europejskiej. Jak więc ów chory i zdemoralizowany twór, jakim jest cała ta unia, może się ostać! Oby się jak najszybciej rozpadł!

Niestety, nasza władza nie reaguje na wczorajsze wydarzenia, jak powinna zareagować polska władza. Czy oni są jeszcze Polakami? Osobiście, stwierdzam z całą odpowiedzialnością, że nie. Polacy tak by nie reagowali na krzywdę, czynioną drugiemu Polakowi, pragnącemu upamiętnić – w naszym imieniu – ofiary niemieckich zbrodni z Drugiej Wojny światowej.

W tym kontekście, wracam do homilii, jaką wygłosiłem ostatnią niedzielę, w Uroczysku BARAN, w Parafii w Kąkolewnicy. W niedzielnym rozważaniu zamieściłem tylko tę część, która dotyczyła Bożego słowa. Drugą część zamieszczam dzisiaj, pod rozważaniem.

Oto krótka relacja z niedzielnym uroczystości:

https://kochamradzyn.pl/poznajcie/2-aktualnosci/11418-pamiec-ktora-nie-zginie-obchody-na-uroczysku-baran-2026.html

Bardzo dużo dobrych głosów usłyszałem po tej homilii. Prawdę mówiąc, wygłaszałem ją już dwa razy w innych miejscach – i była też ona na blogu. Za każdym razem ją modyfikuję, ale zależało mi, żeby jak najwięcej Osób usłyszało te moje słowa. Szczególnie te najważniejsze pytania: Kiedy Naród polski wreszcie przebudzi się, przemówi i przepędzi tę fatalną władzę, która tak szkodzi Polsce?! Kiedy wreszcie przestaniemy milczeć i udawać, że to nie nasza sprawa?! I że nas to osobiście nie dotyczy?!

Przy tej okazji ZAPEWNIAM, ŻE NADAL BĘDĘ TAK MÓWIŁ – BĘDĘ DOBIJAŁ SIĘ O PRAWDĘ – BEZ WZGLĘDU NA KONSEKWENCJE!

Drodzy moi, dzisiaj miał do Polski przyjechać Ksiądz Marek. Nawet wybierałem się do Elbląga, aby Go przywieźć, ale nad ranem dostałem wiadomość, że jest opóźnienie samolotu w Surgucie, które pociąga za sobą dalsze opóźnienia. Dlatego nastawiamy się na jutro – mając nadzieję, że już żadnych opóźnień nie będzie. Ksiądz Marek prosi nas o modlitewne wsparcie Jego podróży. Podpisuję się pod tą prośbą!

W związku z tym, zostaję do wieczora w Lublinie i znowu o 18:00 odprawię Mszę Świętą u Jana Kantego. Gdyby ktoś chciał łączyć się ze mną, to zapraszam:

https://www.youtube.com/c/Parafia%C5%9BwJanaKantegowLublinie/streams

Teraz zaś już zapraszam do pochylenia się nad Bożym słowem dzisiejszej liturgii. Oto słówko Księdza Marka na dziś:

https://www.youtube.com/c/CatholicSurgut

Co zatem mówi dziś do mnie Pan? Z czym konkretnie zwraca się właśnie do mnie? Duchu Święty, rozjaśnij umysły i serca!

Niech Was błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec + i Syn, i Duch Święty. Amen

Gaudium et spes! Ks. Jacek

Środa 11 Tygodnia zwykłego, rok II,

Wspomnienie Św. Brata Alberta Chmielowskiego, Zakonnika,

17 czerwca 2026., 

do czytań: 2 Krl 2,1.6–14; Mt 6,1–6.16–18

CZYTANIE Z DRUGIEJ KSIĘGI KRÓLEWSKIEJ:

Kiedy Pan miał wśród wichru unieść Eliasza do nieba, szedł Eliasz z Elizeuszem z Gilgal. Wtedy rzekł Eliasz do niego: „Zostańże tutaj, bo Pan posłał mnie aż do Jordanu”. Elizeusz zaś odpowiedział: „Na życie Pana i na twoje życie: nie opuszczę cię!” I szli dalej razem.

A pięćdziesiąt osób z uczniów proroków poszło i stanęło z przeciwka, z dala, podczas gdy obydwaj przystanęli nad Jordanem.

Wtedy Eliasz zdjął swój płaszcz, zwinął go i uderzył wody, tak iż się rozdzieliły w obydwie strony. A oni we dwóch przeszli po suchym łożysku. Kiedy zaś przeszli, rzekł Eliasz do Elizeusza: „Żądaj, co mam ci uczynić, zanim wzięty będę od ciebie”. Elizeusz zaś powiedział: „Niechby, proszę, dwie części twego ducha przeszły na mnie!” On zaś odrzekł: „Trudnej rzeczy zażądałeś. Jeżeli mnie ujrzysz, jak wzięty będę od ciebie, spełni się twoje życzenie; jeśli zaś nie ujrzysz, nie spełni się”.

Podczas gdy oni szli i rozmawiali, oto zjawił się wóz ognisty wraz z rumakami ognistymi i rozdzielił obydwóch: a Eliasz wśród wichru wstąpił do niebios. Elizeusz zaś patrzał i wołał: „Ojcze mój! Ojcze mój! Rydwanie Izraela i jego jeźdźcze”. I już go więcej nie ujrzał. Ująwszy następnie szaty swoje, Elizeusz rozdarł je na dwie części i podniósł płaszcz Eliasza, który spadł z góry od niego.

Wrócił i stanął nad brzegiem Jordanu. I wziął płaszcz Eliasza, który spadł z góry od niego, uderzył wody, lecz one się nie rozdzieliły. Wtedy rzekł: „Gdzie jest Pan, Bóg Eliasza?” I uderzył wody, a one rozdzieliły się w obydwie strony. Elizeusz zaś przeszedł środkiem.

SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO MATEUSZA:

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie.

Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.

Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.

Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom, że poszczą. Zaprawdę powiadam wam: już odebrali swoją nagrodę. Ty zaś gdy pościsz, namaść sobie głowę i umyj twarz, aby nie ludziom pokazać, że pościsz, ale Ojcu twemu, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie”.

Całe życie Eliasza to pasmo bardzo wyjątkowych działań, będących z pewnością świadectwem bardzo wyjątkowych jego relacji z Bogiem. Ale oto przyszedł dzień, kiedy trzeba było zakończyć ziemską wędrówkę i przejść do Domu Ojca. Ale też trzeba by się rozejrzeć za kimś, kto mógłby kontynuować owo dobre dzieło, które się przez tyle lat spełniało. Zapewne, łatwiej jest wtedy rozstać się z tym światem, kiedy się wie, że można komuś – by się tak potocznie wyrazić – „przekazać pałeczkę”. I że to wszystko, co się przez całe życie budowało, nie ulegnie rozpadowi, bo ktoś dobro to będzie kontynuował, a może nawet rozwijał!

I oto dzisiaj słyszymy, że Eliasz nawet nie musiał się specjalnie o to martwić, gdyż następca – by się tak potocznie wyrazić – sam się zgłosił. Sam zaoferował kontynuację dzieła swego mistrza. Zostało to obrazowo pokazane w tej scenie: Kiedy Pan miał wśród wichru unieść Eliasza do nieba, szedł Eliasz z Elizeuszem z Gilgal. Wtedy rzekł Eliasz do niego: „Zostańże tutaj, bo Pan posłał mnie aż do Jordanu”. Elizeusz zaś odpowiedział: „Na życie Pana i na twoje życie: nie opuszczę cię!” I szli dalej razem.

Wszystko w tej dzisiejszej opowieści ma wymiar pewnego symbolu, dlatego także i tę rozmowę – i to upieranie się Elizeusza, żeby jednak nie odstępować swego mistrza w tych ostatnich momentach jego ziemskiej działalności – odczytujemy jako znak gotowości Elizeusza, aby dzieło Eliasza kontynuować.

Potwierdzają to zresztą kolejne zdania: Wtedy Eliasz zdjął swój płaszcz, zwinął go i uderzył wody, tak iż się rozdzieliły w obydwie strony. A oni we dwóch przeszli po suchym łożysku. Kiedy zaś przeszli, rzekł Eliasz do Elizeusza: „Żądaj, co mam ci uczynić, zanim wzięty będę od ciebie”. Elizeusz zaś powiedział: „Niechby, proszę, dwie części twego ducha przeszły na mnie!” On zaś odrzekł: „Trudnej rzeczy zażądałeś. Jeżeli mnie ujrzysz, jak wzięty będę od ciebie, spełni się twoje życzenie; jeśli zaś nie ujrzysz, nie spełni się”.

Znowu: sama symbolika! Uderzenie płaszczem wody i przejście suchą nogą przez Jordan to wyraźne nawiązanie do przejścia Izraelitów – pod wodzą Mojżesza – suchą nogą przez Morze Czerwone, ale także do podobnego przejścia przez Jordan, w chwili wejścia do ziemi obiecanej, pod wodzą Jozuego. Zarówno jedno, jak i drugie przejście, to znak szczególnej interwencji Pana, dlatego także i to dzisiejsze przejście należy rozumieć podobnie, co niewątpliwie wskazuje na szczególne relacje, jakie do samego końca swojej misji Eliasz miał z Bogiem.

Także to przyzwolenie, dane Elizeuszowi, by żądał, czego chce, kiedy już Eliasz zostanie zabrany, świadczy o tym, że Eliasz jest w stu procentach pewny tego, że będzie w stanie to dać. A dokładniej: że sam Bóg to da. A chociaż pozostawił to jednak do ostatecznej dyspozycji Boga, mówiąc o znaku, jaki będzie potwierdzeniem otrzymania lub nieotrzymania żądanego daru, to jednak w niczym nie zmienia faktu, że mówi on – czyli Eliasz – o darach z Nieba tak, jakby miał je dać sam, z własnej kieszeni lub torby.

A trzeba tutaj zaznaczyć, że Elizeusz zażądał naprawdę dużo, bo mówiąc o duchu Eliasza – zażądał wprost jego pozycji i funkcji prorockiej! Wyraził pragnienie wejścia w takie relacje z Bogiem, jakie miał Eliasz! Znakiem jego determinacji w tym względzie jest to, że poprosił o «dwie części ducha». W tradycji żydowskiej, to pierworodny syn otrzymywał w testamencie – przy podziale majątku na równe części pomiędzy spadkobierców – dwie części tegoż spadku. Elizeusz zatem chce być głównym spadkobiercą duchowej misji Eliasza.

I wiemy, że tak się stało, czego potwierdzeniem było – zgodnie zresztą z warunkiem, postawionym przez Eliasza – iż był świadkiem niezwykłego odejścia swego mistrza z tego świata, a potem: fakt otrzymania jego płaszcza. A ostatecznie: fakt rozstąpienia się wód po uderzeniu przez niego – czyli przez Elizeusza – wód Jordanu tymże płaszczem. Stało się zatem tak, jak chciał. Otrzymał to, czego pragnął.

I tutaj chyba należy docenić to jego pragnienie i tę determinację, bo zapewne zgodzimy się z tym, że nie chciał on tego wszystkiego dla siebie, dla podkreślenia własnej pozycji i własnego prestiżu, tylko dla dobra narodu, dla którego stał się Prorokiem – głosem i znakiem Boga. Z dalszej lektury Pisma Świętego wiemy, że dobrze wypełnił swoją misję. Ale to on sam jej chciał, starał się o nią, zabiegał – do ostatniego momentu życia Eliasza.

Można powiedzieć, że w ten sposób „ułatwił” swemu mistrzowi spokojne odejście z tego świata, bo Eliasz już wiedział, że zostawia swoje dzieło – Boże dzieło – w rękach człowieka, któremu na nim naprawdę zależy! Tak, Elizeuszowi zależało na Bożym dziele i – ostatecznie – na Bożej chwale, a nie na własnej. I na zbudowaniu z Bogiem tak głębokiej i mocnej relacji, jaką miał Eliasz.

A czyż nie do tego samego zachęca nas dzisiaj Jezus, gdy w Ewangelii mówi: Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie.

Po czym kolejno wyjaśnia: Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. […] Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. […] Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom, że poszczą. Zaprawdę powiadam wam: już odebrali swoją nagrodę.

Każde z tych pouczeń kończy się bardzo mocnym i konkretnym stwierdzeniem: A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. I to zdanie właściwie streszcza nam całą liturgię Słowa dzisiejszego dnia i wskazuje na jej zasadnicze przesłanie: we wszystkim, co robimy, mamy się kierować tylko tym, by widział to Ojciec, «który jest w ukryciu». Byśmy wszystko w swym życiu czynili i planowali tylko i wyłącznie z Nim, dla Niego i ze względu na Niego.

Nie na pokaz, nie dla ludzkich pochwał, nie dla budowania własnego prestiżu, samozadowolenia czy dla ludzkiej opinii, tradycji lub z poczucia przyzwoitości lub obowiązku. Wszystko, co w życiu myślimy, mówimy, czynimy lub planujemy uczynić – ma wynikać z głębokiej naszej, osobistej i intymnej relacji z Jezusem i do zacieśnienia tej relacji ma prowadzić.

A wtedy nasza modlitwa, post i jałmużna – i wszystko, czego będziemy się podejmowali ze szczerą intencją – przyniesie błogosławione owoce. Naprawdę: przyniesie liczne, dobre i trwałe owoce! Bo Bóg, który widzi w ukryciu – odda nam! I to z wielką hojnością! I sprawi przez nas takie cuda, jakie działy się przez posługę zarówno Eliasza, jak i potem Elizeusza.

Albo takie ciche i może mało spektakularne, ale prawdziwe cuda miłości, jakie działy się przez posługę Patrona dnia dzisiejszego. A jest nim Święty Brat Albert Chmielowski. Kim był ten niezwykły Człowiek?

Adam Chmielowski urodził się 20 sierpnia 1845 roku w Igołomii pod Krakowem. Pochodził ze zubożałej rodziny ziemiańskiej. Gdy miał sześć lat, matka w czasie pielgrzymki do Mogiły poświęciła go Bogu. Kiedy miał lat osiem, umarł jego ojciec, sześć lat później zmarła matka.

Chłopiec kształcił się w szkole kadetów w Petersburgu, następnie w gimnazjum w Warszawie, a potem studiował w Instytucie Rolniczo – Leśnym w Puławach. Razem z młodzieżą tej szkoły wziął udział w Powstaniu Styczniowym. 30 września 1863 roku został ciężko ranny w bitwie pod Mełchowem i dostał się do niewoli rosyjskiej. W prymitywnych warunkach polowych, bez środków znieczulających, amputowano mu nogę, co zniósł niezwykle mężnie. Miał wtedy osiemnaście lat.

Przez pewien czas przebywał w więzieniu w Ołomuńcu, skąd został zwolniony dzięki interwencji rodziny. Aby uniknąć represji władz carskich, wyjechał do Paryża, gdzie podjął studia malarskie, potem przeniósł się do Belgii i studiował inżynierię, lecz powrócił wkrótce do malarstwa i ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Monachium. Wszędzie, gdzie przebywał wyróżniał się postawą chrześcijańską, a jego silna osobowość wywierała duży wpływ na otoczenie.

Po ogłoszeniu amnestii, w 1874 roku, powrócił do kraju. Zaczął poszukiwać nowego ideału życia, wyrazem czego stało się jego malarstwo. Oparte dotychczas na motywach świeckich, zaczęło teraz czerpać natchnienie z tematów religijnych. Jeden z jego najlepszych i najbardziej znanych obrazów – „Ecce Homo”jest owocem głębokiego przeżycia tajemnicy bezgranicznej miłości Boga do człowieka.

W 1880 roku nastąpił duchowy zwrot w jego życiu. Będąc w pełni sił twórczych porzucił malarstwo i liczne kontakty towarzyskie, i mając trzydzieści pięć lat wstąpił do nowicjatu jezuitów z zamiarem pozostania bratem zakonnym. Po pół roku, w stanie silnej depresji, opuścił nowicjat. Do stycznia 1882 roku leczył się w zakładzie dla nerwowo chorych. Następnie przebywał u swojego brata na Podolu, gdzie w atmosferze spokoju i miłości powrócił całkowicie do równowagi psychicznej.

Zafascynowała go duchowość Świętego Franciszka z Asyżu, zapoznał się z regułą Trzeciego Zakonu i rozpoczął działalność tercjarską, którą pragnął upowszechnić wśród podolskich chłopów. Wkrótce ukaz carski zmusił go do opuszczenia Podola. W 1884 roku przeniósł się do Krakowa i zatrzymał się przy klasztorze kapucynów. Pieniędzmi ze sprzedaży swoich obrazów wspomagał najbiedniejszych. Jego pracownia malarska stała się przytuliskiem. Tutaj zajmował się nędzarzami i bezdomnymi, widząc w ich twarzach sponiewierane oblicze Chrystusa. Poznał warunki życia ludzi w tak zwanych ogrzewalniach miejskich Krakowa. Był to kolejny moment przełomowy w życiu zdolnego i cenionego malarza.

Z miłości do Boga i ludzi Adam Chmielowski po raz drugi zrezygnował z kariery i objął zarząd ogrzewalni dla bezdomnych. Przeniósł się tam na stałe, aby mieszkając wśród biedoty, pomagać im w dźwiganiu się z nędzy – nie tylko materialnej, ale i moralnej. 25 sierpnia 1887 roku Adam Chmielowski przywdział szary habit tercjarski i przyjął imię brat Albert. Dokładnie rok później złożył śluby tercjarza na ręce Kardynała Albina Dunajewskiego. Ten dzień jest jednocześnie początkiem działalności Zgromadzenia Braci Trzeciego Zakonu Świętego Franciszka Posługujących Ubogim, zwanego popularnie „albertynami”.

Święty Brat Albert był człowiekiem rozmodlonym i pokutnikiem. Odznaczał się heroiczną miłością bliźniego, dzieląc los z najuboższymi i pragnąc przywrócić im godność. Pomimo swego kalectwa – wiele podróżował, zakładał nowe przytuliska, sierocińce dla dzieci i młodzieży, domy dla starców i nieuleczalnie chorych oraz tak zwane „kuchnie ludowe”. Za jego życia powstało dwadzieścia jeden takich domów. Przykładem swego życia Brat Albert uczył współbraci i współsiostry, że trzeba być „dobrym jak chleb”. Zalecał też przestrzeganie krańcowego ubóstwa, które od wielu lat było również jego udziałem.

Zmarł w opinii świętości, wyniszczony ciężką chorobą i trudami życia w przytułku, który założył dla mężczyzn, w dniu 25 grudnia 1916 roku, w Krakowie. Pogrzeb na Cmentarzu Rakowickim, 28 grudnia 1916 roku, stał się pierwszym wyrazem czci powszechnie mu oddawanej. Jan Paweł II beatyfikował go 22 czerwca 1983 roku, na Błoniach krakowskich, a kanonizował 12 listopada 1989 roku, w Watykanie.

Warto przy okazji zauważyć, iż Jan Paweł II – co sam nieraz podkreślał – był zachwycony postawą Brata Alberta, mając do jego świętości osobiste nabożeństwo. Jednym z wyrazów tego nastawienia jest z pewnością homilia, jaką wygłosił jeszcze jako krakowski Kardynał, z okazji pięćdziesiątej rocznicy śmierci dzisiejszego Patrona. A mówił w niej między innymi:

Brat Albert Chmielowski – była to natura bardzo bogata, wszechstronnie uzdolniona. Zapowiadał się jako znakomity malarz, był ceniony przez wszystkich mistrzów pędzla, którzy na zawsze pozostaną w pamięci naszego narodu jako przedstawiciele wielkiej sztuki. Wiemy, że była to jeszcze i dlatego natura bogata, że nie szczędził siebie. Dał tego dowód, gdy jako niespełna dwudziestoletni młodzieniec wziął udział w Powstaniu Styczniowym. Wszystko postawił na jedną kartę dla miłości Ojczyzny. Miłość Ojczyzny wypaliła na nim dozgonny stygmat: pozostał kaleką do śmierci – zamiast własnej nogi nosił protezę.

Ponad to bogactwo natury uderza w nim przede wszystkim bogactwo łaski. Łaska Boża, to jest sam Bóg udzielający się człowiekowi, przelewający się niejako do jego duszy. Im bardziej Bóg udziela się duszy, im bardziej się do niej przelewa przez dary Ducha Świętego, tym bardziej rzuca ją na kolana. Tak właśnie na kolana rzucona została dusza Adama Chmielowskiego przed niewypowiedzianym majestatem Boga, świętością i miłością Boga.

Ale Bóg w przedziwny sposób działa w dziejach człowieka. Oto rzucając go przed sobą na kolana, każe mu równocześnie uklęknąć przed jego braćmi, bliźnimi. Tak właśnie stało się w życiu Brata Alberta: rzucony na kolana przed majestatem Bożym, upadł na kolana przed majestatem człowieka, i to najbiedniejszego, najbardziej upośledzonego, przed majestatem ostatniego nędzarza!

Może to porównanie jest wstrząsające, w naszych czasach nie widzimy takich drastycznych zestawień, tak krzyczącej nędzy, tak jawnego upokorzenia człowieka. Jest jednak i dzisiaj wiele zestawień pozornie mniej rażących, a jednak nie mniej rażących. Jest dużo ludzkich potrzeb, wiele wołania o miłosierdzie – czasem w sposób dyskretny, niedosłyszalny. Iluż jest jeszcze ludzi chorych i opuszczonych w swoich chorobach, bez żadnej opieki? Iluż jest jeszcze ludzi starych, przymierających głodem i tęskniących za sercem? Ile jest trudnej młodzieży, która w dzisiejszej atmosferze życia nie znajduje dla siebie moralnego oparcia?

Miłosierdzie i chrześcijaństwo jest wielką sprawą naszych dni. Jeżeliby nie było miłosierdzia, nie byłoby chrześcijaństwa: to jest jedno i to samo. W służbie miłosierdzia nawet fundusze nie są najważniejsze, nawet domy, zakłady i szpitale nie są najważniejsze, chociaż są to środki niezbędne. Najważniejszy jest człowiek! Trzeba świadczyć swoim człowieczeństwem, sobą. Tutaj Brat Albert jest dla nas niezrównanym wzorem.” Tyle Kardynał Wojtyła.

Wpatrzeni w przykład świętości Brata Alberta oraz zasłuchani w Boże słowo dzisiejszej liturgii, raz jeszcze postawmy sobie pytanie o naszą osobistą relację z Jezusem. Czy to właśnie ona stanowi najwyższą motywację wszelkich naszych działań?…

A OTO NIEDZIELNE SŁÓWKO NA TEMAT OJCZYZNY:

będąc na tym miejscu, na którym jesteśmy, musimy postawić sobie pytanie o naszą współpracę z Jezusem na płaszczyźnie naszej Ojczyzny i budowania dobra wspólnego. Przede wszystkim zaś: o miejsce dla Jezusa w naszym życiu, w naszym myśleniu, w naszym codziennym funkcjonowaniu…

Tak, Drodzy moi! Odważnie, szczerze i z przekonaniem, nie chowając głowy w piasek, nie wycofując się ze strachem, nie spuszczając wzroku z zażenowaniem, tylko patrząc ludziom prosto w oczy – dopominamy się o pierwsze miejsce dla Jezusa i Jego Matki we wszystkich strukturach i przestrzeniach, w jakich codziennie funkcjonujemy, począwszy od naszych rodzin, poprzez relacje sąsiedzkie, poprzez małe i większe społeczności lokalne, poprzez nasze miejsca pracy, nauki i studiowania. Wszędzie tam Jezus i Jego Matka ma mieć pierwsze miejsce!

I to jest naszym zadaniem, aby konsekwentnie do tego doprowadzać. Modlić się o to – ale nie tylko się modlić. Bo tu potrzeba konkretnych czynów i postaw! Potrzeba naszego zaangażowania w budowanie Bożego królestwa na ziemi – na tej ziemi, na której żyjemy, na której codziennie funkcjonujemy, w naszym TU I TERAZ. Bo my różne trudne sprawy i okoliczności, jakie dzieją się wokół nas, lubimy kwitować stwierdzeniem: „Teraz takie czasy”. Jakie czasy? A cóż to są, Drodzy moi, owe „czasy”? Skąd się biorą? I kto je czyni takimi złymi? Czyż to nie ludzie sami tworzą – takimi, a nie innymi – czasy, w których żyją?

W swoim czasie, zaintrygowała mnie myśl, wyrażona przez pisarza Michaela Hopfa w jednej z jego powieści. Otóż pisał on, że „trudne czasy tworzą silnych ludzi, silni ludzie tworzą dobre czasy, dobre czasy tworzą słabych ludzi, a słabi ludzie tworzą trudne czasy”. I tak w kółko. Tak, ale za każdym razem to jednak ludzie tworzą swoje czasy – być może, w reakcji na to, co stworzyli ich poprzednicy. To my sami tworzymy swoje czasy.

A jakie dzisiaj czasy mamy, to wszyscy dobrze widzimy, słyszymy i na sobie odczuwamy. Bo martwimy się tym, co dzieje się w naszych domach i rodzinach. Tyle tam kłótni, napięć, nerwów i stresów. Czy my w naszych rodzinach jeszcze mówimy do siebie ludzkim głosem – także poza Wigilią Bożego Narodzenia? Czy nie jest tak, że to – podobno! – zwierzęta mówią wtedy ludzkim głosem, a ludzie nie potrafią się na to zdobyć, tylko na siebie warczą i szczerze się nienawidzą?…

A ile napięć jest w miejscach naszej pracy, nauki i studiowania! Pewnie ktoś powie, że tam, gdzie są ludzie, tam są i zgrzyty, napięcia, nieporozumienia. To prawda. Ale czy nie jest tak, że jesteśmy niekiedy w stanie nawet zrezygnować z wyższych zarobków i zmienić pracę na mniej płatną, ale taką, w której da się żyć, a nie taką, do której idzie się jak na ścięcie głowy, a po powrocie do domu na członków rodziny przenosi się wszystkie przeżyte tam frustracje? Czemu tak jest? Czy nie może być normalnie?

Jakie czasy tworzymy my sami, na linii: szef – pracownik; na linii: pracownik – współpracownik; na linii: nauczyciel – uczeń; na linii: profesor – student; i oczywiście, w każdym z tych przypadków, w drugą stronę? Dlaczego z powodu własnych przerośniętych ambicji, swojego „ego”, jakichś osobistych nieprzepracowanych kompleksów – tak wielu funduje codzienne piekło swoim współpracownikom, uczniom, studentom, podwładnym?… Jakie czasy tworzą w ten sposób? Gdzie tam jest miejsce dla Jezusa i Jego Matki?

A gdzie jest na nie miejsce w naszej Ojczyźnie? Czy nie jest tak, że my to już chyba tej naszej Polski wręcz nie poznajemy? Czy my mamy jeszcze jedną Polskę, czy już jakieś dwa, wrogie sobie obozy, pomiędzy którymi zionie ogromna przepaść, albo stoi mur nie do przebycia (i to z drutem kolczastym!); dwie zupełnie sobie obce społeczności, których nic nie łączy, poza językiem, takim samym tylko co do brzmienia słów, bo na pewno nie w sensie ich znaczenia.

Arogancja i brutalność obecnej władzy przekroczyła już wszystkie normy moralne – także granice prawne! Nie ma takich granic, bo jeżeli orzeczenia – nawet najwyższych trybunałów! – władzy się nie podobają, to je po prostu ignoruje. Oszalała z nienawiści i bezrozumnej żądzy zemsty władza posuwa się do najbardziej ordynarnego kłamstwa i do najbardziej oczywistego absurdu, aby dopiąć swego.

Dlatego brutalnie przejęła mediasiłowo, z fizyczną agresją i wyważaniem drzwi; włamała się do najważniejszych instytucji państwowych, rozwiercając zamki i rozrywając kasy pancerne. Ale też: brutalnie spacyfikowała i zdemolowała dom ciężko chorego człowieka – i to w obiektywach kamer. Na podstawie absurdalnych decyzji, nawet bez wyroku, miesiącami trzymała w więzieniach urzędniczki, solidnie wykonujące swoją pracę – tyle, że za czasów „niewłaściwejwładzy – czy księdza, który zaangażował się w pomoc ludziom pokrzywdzonym.

Na oczach całej Polski i całego świata – także tak zwanej unii europejskiej, tak dzielnie walczącej o demokrację, kiedy rządziła owa „niewłaściwa” władza stosowane tortury, rodem z czasów stalinowskich. Po wielogodzinnych brutalnych przesłuchaniach przez samozwańczą prokuraturę starsza osoba umiera na zawał serca. W dążeniu do spektakularnego aresztowania inaczej myślących – najlepiej wszystkich! – nie ma żadnych granic: ani prawnych, ani zdroworozsądkowych, ani nawet humanitarnych, bo żadnym argumentem za powstrzymaniem się przed tym szaleństwem nie jest nawet ciężka choroba, z którą walczy ten ścigany: „Trudno, najwyżej umrze! Coś tam się powie potem do kamer!”

Bo władza robi sobie z Polską, co chce, a swoje bezprawne decyzje egzekwuje tępą siłą – ma w końcu do dyspozycji policję, którą może wysłać do kogo chce i o której chce, a wówczas nie ma znaczenia, kto ma rację, tylko jest w danym momencie silniejszy.

I długo tu jeszcze można mówić o systemowym wygaszaniu państwa, o działaniu wprost na jego szkodę, o niszczeniu gospodarki, służby zdrowia, demoralizacji dzieci i młodzieży w szkołach. Długo można mówić o atakach na Kościół i wartości, które głosi. Długo tu można wyliczać. Ale nie to jest najgorsze, że to wszystko dzieje się w naszej Ojczyźnie – chociaż ten bałagan, chaos i destrukcja naprawdę osiągnęły skalę dotąd niespotykaną w państwie rzekomo demokratycznym.

Najgorsze w tym wszystkim jest to i najbardziej bolesne, że jako Naród patrzymy na to wszystko – i milczymy. Owszem, gdzieś tam w domach, po cichu, szemrzemy i narzekamy, ale ta bezprawna władza cieszy się wciąż tak dużym poparciem, a nasz Naród jest tak bardzo podzielony. Doprawdy, trudno zrozumieć, czym kierują się i co sobie myślą ci, którym nie przeszkadza aż tak jawne i bezczelne łamanie wszelkich praw Boskich i ludzkich?! Co sobie myślą ci, którzy takich ludzi i takie działania popierają? I ci, którzy dla zasady milczą?…

A zaznaczmy, że tu nie mają znaczenia barwy partyjne – naprawdę! Tu chodzi o konkretne działania konkretnych ludzi, których to działań nie można zaakceptować! I nie da się tego, co mówię, skwitować stwierdzeniem, że „ksiądz politykuje na ambonie”. Pamiętajmy, że polityka – według najbardziej szlachetnego, klasycznego rozumienia – to roztropna troska o dobro wspólne. To prawda, że nam kojarzy się ona zupełnie z czymś innym, czyli z bagnem moralnym, w jakie ją przekształca tak wielu obecnych polityków.

Ale to nie zmienia faktu, że troska o dobro wspólne jest obowiązkiem moralnym, z którego politycy będą rozliczeni – jeśli nie przed takim czy innym ludzkim trybunałem, to na pewno – przed Trybunałem Boga! A tam nie da się wsadzić „swojego” sędziego, dać łapówki, albo zignorować wyroku. Tak, z odpowiedzialności za Ojczyznę wszyscy politycy, ale i my wszyscy będziemy sądzeni przez Boga – pamiętajmy o tym! Ci, którzy rządzą – będą sądzeni z tego, jak rządzą.

A wszyscy będziemy sądzeni z tego, jak w tym obecnym czasie, w naszej Ojczyźnie, staramy się o pierwsze miejsce dla Jezusa i Jego Matki! Na ile wprowadzamy w niej porządek Boży! Na ile wszyscy przestrzegamy legalnego prawa i zarządzeń legalnie ustanowionej władzy. Pamiętajmy, że przestrzeganie tych praw idzie tym samym torem, co przestrzeganie przykazań DEKALOGU i zasad ewangelicznych. Bo tu nie ma żadnego rozdziału! Dla człowieka wierzącego troska o Naród i o państwo jest zagadnieniem na wskroś moralnym! Z zaniedbania na tym odcinku trzeba się spowiadać! Z łamania legalnego prawa i zarządzeń legalnej władzy – także!

A jaka jest obecna władza? Taka, jaką sobie Naród wybrał. Taką wybrał – taką ma. Dlatego bardzo ważnym jest, aby kiedy władza tak brutalnie uderza w swoje własne państwo i w swój własny Naród – spotkała się ze zdecydowanym sprzeciwem, protestem, jasnym przypomnieniem najbardziej podstawowych zasad! I nie chodzi tu nawet o protesty uliczne czy – tym bardziej – o krew na ulicach i wybijanie szyb w sklepach. My naprawdę mamy bardzo wiele możliwości skutecznego zabrania głosu – chociażby w mediach społecznościowych, ale też w takich zwykłych międzyludzkich rozmowach.

Trzeba po prostu – w spokojnej, ale rzeczowej rozmowie – otwierać ludziom oczy na to, jaka jest prawda. I jakie są zasady. Trzeba przypominać o zasadach i o wartościach – i o tym jakże trafnym i mocnym stwierdzeniu Jana Pawła II, że historia uczy, iż demokracja bez wartości łatwo się przemienia w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm”. Znamiennym – i jednocześnie proroczym – wydaje się fakt, iż polski Papież wypowiedział te słowa także w polskim Parlamencie…

Właśnie o tym musimy rozmawiać i to przypominać. To jest naszym zadaniem, Drodzy moi! Roztropna troska o dobro wspólne! O dobro naszej Ojczyzny – tej wielkiej i tych małych, lokalnych… O dobro naszych rodzin. O dobro naszej Parafii! Nasza indywidualna, osobista – odpowiedzialność za Polskę!

Właśnie dlatego ja dzisiaj mówię tak, jak mówię, bo mam świadomość odpowiedzialności ciążącej na mnie, jako na duszpasterzu. My, kapłani, szczególnie nie możemy milczeć! I nasi biskupi nie mogą milczeć! Ale i my wszyscy – nie możemy trwożliwie milczeć! Trzeba nazywać rzeczy po imieniu! Trzeba mówić prawdę – także tę najtrudniejszą! Nie wolno się od tego uchylać! Jeśli taka konieczność – to także ostro i odważnie piętnować zło i kłamstwo, a dopominać się o dobro i prawdę! Kształtować postawy zgodne z DEKALOGIEM i nauką Ewangelii – kształtować je przede wszystkim przykładem własnej postawy, ale też i odważnym słowem.

I trzeba się modlić – bardzo się modlić! – o zmiłowanie Boże dla nas! I dla naszej Ojczyzny! I dla naszej Parafii! I dla całego świata! I my się dzisiaj tutaj szczerze o to modlimy. A kiedy wrócimy do naszej codzienności, to z większym jeszcze zapałem będziemy tworzyć dobre czasy – czasy Jezusa i Jego Matki, Maryi – na każdym odcinku naszego życiowego zaangażowania.

To jest najwyższą potrzebą obecnego czasu! To jest naszym zadaniem na dzisiaj! Amen

Dodaj komentarz

Archiwum wpisów

Ks. Jacek Jaśkowski

Witam serdecznie! Kłania się Ks. Jacek Jaśkowski. Nie jestem ani kimś ważnym, ani kimś znanym. Jestem księdzem, który po prostu chce rozmawiać. Codzienna kapłańska posługa pokazuje mi, że tematów do rozmów z księdzem jest coraz więcej i dzisiaj żaden ksiądz nie może od nich uciekać, ale – wprost przeciwnie – podejmować nowe wyzwania. To przekonanie skłoniło mnie do próby otwarcia tegoż bloga, chociaż okazji do rozmów na co dzień – w konfesjonale i poza nim – na szczęście nie brakuje. Myślę jednak, że ten blog będzie jeszcze jednym sposobem i przestrzenią nawiązania kontaktu z ludźmi dobrej woli, otwartymi na dialog.