Szczęść Boże! Drodzy moi, do grona Solenizantów sprzed dwóch dni dołączam Księdza Przemysława Świderskiego, Dyrektora Katolickiego Radia Podlasie, któremu życzę otwartego serca i umysłu na wszelkie natchnienia z Nieba! Zapewniam o modlitwie!
A ja dzisiaj ponownie pozdrawiam Was z Lasek, z naszych kapłańskich Rekolekcji. Dzisiaj wyruszamy do Warszawy, gdzie odwiedzimy główną siedzibę Polskiego Związku Niewidomych i spotkamy się z Zarządem. Mamy być także w kościele Świętego Marcina, gdzie przez lata rezydował i był Rektorem Ksiądz Profesor Andrzej Gałka, Krajowy Duszpasterz Niewidomych. Teraz rezyduje tam Ksiądz Sławomir Opaliński, który na tych Rekolekcjach mieszka… za ścianą. Czyli – jesteśmy sąsiadami.
Ksiądz Sławomir jest Duszpasterzem Niewidomych i Niedowidzących Archidiecezji warszawskiej. Przy tym kościele posługują Siostry Franciszkanki Służebnice Krzyża, czyli te, które posługują w Laskach. Jest to Zgromadzenie, założone przez Błogosławioną Matkę Elżbietę Różę Czacką. Tam też oficjalnie rezyduje Przełożona generalna, chociaż na co dzień mieszka w Laskach.
Ale dzisiaj także mamy w planach odwiedziny Archikatedry warszawskiej, a tam – modlitwę przy sarkofagu Błogosławionego Prymasa Tysiąclecia! Nie muszę chyba nadmieniać że będę tam pamiętał o Was w modlitwie! I nie tylko tam, bo przez całe Rekolekcje pamiętam. A Wy – pamiętajcie o mnie!
Drodzy moi, wspomniałem wczoraj o takiej szczególnej refleksji, jaka rodzi się we mnie, kiedy jestem tu, w Laskach, kiedy chodzę tymi alejkami pośród drzew, kiedy całym sercem i całą piersią chłonę tę niezwykłą atmosferę tego miejsca. Przecież tutaj przez lata posługiwała Błogosławiona Matka Elżbieta Róża Czacka, ale tutaj także przez wiele lat mieszkał i posługiwał Ksiądz Stefan Wyszyński, który potem – już jako Prymas – bywał tu niejednokrotnie. I wielu wielkich duchem i umysłem Kapłanów, jak chociażby Ksiądz Władysław Korniłowicz czy Ksiądz Tadeusz Fedorowicz…
I tak sobie czasami myślę, że jest jakimś wielkim Bożym darem dla mnie, że mogę tu być – już któryś raz z kolei. I że mam tu znajome Siostry – z Przełożoną generalną, Matką Radosławą Podgórską, na czele.
Podobne myśli pojawiają mi się, kiedy koncelebruję Mszę Świętą u Jana Kantego w Lublinie. Nieraz przychodzi wówczas taka refleksja: Dziękuję, Panie Jezu, że mi pozwalasz tu być, że poznałem tych wspaniałych Kapłanów, że mogę z nimi koncelebrować, spotykać się, rozmawiać! I że do tych Ludzi mogę przemawiać, modlić się z nimi! Przecież moje drogi nie musiały aż tam dotrzeć. Ani tutaj, do Lasek, ani do Szklarskiej Poręby. A jednak – moje życiowe szlaki ciągle wiodą to tych miejsc. I mogę się wewnętrznie budować ich atmosferą. Niech będą Tobie, Panie Jezu, właśnie za to wielkie dzięki!
A teraz już zapraszam do pochylenia się nad Bożym słowem dzisiejszej liturgii. Oto słówko Księdza Marka na dziś:
https://www.youtube.com/c/CatholicSurgut
Niech zatem Pan przemawia do nas, niech kieruje swoje osobiste przesłanie do mojego serca. Duchu Święty – tchnij!
Niech Was błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec + i Syn, i Duch Święty. Amen
Gaudium et spes! Ks. Jacek
Środa 2 Tygodnia Wielkanocy,
15 kwietnia 2026.,
do czytań: Dz 5,17–26; J 3,16–21
CZYTANIE Z DZIEJÓW APOSTOLSKICH:
Arcykapłan i wszyscy jego zwolennicy należący do stronnictwa saduceuszów, pełni zazdrości zatrzymali apostołów i wtrącili ich do publicznego więzienia.
Ale w nocy anioł Pański otworzył bramy więzienia i wyprowadziwszy ich powiedział: „Idźcie i głoście w świątyni ludowi wszystkie słowa tego życia”. Usłyszawszy to weszli o świcie do świątyni i nauczali.
Tymczasem arcykapłan i jego stronnicy zwołali Sanhedryn i całą starszyznę synów Izraela. Posłali do więzienia, aby ich przyprowadzono. Lecz kiedy słudzy przyszli, nie znaleźli ich w więzieniu. Powrócili więc i oznajmili: „Znaleźliśmy więzienie bardzo starannie zamknięte i strażników stojących przed drzwiami. Po otwarciu jednak nie znaleźliśmy wewnątrz nikogo”.
Kiedy dowódca straży świątynnej i arcykapłani usłyszeli te słowa, nie mogli pojąć, co się z nimi stało. Wtem nadszedł ktoś i oznajmił im: „Ci ludzie, których wtrąciliście do więzienia, znajdują się w świątyni i nauczają lud”. Wtedy dowódca straży poszedł ze sługami i przyprowadził ich, ale bez użycia siły, bo obawiali się ludu, by ich nie ukamienował.
SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO JANA:
Jezus powiedział do Nikodema: „Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego.
A sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki. Każdy bowiem, kto się dopuszcza nieprawości, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby nie potępiono jego uczynków. Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki są dokonane w Bogu”.
Jakże ten Anioł z Nieba otworzył owe drzwi, skoro arcykapłan i jego stronnicy zwołali Sanhedryn i całą starszyznę synów Izraela, a wówczas posłali do więzienia, aby ich przyprowadzono. Lecz kiedy słudzy przyszli, nie znaleźli ich w więzieniu. Powrócili więc i oznajmili: „Znaleźliśmy więzienie bardzo starannie zamknięte i strażników stojących przed drzwiami. Po otwarciu jednak nie znaleźliśmy wewnątrz nikogo”. To w końcu zostały te drzwi otwarte, czy nie?
Czy może uwięzieni Apostołowie zostali wyprowadzeni mimo drzwi zamkniętych, czyli dokładnie tak, jak Jezus przychodził do swoich uczniów po Zmartwychwstaniu? Zapewne, trochę tu wchodzimy w szczegóły i nie jest to wszystko aż takie ważne, ale warto się tej nietypowej sytuacji przyjrzeć, skoro w mocy Bożej było przecież rozwalić całe te więzienie w drobny mak”, albo przynajmniej potrząsnąć nim tak, żeby mury popękały, drzwi z hukiem i trzaskiem się otworzyły, strażnicy w popłochu uciekli, a Apostołowie triumfalnie wyszli.
Tymczasem, wszystko odbyło się zupełnie – by się tak wyrazić – niestandardowo: drzwi zamknięte, wręcz zaryglowane, strażnicy przed drzwiami… Nawet nie wiedzą, że pilnują pustej celi! Starszyzna żydowska już sobie zęby ostrzy na ich przesłuchanie i ukaranie, a tu się niespodziewanie dowiaduje, że nic z tego nie będzie, bo więźniowie… zniknęli! I tylko za jakiś czas przyszła wiadomość, że – jak gdyby nigdy nic – nauczają ludzi w świątyni. I jak tu nie mówić, że nasz Pan ma gigantyczne poczucie humoru? Przecież gdyby nie chodziło o działanie Jezusa, to aż się prosi, żeby powiedzieć, że ktoś tu komuś zwyczajnie „zagrał na nosie”!
I może nas to dziwi, dlaczego tak się właśnie w tym momencie rozegrała cała sprawa? Przecież Apostołowie – wszyscy, poza Janem – zakończyli swoje życie w sposób męczeński. Ale zanim to jeszcze nastąpiło, to nieraz byli więzieni, biczowani, oskarżani o najgorsze przestępstwa. I wtedy naprawdę nie było do śmiechu. A dzisiaj uśmiech sam pojawia się nam na twarzy, kiedy wyobrażamy sobie miny starszyzny żydowskiej w momencie obwieszczenia im wiadomości o tym, co stało się w więzieniu. Naprawdę, za ten widok to – jak się wydaje – wiele można oddać. Dlaczego zatem Pan tak różnorodną drogą prowadzi swoich uczniów?
A może właśnie chce pokazać, że jest z nimi, że się nimi opiekuje – i że pragnie ich doprowadzić do tej największej radości, tej wiecznej, której już nic i nikt nie zmąci?… A może chce pokazać, że ma pełną kontrolę nad sytuacją i że w Jego mocy jest nawet takie rozstrzygnięcie sprawy, jak to dzisiejsze? Albo też – że życie Jego wyznawców i świadectwo, które dają, to nie tylko krzyż i ból, ale że potrafi On zaskakiwać w sposób radosny, aby również tak pokazać całemu światu, że bierze w opiekę swoich przyjaciół?… I że nawet wtedy, kiedy spadną na nich cierpienia i prześladowania, to tak naprawdę są oni w Jego mocy i pod Jego opieką.
W końcu, dzisiaj także zostali wyprowadzeni z więzienia, a więc z sytuacji trudnej, bolesnej, spośród prześladowań, które na nich jednak spadły. Zatem, ani przez moment nie mówimy tu o jakiejś sielance, o jakimś żartobliwym podejściu do życia. Owszem: z radosnym – tak. Ale nie z żartobliwym, wesołkowatym… Nasz Pan objawia nam swoje poczucie humoru, ale to nie znaczy, że traktuje nas samych czy nasze życie w sposób niepoważny!
To by się bowiem zupełnie kłóciło z celem i sensem misji, jaką Jezus ma spełnić w świecie. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego. Może zatem Jezus stosuje tak różne sposoby dotarcia do naszych serc i umysłów, aby nas przekonać do tego, byśmy uwierzyli w Jego moc! Byśmy w ogóle – w Niego samego uwierzyli. Bo od tego zależy nasze zbawienie. Dostanie się ono bowiem tym, którzy będą poważnie traktować Jezusa i Jego zasady. Prawdę o Nim. Ale i o sobie samych.
Tak, także o sobie samych, bo jest to kwestią zasadniczą, gdy idzie o nasze wieczne zbawienie! Bo tak naprawdę – zależy ono ostatecznie od nas samych. Od naszej decyzji, którą podejmiemy w ramach tego procesu, jakim jest układanie swoich osobistych relacji z Jezusem. Chodzi o to, że ze strony Jezusa mamy pewność, co otrzymamy, na co możemy liczyć, bo On sam nas o tym zapewnia i z tym do nas wychodzi: ze swoją bezgraniczną miłością, którą najpełniej wyraził w zbawczej Ofierze za zbawienie świata. Tyle mamy od Niego – i to naprawdę mamy. To jest pewnik. Co my z tym jednak zrobimy?
A, to już zależy od nas: czy uwierzymy Jezusowi i pójdziemy za Nim, czy wzruszymy ramionami i w ogóle się tym nie przejmiemy. I tu akurat żadnej pewności nie ma. Bo my sami siebie nie możemy być pewni: czy wszystkie nasze uczynki można swobodnie zobaczyć w świetle, czy wielu z nich – albo przynajmniej niektórych – lepiej byłoby nie naświetlać, nie nagłaśniać, ukryć przed Jezusem i przed ludźmi… A tak się przecież nie da!
Jezus wyraźnie mówi dzisiaj do Nikodema – ale i do nas – iż sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki. Każdy bowiem, kto się dopuszcza nieprawości, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby nie potępiono jego uczynków. Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki są dokonane w Bogu.
Zobaczmy, uczynki Apostołów były dokonywane w świetle. To ludzie chcieli ich samych i ich działalność ukryć w ciemnościach lochów. Jednak Pan sam znalazł cudowny i nieco nawet humorystyczny sposób, żeby tę sytuację zmienić – wyprowadzić ich „na światło”, czyli przywrócić światu! Żeby świat mógł ich na nowo zobaczyć. Bo w ich duszach, w ich umysłach, w ich sercach – było Jego światło. Dlatego On sam, nasz Pan, Jezus Chrystus, nie pozwolił na ukrycie tegoż światła przed światem.
Kiedy jednak w duszy człowieka jest ciemność – to czym ją rozświetlić?… Jezus próbuje na wszelkie sposoby, ale jeżeli człowiek nie otworzy swego serca i umysłu, i tego Jezusowego światła nie wpuści, to pozostanie w ciemności. A to wielka ciemność! Straszna. Bo w ostatecznym rozrachunku – jeżeli się jej nie zaradzi – przechodzi ona w ciemność wieczną! Oby to się nigdy nie zdarzyło – w życiu nikogo z nas! To byłaby dopiero tragedia!
Dlatego jeszcze dzisiaj pomyślmy spokojnie i szczerze, a potem odpowiedzmy sobie bardzo odważnie, czy wszystkie nasze uczynki są dokonane w Bogu? Czy żadnego z nich nie musimy się wstydzić, ukrywać przed światłem? I czy gdy – już po tej drugiej stronie – znajdziemy się w pełnym świetle i poznamy już całą prawdę o sobie i o swoim życiu, będziemy mogli być pewni, że „z marszu” przejdziemy do wiecznego Światła?
Jeszcze dziś odpowiedzmy sobie na te pytania! I – jeśli taka potrzeba – podejmijmy odpowiednie postanowienia… Jeszcze dziś!
