Panie, jeśli chcesz…

P

Szczęść Boże! Drodzy moi, serdecznie pozdrawiam z Siedlec, gdzie dzisiaj i jutro po prostu będę na miejscu, modląc się i pracując. Naprawdę, nie zamierzam nigdzie się ruszać. I nawet nikogo się nie spodziewam, chociaż oczywiście otwieram się na Boże niespodzianki!

Teraz zaś już pochylmy się nad słowem Bożym dzisiejszej liturgii. Oto słówko Księdza Marka na dziś:

https://www.youtube.com/c/CatholicSurgut

I właśnie z pomocą słówka Janka postarajmy się odkryć to indywidualne przesłanie, z jakim Pan do mnie się zwraca! Duchu Święty – tchnij!

Niech Was błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec + i Syn, i Duch Święty. Amen

Gaudium et spes! Ks. Jacek

Piątek 12 Tygodnia zwykłego, rok II,

26 czerwca 2026., 

do czytań: 2 Krl 25,1–12; Mt 8,1–4

CZYTANIE Z DRUGIEJ KSIĘGI KRÓLEWSKIEJ:

W dziewiątym roku panowania Sedecjasza, dziesiątego miesiąca i dziesiątego dnia miesiąca przybył król babiloński Nabuchodonozor wraz z całym swoim wojskiem przeciw Jerozolimie, obległ ją, budując dokoła niej wały oblężnicze. Miasto było oblężone aż do jedenastego roku panowania króla Sedecjasza. W czwartym zaś miesiącu, dziewiątego dnia miesiąca, kiedy głód srożył się w mieście i nie było już chleba dla ludu kraju, uczyniono wyłom w mieście.

Wszyscy wojownicy uciekli z miasta nocą przez bramę między podwójnym murem powyżej ogrodów królewskich. Chaldejczycy zaś znajdowali się dokoła miasta. Wyszli więc drogą prowadzącą ku Arabie.

Wojsko chaldejskie ścigało króla i dopędziło go na stepie Jerycha, całe zaś jego wojsko opuściło go idąc w rozsypkę. Pojmali więc króla i zaprowadzili go do króla babilońskiego, do Ribla, i wydali na niego wyrok. Synów Sedecjasza wymordowano na jego oczach, a król babiloński rozkazał wyłupić oczy Sedecjaszowi i zakuć go w podwójne kajdany z brązu. Następnie uprowadził go do Babilonu.

W piątym zaś miesiącu, siódmego dnia miesiąca (był to dziewiętnasty rok panowania króla babilońskiego, Nabuchodonozora) wkroczył do Jerozolimy Nebuzaradan, dowódca straży przybocznej, sługa króla babilońskiego. Spalił świątynię Pańską, pałac królewski i wszystkie domy Jerozolimy, wszystkie wielkie domy spalił ogniem. Całe zaś wojsko chaldejskie, które było z dowódcą straży przybocznej, zburzyło cały mur dokoła Jerozolimy. Resztę zaś ludu, która pozostała w mieście, zbiegów, którzy przeszli do króla babilońskiego, oraz resztę tłumu Nebuzaradan, dowódca straży przybocznej, przesiedlił w niewolę. Lecz spośród biednego ludu ziemi dowódca straży przybocznej pozostawił niektórych jako uprawiających winnice i jako rolników.

SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO MATEUSZA:

Gdy Jezus zeszedł z góry, postępowały za Nim wielkie tłumy. A oto zbliżył się trędowaty, upadł przed Nim i prosił Go: „Panie, jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić”. Jezus wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł: „Chcę, bądź oczyszczony”. I natychmiast został oczyszczony z trądu.

A Jezus rzekł do niego: „Uważaj, nie mów nikomu, ale idź, pokaż się kapłanowi i złóż ofiarę, którą przepisał Mojżesz, na świadectwo dla nich”.

Jaki przekaz niesie nam dzisiejsze pierwsze czytanie? Uważnie czytając je – zdanie po zdaniu – wypatrujemy choćby jednego pozytywnego stwierdzenia i praktycznie się go nie doczekujemy… Chyba, że za takowe uznamy ostatnie zdanie: Lecz spośród biednego ludu ziemi dowódca straży przybocznej pozostawił niektórych jako uprawiających winnice i jako rolników. W całym tym opisie klęski i destrukcji, to jedno zdanie zapowiada jakieś tworzenie, jakieś budowanie – a konkretnie: uprawę roli.

Przypomina się epizod z życia młodego Księdza Stefana Wyszyńskiego – z czasu Drugiej Wojny Światowej – jak to ujrzał on człowieka, idącego przez pole i siejącego ziarno, kiedy dookoła panowała pożoga wojenna: ostrzał i spadające bomby. Na oczywiste w takiej sytuacji pytanie, skierowane do tegoż człowieka, dlaczego to robi, zamiast chronić swoje życie, w odpowiedzi usłyszał: „Proszę Księdza, trzeba siać! Trzeba siać! Wojna jest teraz, wojna się kiedyś skończy, a skąd wziąć potem chleb?” Niesamowite świadectwo tego prostego człowieka późniejszy Prymas Tysiąclecia nieraz wspominał.

Bo chociaż wszystko dookoła wali się i burzy, to jednak trzeba pomyśleć o ocaleniu tego, co się da ocalić, o uchronieniu jakiegoś dobra. I właśnie o tym, żeby nawet w atmosferze powszechnego niszczenia – jednak coś budować! I w atmosferze totalnej pożogi – jednak coś uprawiać! Żeby ocalić tyle dobra, ile się tylko da – w tym całym zalewie zła. W dramatycznej historii, opisanej w pierwszym czytaniu, takim zmysłem zachowawczym wykazał się – co ciekawe – najeźdźca, który przybył, aby zburzyć Jerozolimę, a jej lud uprowadzić. I swój zły zamiar zrealizował – o tym słyszymy, zdanie po zdaniu.

A jednak nawet on pomyślał o tym, by zająć się ziemią uprawną, która tam – co by nie mówić – została. Jej nie dało się wywieźć. I dlatego to – jak słyszeliśmy i już tu sobie cytowaliśmy – spośród biednego ludu ziemi dowódca straży przybocznej pozostawił niektórych jako uprawiających winnice i jako rolników. Trudno się w tym nie dopatrzeć – jednak – ręki samego Boga. On dopuścił – owszem – to bardzo bolesne doświadczenie na swoje miasto. A z lektury bądź słuchania Starego Testamentu wiemy dobrze, że tego typu doświadczenia były reakcją Boga na nieprawość swego ludu.

Kiedy bowiem lud żył w przyjaźni ze swoim Bogiem – żył w pokoju, państwo rozwijało się instytucjonalnie, militarnie i gospodarczo. Ale wtedy – niestety – naród nabierał zgubnej pewności siebie, która popychała go do zachowań bardzo niegodnych, a wręcz grzesznych. Popadał po prostu w pychę, odwracał się od swojego Boga, brnął „po uszy” w nieprawość. I – tak mówiąc prawdę – to upadał nie tyle z powodu działania Bożego jako takiego, prowadzącego do jego upadku, ale to własna nieprawość doprowadzała do takich skutków, iż okoliczne nacje, widząc rozpasanego sąsiada, zapatrzonego w swoją wielkość, po prostu najeżdżały go i zagarniały. Czyż nie przypomina to nam niczego z historii Polski?

Ale chociaż Pan dopuszczał i takie scenariusze, to jednak nigdy nie zostawił swoich dzieci samymi. I choćby w taki sposób, jaki dzisiaj słyszymy, ale jednak wysyłał im sygnały, że nie wszystko stracone. I że nie zgasła nadzieja. I że wszystko nie poszło w ruinę. A mówimy – zaznaczmy to bardzo wyraźnie – nie tylko o ruinie w sensie fizycznym, zewnętrznym, wizualnym. O niej też, bo – jak wynika z treści dzisiejszego czytania – była ona aż nadto widoczna.

Mówimy jednak także o ruinie w tym wymiarze moralnym – właśnie w tym zawalonym w ruinę morale narodu. Ten wielki naród – wielki w swoich oczach, ale też w oczach Bożych, skoro takim zaufaniem ze strony Boga został obdarzony – stał się narodem niewolników. Jakże to bolesne… Ale właśnie w takiej atmosferze i w takim kontekście, Bóg daje ten mały promyk nadziei, że nawet wśród powszechnego gruzowiska – jednak będzie uprawiana ziemia, winnice będą dawały owoce, na polach będzie coś rosło… Wbrew powszechnemu zniszczeniu – jednak jakiś konkretny wzrost. A dlaczego tak? Bo tak chciał sam Bóg!

Zupełnie tak samo, jak w historii, opisanej w dzisiejszej Ewangelii. Trąd – w tamtym czasie – to całkowita degradacja człowieka. Fizyczna, bo powodująca rozpadanie się jego ciała już za życia, potworny fetor i zagrożenie dla otoczenia, dlatego człowiek taki musiał żyć w odosobnieniu. I to właśnie powodowało jego totalną degradację społeczną, a co za tym idzie: moralną! Człowiek taki był po prostu odrzucony przez swoją społeczność, odstawiony na zupełny margines – i to daleki margines – czyli wręcz umarły za życia.

I oto dzisiaj taki właśnie człowiek staje przed Jezusem i mówi: Panie, jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić. Bardzo poruszają mnie te słowa, bo pokazują niezwykłą pokorę owego człowieka, ale i przeogromną ufność, jaką położył w Jezusie. On po prostu uznał, że Jezus będzie wiedział, co ma w tej chwili zrobić – i co dla niego, jako człowieka dotkniętego tą ciężką chorobą, będzie najlepsze. A może właśnie trwanie tej fizycznej chorobie, które doprowadzi do jakiegoś duchowego wzmocnienia?

Wiemy, że Jezus w tym momencie uznał, że lepszym rozwiązaniem będzie uwolnienie trędowatego z jego choroby. I tego dokonał. Bo tak chciał. A trędowaty zdał się na niego. Z pewnością, uczynił to – w jakimś sensie – wbrew sobie. Bo na pewno wszystko w nim wręcz krzyczało, żeby dobijać się o uzdrowienie, o uwolnienie z tego koszmaru, który go spotkał. A jednak, powiedział dokładnie tak, jak słyszeliśmy: Panie, jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić. Dostrzegł promyk nadziei – w tym swoim po ludzku beznadziejnym położeniu – w osobie i działaniu Jezusa. I się nie zawiódł.

Naród wybrany także wychodził z kolejnych opresji i klęsk, spadających na niego cyklicznie, kiedy się opamiętywał i wracał do Boga. Jeżeli uświadomił sobie, że nie ma tak dramatycznego położenia, z którego nie dałoby się wyjść – z pomocą Bożą oczywiście! Dzisiaj możemy nawet powiedzieć, że to Bóg sam – w sposób sobie wiadomy – zadbał o to, by nawet wśród gruzowiska ziemia była uprawiana. Bo tak chciał.

Bo Bóg nigdy nie chciał źle dla człowieka. I nawet, jeśli na tylokrotne wołanie wielu ludzi chorych, aby ich uwolnił od choroby, Pan odpowiada pozornym milczeniem, albo nawet w tym momencie nie uwalnia z tej choroby, albo nawet pozwala odejść z tego świata – to On za każdym razem wie, co robi. Chociaż nam trudno to przyjąć, bo my mamy „lepsze” – w naszym rozumieniu – rozwiązanie danej kwestii, to jednak trzeba nam uświadomić sobie, że najlepszym jest to, którego chce nasz Pan.

Dlatego o wiele ważniejszym – i trudniejszym – jest nie tyle powiedzieć: Panie, jeśli chcesz, możesz mi uczynić…”, co powiedzieć: „Panie, ja chcę, żebyś Ty uczynił mi to, co Ty chcesz!” Bo Pan zawsze chce naszego dobra – w taki jednak sposób, jak On je rozumie, a nie jak my je rozumiemy. Tylko – czy my tego samego chcemy?…

1 komentarz

  • Mam urodziny 28 czerwca. Chciałabym więc dać księdzu Jackowi i wszystkim czytelnikom bloga prezent.
    Jutro, 27 czerwca będę modlić się nowenną przed ikoną Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Jeśli potrzebujesz modlitwy, zostaw swoją intencję pod tym komentarzem

Archiwum wpisów

Ks. Jacek Jaśkowski

Witam serdecznie! Kłania się Ks. Jacek Jaśkowski. Nie jestem ani kimś ważnym, ani kimś znanym. Jestem księdzem, który po prostu chce rozmawiać. Codzienna kapłańska posługa pokazuje mi, że tematów do rozmów z księdzem jest coraz więcej i dzisiaj żaden ksiądz nie może od nich uciekać, ale – wprost przeciwnie – podejmować nowe wyzwania. To przekonanie skłoniło mnie do próby otwarcia tegoż bloga, chociaż okazji do rozmów na co dzień – w konfesjonale i poza nim – na szczęście nie brakuje. Myślę jednak, że ten blog będzie jeszcze jednym sposobem i przestrzenią nawiązania kontaktu z ludźmi dobrej woli, otwartymi na dialog.