Szczęść Boże! Moi Drodzy, w dniu dzisiejszym imieniny przeżywa Roman Dróżdż z Celestynowa, Człowiek bardzo mi życzliwy i otwarty. Niech Pan błogosławi Mu w życiu! Ze swej strony – zapewniam o modlitwie!
Drodzy moi, nieustająco pamiętajmy w modlitwie o naszych Pielgrzymach. Fizycznie – zbliżają się Oni coraz bardziej do Jasnej Góry. Czy jednak także duchowo – zbliżają się coraz bardziej do Jezusa i Jego Matki? Czy wchodzą coraz głębiej w swoją duszę? A my, którzy pielgrzymujemy wraz z Nimi duchowo?…
A ja dzisiaj za chwilę będę pielgrzymował do Parafii w Konstantynowie, gdzie będę dziś pomagał duszpastersko. Potem powrót do Siedlec i działania na miejscu.
A teraz zachęcam już do pochylenia nad dzisiejszym Bożym słowem. Oto słówko Księdza Marka na dziś:
https://www.youtube.com/c/CatholicSurgut
Zatem, co dziś mówi do mnie Pan? Z jakim konkretnym przesłaniem do mnie osobiście się zwraca? Duchu Święty, tchnij!
Niech Was błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec + i Syn, i Duch Święty. Amen
Gaudium et spes! Ks. Jacek
19 Niedziela zwykła, A,
9 sierpnia 2026.,
do czytań: 1 Krl 19,9a.11–13; Rz 9,1–5; Mt 14,22–33
CZYTANIE Z PIERWSZEJ KSIĘGI KRÓLEWSKIEJ:
Gdy Eliasz przybył do Bożej góry Horeb, wszedł do pewnej groty, gdzie przenocował. Wtedy Pan zwrócił się do niego i przemówił słowami: „Wyjdź, aby stanąć na górze wobec Pana”.
A oto Pan przechodził. Gwałtowna wichura rozwalająca góry i druzgocąca skały szła przed Panem. Ale Pan nie był w wichurze. A po wichurze trzęsienie ziemi: Pan nie był w trzęsieniu ziemi. Po trzęsieniu ziemi powstał ogień: Pan nie był w ogniu. A po tym ogniu szmer łagodnego powiewu. Kiedy tylko Eliasz go usłyszał, zasłoniwszy twarz płaszczem, wyszedł i stanął przy wejściu do groty.
CZYTANIE Z LISTU ŚWIĘTEGO PAWŁA APOSTOŁA DO RZYMIAN:
Bracia: Prawdę mówię w Chrystusie, nie kłamię, potwierdza mi to moje sumienie w Duchu Świętym, że w sercu swoim odczuwam wielki smutek i nieprzerwany ból.
Wolałbym bowiem sam być pod klątwą i odłączonym od Chrystusa dla zbawienia braci moich, którzy według ciała są moimi rodakami. Są to Izraelici, do których należą przybrane synostwo i chwała, przymierza i nadanie Prawa, pełnienie służby Bożej i obietnice. Do nich należą praojcowie, z nich również jest Chrystus według ciała, który jest ponad wszystkim, Bóg błogosławiony na wieki. Amen.
SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO MATEUSZA:
Gdy tłum został nasycony, zaraz Jezus przynaglił uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, zanim odprawi tłumy. Gdy to uczynił, wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał.
Łódź zaś była już sporo stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny. Lecz o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze. Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się, myśląc, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli.
Jezus zaraz przemówił do nich: „Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się”.
Na to odezwał się Piotr: „Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie”.
A On rzekł: „Przyjdź”.
Piotr wyszedł z łodzi i krocząc po wodzie przyszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: „Panie, ratuj mnie”.
Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go mówiąc: „Czemu zwątpiłeś, małej wiary?” Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył.
Ci zaś, którzy byli w łodzi, upadli przed Nim, mówiąc: „Prawdziwie jesteś Synem Bożym”.
Prawdę mówiąc, to każdy z tych znaków, tych przypuszczalnych przejawów obecności Boga, o których mowa w pierwszym czytaniu, bardzo by do tej roli pasował. Bo i wiatr, i trzęsienie ziemi, i ogień – a najlepiej wszystkie, razem wzięte – nadawałyby się do tego, aby chociaż zasygnalizować wielkość Boga, Jego moc i potęgę. Ale szmer łagodnego powiewu? Dlaczego akurat on?… Dlaczego Pan chciał się objawić w sposób tak nieoczekiwany, tak łagodny, subtelny, niepozorny?…
A może właśnie dlatego, by pokazać, jak bardzo zależy Mu na kontakcie z człowiekiem i by ten kontakt umożliwić, udostępnić?… Nie jest bowiem żadną tajemnicą i żadnym odkryciem, że dystans, jaki zachodzi między wszechpotężnym Bogiem, a małym i słabym w swej naturze człowiekiem, jest tak niewyobrażalny i tak ogromny, że gdyby Bóg nie zechciał go skrócić – i to bardzo! – to człowiek nie miałby najmniejszych szans na jakiekolwiek z Nim spotkanie… Najmniejszych!
Widać jednak, że Bogu udało się ten dystans skrócić. A możemy nawet powiedzieć, że aż za bardzo Mu się udało, bo człowiek choć z tego daru skorzystał, to jednak poszedł dużo dalej: zaczął swego Boga lekceważyć, traktować po „kumpelsku”. Jak bowiem inaczej rozumieć chociażby te wszystkie sytuacje, w których coś Bogu obiecujemy, a potem – jak gdyby nigdy nic – swego słowa nie dotrzymujemy? Jak w ogóle rozumieć jakikolwiek grzech, czyli bunt człowieka przeciwko swemu Bogu?
Przecież gdyby człowiek przypomniał sobie, jak wielki i niezmierzony jest Bóg, to drżałby ze strachu i nie śmiałby słowa z siebie wydusić – o żadnym buncie nawet nie myśląc! A tymczasem, o wiele częściej – szczególnie w naszych czasach – można odnieść wrażenie, że człowiek zwyczajnie śmieje się Bogu w twarz, coraz bardziej lekceważąc wszelkie Jego zasady, Jego nakazy i zakazy, przekraczając kolejne moralne granice – dotąd, wydawałoby się, nieprzekraczalne…
Dzisiaj często zadajemy sobie wręcz pytanie, dlaczego Bóg milczy wobec tak jawnego i bezczelnego łamania przez człowieka wszelkich Jego praw i zasad? Czemu wydaje się taki bezbronny, jakby przegrany?… Właśnie: czemu ten wielki i wszechpotężny Bóg, niepodzielny i nieogarniony Władca świata i wszechświata – zdaje się przegrywać z tym światem, przegrywać z człowiekiem, przegrywać w człowieku?…
A jeżeli tak jest – to do kogo może mieć o to pretensje, jeśli nie do siebie samego? Bo przecież sam zrezygnował z wichury, z trzęsienia ziemi, z ognia… Nie pomyślał też o innych formach zademonstrowania ludziom swojej władzy i potęgi. Zdecydował się na łagodny powiew…
Chociaż akurat o wietrze – i to silnym! – dzisiaj jednak słyszymy. W Ewangelii. Rozpętał się on nad jeziorem, które Apostołowie usilnie starali się przepłynąć swoją łodzią. I właśnie Jezus pokazał swoją Boską moc, ale nie tym, że tę wichurę rozpętał, ale – dokładnie odwrotnie – uciszył. A wcześniej, właśnie wśród silnych podmuchów tegoż wiatru, przyszedł do swoich uczniów, idąc po tymże wzburzonym jeziorze!
Co więcej, pozwolił sobie na pewien eksperyment, bo zaprosił do siebie Piotra – tą samą drogą. Czyli po jeziorze. Trudno nawet mówić tu o drodze, skoro to taka „droga po wodzie”. Ale Piotr w nią wyruszył – i jakąś odległość przemierzył. Tak, naprawdę szedł po wodzie! Dokąd patrzył na Jezusa, dokąd Mu wierzył i ufał Jego mocy, to szedł. Kiedy jednak bardziej uwierzył w moc wiatru – zaczął tonąć. Ale i wtedy Jezus go nie opuścił, bo podał mu rękę i pomógł wyjść na powierzchnię, a potem: wejść do łodzi. Razem weszli, a wtedy wiatr ucichł…
A zatem – znowu cisza… Jednak cisza… I ten zachwyt podróżników z łodzi, którzy upadli przed Nim, mówiąc: „Prawdziwie jesteś Synem Bożym”. Bo ta Jego bliskość – i w ogóle: obecność Jezusa na świecie, dzielenie z ludźmi wszystkich trudów i radości ludzkiej egzystencji – to najbardziej wyrazisty znak skrócenia dystansu, o jakim już sobie wspominaliśmy. I to, że w czasie tego pobytu na świecie Boży Syn zechciał niczym nie różnić się od zwykłego człowieka i doświadczać wszystkiego, czego doświadczali ludzie, to kolejne tego potwierdzenie!
Jak i to, że w końcu pozwolił się temu człowiekowi do krzyża przybić i zabić, a wcześniej: osądzić w fałszywym procesie, sponiewierać, ubiczować, ukoronować cierniem, opluć i wyszydzić – tak, na to wszystko Syn Boży pozwolił człowiekowi – to jest znakiem miłości jeszcze większej, aniżeli ten wspominany tu dystans między Bożą wszechmocą, a ludzką nicością. Miłość Boża jest jeszcze większa! I to właśnie ta miłość kazała Bogu tak bardzo skracać ów dystans – i przenosić relacje z człowiekiem na płaszczyznę ciszy, na przestrzeń duchowej głębi, w której owo spotkanie dokonuje się najpełniej…
Tak, właśnie w ciszy modlitwy, adoracji, refleksji – w głębi ludzkiego serca. Bo to właśnie tam ostatecznie rozstrzygnie się wszystko – rozstrzygnie się, czy człowiek uwierzy swemu Bogu, czy nie uwierzy; czy zachwyci się Jego miłością i pokorą, z jaką On, Bóg wszechpotężny, zniża się do ludzkiej słabości, czy te gesty Bożej miłości zlekceważy… To wszystko dokonuje się w sercu i w umyśle człowieka.
W drugim dzisiejszym czytaniu Apostoł Paweł wypowiada – w tym właśnie kontekście – naprawdę dramatyczne słowa. Słyszymy bowiem: Prawdę mówię w Chrystusie, nie kłamię, potwierdza mi to moje sumienie w Duchu Świętym, że w sercu swoim odczuwam wielki smutek i nieprzerwany ból.
A cóż jest powodem tego wielkiego smutku i nieprzerwanego bólu? Apostoł tak to wyjaśnia: Wolałbym bowiem sam być pod klątwą i odłączonym od Chrystusa dla zbawienia braci moich, którzy według ciała są moimi rodakami. Są to Izraelici, do których należą przybrane synostwo i chwała, przymierza i nadanie Prawa, pełnienie służby Bożej i obietnice. Do nich należą praojcowie, z nich również jest Chrystus według ciała…
Otóż, właśnie! Paweł bardzo przeżywa to, że jego naród – czyli naród izraelski, którego jest On członkiem – tak opornie uznają Jezusa Chrystusa za Bożego Mesjasza. A przecież także On, Jezus Chrystus, zechciał zaistnieć właśnie w tym narodzie! I oto ten naród, którego Bóg tak bardzo zaszczycił i obdarował – jak słyszymy – przybranym synostwem, chwałą, przymierzem, bardzo mądrym Prawem, możliwością służenia samemu Bogu, a wreszcie wieloma wspaniałymi obietnicami, nie chce tych darów przyjąć!
Może to finalnie doprowadzić do tego, że nie dostąpi zbawienia. I właśnie mając tego świadomość, Paweł wypowiada pragnienie, którego absolutnie nie można rozumieć dosłownie i którego nawet nie można uznać za właściwe, iż godzi się sam na to, by być pod klątwą i odłączonym od Chrystusa, oby tylko jego naród uwierzył i został zbawiony.
Drodzy moi, tak nie wolno nigdy myśleć, ani czegoś takiego pragnąć! Nie możemy poświęcić własnego zbawienia – dla żadnej wartości, dla żadnego celu czy dążenia, nawet dla czyjegoś zbawienia! Nie wolno! Owszem, możemy poświęcić swoje życie doczesne, złożyć je w ofierze – to prawdziwe bohaterstwo, to prawdziwy heroizm, to po prostu świętość. Ale nigdy, absolutnie nigdy, nie wolno nam dla nikogo i dla niczego – poświęcić życia wiecznego! Bo to akurat znak głupoty i pogubienia!
Jezus nigdy nie chce czego takiego – wprost przeciwnie: On chce nas mieć wszystkich u siebie! W Niebie dla każdego starczy miejsca: i dla członków narodu wybranego, i dla wszystkich pozostałych narodów na świecie – każdy z ludzi ma zarezerwowane dla siebie miejsce w Niebie. I jeżeli ktoś tego swojego miejsca – mówiąc obrazowo – nie zajmie, to nikt inny go nie zajmie. Pozostanie puste.
Bo tu chodzi o osobistą relację każdej i każdego z nas z Jezusem: nikt nie może za nas tej relacji ułożyć, jest ona czymś na wskroś osobistym. Dlatego – tak szczerze mówiąc – nic by nawet nie dało to, że Paweł zrezygnowałby ze swego zbawienia, aby „swoją miejscówkę” oddać komuś innemu. Nie! Każdy ma swoją „miejscówkę”, każdy ma swój bilet do Nieba, a że niektórzy go nie wykorzystują, to cóż…
Oczywiście, z pewnością zdajemy sobie sprawę z tego, że Paweł wcale tak naprawdę nie myślał i nigdy nie pragnął odłączenia od Jezusa. Natomiast w ten bardzo mocny sposób, za pomocą tych dramatycznych, wręcz szokujących słów, poprzez to zaangażowanie moralne, podkreślone jeszcze tymi słowami: Prawdę mówię w Chrystusie, nie kłamię, potwierdza mi to moje sumienie w Duchu Świętym – chciał nam wszystkim pokazać, a szczególnie swojemu narodowi, jak bardzo zależy mu, aby jego rodacy uwierzyli w Jezusa Chrystusa!
Aby w swoim Rodaku uznali zapowiedzianego przez Proroków Mesjasza i Syna Bożego, który zstąpił na świat. Wiemy, że to jego pragnienie wciąż jeszcze nie doczekało się spełnienia… Ale wiemy też – z różnych wypowiedzi, także samego Pawła – że Izrael ostatecznie nawróci się ku Jezusowi. Kiedy jednak i jak to nastąpi – to już pozostanie w Bożej mocy i wiedzy…
Nas jednak nie to dzisiaj powinno szczególnie zajmować, czy Żydzi uwierzyli i kiedy uwierzą, ale to, na ile ja osobiście uznaję Jezusa Chrystusa za mojego Pana i Zbawiciela, jednego Przewodnika przez życie, Mistrza i Przyjaciela, jedyny Autorytet i Wzór, jedyny Punkt odniesienia dla wszystkich moich ludzkich pragnień i dążeń; jedynego Nauczyciela i jedyną Miłość mojego życia? Czy Jezus Chrystus jest dla mnie tym wszystkim?
Czy może jeszcze tym świętym z obrazka lub z figurki, stojącej w kościele lub na półce regału; albo tym urzędnikiem kościelnej instytucji, z którym raz na jakiś czas trzeba załatwić formalności, żeby później proboszcz nie robił problemów przy ślubie lub pogrzebie?… Kim dla mnie – na ten moment – jest tak naprawdę Jezus Chrystus?
I jak Go spotykam? Gdzie i kiedy Go spotykam? Czy w ogóle zauważam Jego obecność? Czy dostrzegam Jego subtelne przychodzenie w ciszy modlitwy, adoracji, osobistej refleksji – w kościele, na spacerze, w chwilach odpoczynku w domu?… A może właśnie nie ma tej ciszy, bo ciągle coś gra, hałasuje i głowę mi zaprząta całym tym bełkotem, którym świat raczy mnie od rana do nocy, a nawet w nocy?
Czy gdyby Jezus przyszedł w ten sposób, że strzeliłby jakimś piorunem, postawił przede mną Anioła z mieczem ognistym, czy potrząsnął ziemię, albo przemówił potężnym głosem lub też dokonał jakiegoś spektakularnego cudu – to uwierzyłbym bardziej?
A ten cud, jakim jest przemiana chleba i wina w Ciało i Krew Pańskie, które mogę przyjąć w Komunii Świętej – już mi się opatrzył i znudził? A ten cud, jakim jest rozgrzeszenie, czyli faktyczne uwolnienie mnie od wszystkich grzechów – w jednym momencie, jednym zdaniem i jednym kapłańskim gestem – już mi spowszedniał? Czy może sobie nawet nie zdaję sprawy, że to cud? I jak wielki?…
Drodzy moi, jaki znak ze strony Jezusa przekonałby mnie najbardziej, że On tu jest ze mną? A jaki już mnie o tym przekonuje? Pomyślmy nad tym dzisiaj – niech to będzie praca domowa: właśnie chwila refleksji nad tym, w jakich sytuacjach i okolicznościach mojej codzienności – a może: w spotkaniach z którymi ludźmi – najbardziej docierają do mojej świadomości i do mojego przekonania te słowa Jezusa z dzisiejszej Ewangelii: ODWAGI, TO JA JESTEM! NIE BÓJ SIĘ!
